W warsztacie stolarskim, po prawej stronie rozbitego piwnicznego okna, znajdowały się wysokogatunkowe, ręczne i mechaniczne narzędzia warte kilka tysięcy dolarów. Niektóre z nich wisiały w systematycznym porządku na tekturowej ściance, a inne były poukładane na stojakach, które sam dla nich zaprojektował i skonstruował. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że niczego wśród nich nie brakuje.
Niczego nie ukradziono.
Niczego nie zniszczono.
Kto włamuje się do czyjegoś domu, żeby tylko go sobie pooglądać?
Avril wpatrywał się w kawałki szkła i taśmę maskującą na podłodze, potem w wybite okno, po czym rozejrzał się po całej piwnicy, zastanawiając się nad tą sytuacją, aż nagle uzmysłowił sobie, że coś rzeczywiście zostało zabrane. Brakowało trzech piećdziesięciofuntowych worków z suchą zaprawą murarską. Ubiegłej wiosny razem z Garym Olmsteadem zburzyli stary drewniany ganek przed domem pogrzebowym, usypali fundament z paru ciężarówek ziemi i całkiem profesjonalnie wybudowali na nim taras i nową werandę z cegieł. Wyburzyli także popękane i pozapadane betonowe chodniki i zastąpili je cegłą. Pod koniec pięciotygodniowej harówki zostały im trzy dodatkowe worki zaprawy, ale nie oddali ich z powrotem do sklepu, ponieważ Avril miał zamiar zbudować następnego lata duże patio za domem. Właśnie te trzy worki zniknęły.
To odkrycie, dalekie od odpowiedzi na jego pytania, jedynie pogłębiło tajemnicę. Zdumiony i zakłopotany, wpatrywał się w to miejsce, w którym przedtem leżały worki.
Dlaczego włamywacz zignorował drogie strzelby, cenne monety i inny wartościowe łupy w zamian za trzy stosunkowo tanie worki suchej zaprawy murarskiej?
Tannerton podrapał się w głowę.
– Dziwne – powiedział.
Tony siedział spokojnie od kwadransa obok Hilary – w gromadzącym się mroku słuchali Beethovena, wypili po dwie czy trzy uncje burbona – a gdy ona znowu dolała im do szklanek, przyłapał się na tym, że opowiada o Franku Howardzie. Nie uświadamiał sobie, że chce się przed nią otworzyć, dopóki nie zaczął mówić; tak jakby usłyszał samego siebie dopiero w połowie zdania i potem zaczął z siebie wylewać potoki słów. Mówił bez przerwy przez pół godziny, przerywając tylko co jakiś czas, aby pociągnąć łyk burbona. Wspominał pierwsze wrażenia, jakie wywarł na nim Frank, początkowe tarcia między nimi, chwile napięcia i wesołości podczas pracy, tamten pijacki wieczór w „Bolt Hole”, ślepą randkę z Janet Yamada i ostateczne zawiązanie się miedzy nimi nici porozumienia i przywiązania. Gdy wreszcie doszło do relacji wydarzeń, które zaszły w mieszkaniu Bobby’ego Valdeza, zaczął mówić jąkając się, cicho. Kiedy zamykał oczy, widział tę usłaną śmieciami i zalaną krwią podłogę w kuchni tak żywo, jak widział własny salon, gdy miał otwarte oczy. Usiłując opowiedzieć Hilary, jak to jest, kiedy się obejmuje umierającego przyjaciela, zaczął się trząść. Odczuwał straszne zimno; miał ciało przemarznięte do kości, a w sercu mróz. Szczękał zębami. Skulony na kanapie, zagłębiony w purpurowym cieniu, wylał z siebie pierwsze łzy po Franku Howardzie i one parzyły swym gorącem jego chłodną skórę.
Kiedy zapłakał, Hilary ujęła go za rękę, potem objęła go, podobnie jak on obejmował Franka. Użyła małej koktajlowej serwetki, aby osuszyć mu twarz. Całowała jego policzki i oczy.
Z początku oferowała mu tylko pocieszenie i to było wszystko, czego on szukał; ale choć żadne z nich świadomie nie dążyło do zmiany, charakter ich objęcia zaczął się zmieniać. Objął ją ramionami i już nie było zupełnie jasne, kto kogo obejmuje i uspokaja. Jego dłonie głaskały jej smukłe plecy, w górę i w dół, i Tony zdziwił się ich doskonałym kształtem; jędrność, siła i prężność jej ciała okrytego bluzką wywołały w nim podniecenie. Jej dłonie również wędrowały po jego ciele; pieściły, ściskały i podziwiały jego twarde mięśnie. Całowała kąciki jego ust, a on żarliwie odwzajemniał te pocałunki. Ich języki spotkały się raptownie i pocałunek stał się namiętny, nieopanowanie gorący i płynny; oddychali już szybciej, niż wtedy, gdy ich usta spotkały się po raz pierwszy.
Naraz uświadomili sobie, co się dzieje, i zastygli, zażenowani wspomnieniem zmarłego przyjaciela, po którym właśnie zaczęła się żałoba. Gdyby mieli się obdarzyć tym, czego tak potrzebowali i pragnęli, byłoby tak, jakby śmiali się podczas pogrzebu. Przez chwilę wydało im się, że stanęli na skraju popełnienia bezmyślnego i absolutnie bluźnierczego aktu.
Jednak ich pożądanie było tak silne, że przezwyciężyło ich wątpliwości, czy wypada im się kochać tej nocy. Całowali się delikatnie, potem żarłocznie i przenikała ich taka rozkosz, jak nigdy dotąd. Jej dłonie poruszały się pożądliwie po jego ciele, a on zareagował na jej dotyk, potem ona na jego. Zrozumiał, że wspólne szukanie radości będzie dla nich dobre i słuszne. Ten akt miłości nie będzie aktem braku szacunku wobec zmarłego; to tylko reakcja na niesprawiedliwość śmierci. Ich niepohamowane pożądanie narodziło się z wielu przyczyn, do których należała zwierzęca wręcz potrzeba udowodnienia, że żyją, że bezsprzecznie tryskają życiem.
Rozumiejąc się bez słów, wstali z sofy i przeszli do sypialni.
Tony zapalił lampę w salonie, kiedy z niego wychodzili; jej światło rozlało się po otwartym korytarzu i było jedynym, które oświetlało łóżko. Miękkie światło półcienia. Ciepłe i złote. Światło to zdawało się kochać Hilary, bo padało na nią nie tak po prostu obojętnie jak na łóżko i Tony’ego; pieściło ją, z uwielbieniem podkreślało mlecznobrązowy odcień jej nieskazitelnej skóry, dodawało połysku jej kruczoczarnym włosom i roziskrzało jej wielkie oczy.
Stali obok łóżka, obejmowali się, całowali, a potem on zaczął ją rozbierać. Rozpiął i zsunął jej bluzkę. Odpiął jej biustonosz; strząsnęła go i pozwoliła mu opaść na podłogę. Miała piękne piersi – okrągłe, pełne i sterczące – o dużych i nabrzmiałych sutkach; nachylił się ku nim i pocałował. Ujęła jego głowę w swoje dłonie, uniosła jego twarz do swojej, znalazła swymi ustami jego usta. Westchnęła. Jego dłonie drżały z podniecenia, kiedy odpinał pasek i zamek jej jeansów. Zsunęły się powoli z jej długich nóg.
Tony ukląkł przed nią, chcąc zdjąć jej bieliznę, i zobaczył czterocalową pręgę zabliźnionej tkanki wzdłuż jej lewego boku. Zaczynała się na skraju jej płaskiego brzucha i zakrzywiała na plecach. To nie była pozostałość po operacji; nawet niezbyt porządny lekarz zostawiłby tylko cienką kreskę. Tony widywał stare, dawno zaleczone rany od kuli i noża i mimo niezbyt jasnego światła był pewien, że to ślad po broni palnej albo po ostrzu. Dawno temu Hilary została poważnie poraniona. Myśl o tym, że musiała przeżyć tak wielki ból, wznieciła w nim pragnienie, aby ją chronić i osłaniać. Miał około setki pytań na temat tej blizny, ale to nie był właściwy czas do ich zadawania. Czule całował pręgę wybrzuszonej skóry i czuł, że Hilary sztywnieje. Zrozumiał, że blizna wywołuje u niej zakłopotanie. Pragnął jej powiedzieć, że to nie odciąga uwagi od jej urody i wdzięku, i że tak naprawdę, ta jedyna, drobna skaza tylko podkreśla tak czy inaczej niewiarygodną doskonałość jej ciała.
Mógł ją uspokoić jedynie czynami, a nie słowami. Pociągnął w dół jej bieliznę. Niezwykle powoli przesuwał dłońmi w górę jej wspaniałych nóg, po cudownych hakach łydek, po gładkich udach. Całował połyskliwy gąszcz jej czarnych włosów łonowych, które szorstko zaszeleściły na jego twarzy. Wstał, ujął jej jędrne pośladki w dłonie, delikatnie ugniatał naprężone ciało, a ona przysunęła się do niego i ich wargi znowu się spotkały. Pocałunek trwał albo kilka sekund, albo kilka minut, a kiedy się zakończył, Hilary powiedziała: