Tony przyłożył sobie dłoń do brzucha. Zaczynał być niespokojny.
Gdyby bukmacherzy z Las Vegas przyjmowali zakłady na prawdopodobieństwo, że Hilary Thomas będzie celem dwóch nie związanych z sobą maniakalnych morderców w ciągu niecałego tygodnia, to stawki przeciwne byłyby astronomiczne. Z kolei, podczas swych lat pracy w policji Los Angeles Tony widział dziejące się bezustannie nieprawdopodobieństwa i dawno temu nauczył się spodziewać niespodziewanego.
Pomyślał o Bobbym Valdezie. Nagi. Wypełza z tamtej małej szafki kuchennej. Dziki wzrok. Pistolet w dłoni.
Za oknem kuchni, chociaż na wschodzie nie pojawiło się jeszcze pierwsze światło dnia, zakrzyczał jakiś ptak. To był przenikliwy krzyk, unoszący się i opadający, i znowu wznoszący, gdy ptak szybował między drzewami rosnącymi na dziedzińcu; zabrzmiało to tak, jakby ścigało go coś bardzo szybkiego, bardzo żarłocznego i nieubłaganego.
Na skroni Tony’ego wystąpił pot.
Wstał z łóżka.
Coś się działo w mieszkaniu Hilary. Coś złego. Coś potwornie złego.
Hilary wróciła do domu dopiero pół godziny po wyjściu z mieszkania Tony’ego, ponieważ zatrzymała się w nocnym sklepie, aby kupić mleko, jajka, masło i parę innych produktów. Była głodna i przyjemnie zmęczona. Miała wielką ochotę na omlet serowy z dużą ilością drobno pokrajanej pietruszki i potem przynajmniej sześć godzin nieprzerwanego, bardzo głębokiego snu. Była zbyt zmęczona, aby się trudzić wprowadzeniem mercedesa do garażu, zaparkowała go więc przy drodze wjazdowej.
Automatyczne polewacze rozpryskiwały wodę po ciemnej trawie, wydając chłodny, sycząco – pogwizdujący dźwięk. Lekki wiatr poruszał liśćmi palmowymi nad jej głową.
Weszła do domu frontowymi drzwiami. W salonie panował nieprzenikniony mrok. Ale spodziewając się późnego powrotu, wychodząc z domu zostawiła zapalone światło w przedsionku. Gdy wchodziła do środka, wzięła torbę z zakupami na jedno ramię i zamknęła drzwi na obydwa zamki.
Zapaliła górne światło w salonie, zrobiła dwa kroki, aby wyjść z przedsionka i nagle dotarło do niej, że mieszkanie jest zdemolowane. Ktoś rozbił dwie lampy stołowe i podarł abażury na strzępy. Oszklona serwantka leżała wśród tysięcy ostrych okruchów na dywanie, zniszczeniu uległa poustawiana w niej przedtem kosztowna porcelana z limitowanej serii; została zredukowana do bezwartościowych odłamków, powrzucanych do kamiennego paleniska i miażdżonych pod stopami. Kanapa i fotele zostały porozdzierane, cała podłoga była usłana kawałkami gąbki i kłębkami bawełny z obić. Dwa drewniane krzesła, którymi ewidentnie kilka razy trzaśnięto o ścianę, stanowiły teraz jedynie stosy drewna na podpałkę, a ściana była porysowana. Piękne małe antyczne narożne biurko miało wyłamane nogi; każda jego szuflada została wyciągnięta i miała wybite dno. Wszystkie obrazy były nadal tam, gdzie je powiesiła, ale każdy z nich zwisał we wstęgach nie do naprawienia. Z kominka wygarnięto popiół i rozsmarowano go po pięknym dywanie od Edwarda Fieldsa. Nie przeoczony został ani jeden mebel czy element dekoracyjny; nawet ekran kominka został wykopany, a wszystkie rośliny powyrywane z doniczek i połamane na kawałki.
Z początku Hilary była oszołomiona, ale potem szok ustąpił miejsca gniewowi na wandali.
– Sukinsyny – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
Spędziła wiele przyjemnych godzin, gdy osobiście wybierała każdy rekwizyt do tego pokoju. Wydała na wszystko małą fortunę, ale to nie koszty zniszczeń ją zdenerwowały; większość tego wnętrza była ubezpieczona. Była w tym jednak wartość uczuciowa, której nie można było zrekompensować, bo były to pierwsze naprawdę ładne przedmioty, które posiadała, i ich utrata dotknęła ją boleśnie. W kącikach jej oczu zabłysły łzy.
Odrętwiała, nie dowierzając własnym oczom, brnęła dalej przez rumowisko, kiedy przyszło jej namyśl, że może jej zagrażać jakieś niebezpieczeństwo. Przystanęła, wytężyła słuch.
Lodowaty dreszcz przeszedł ją wzdłuż kręgosłupa i przez jedną straszną chwilę myślała, że czuje czyjś oddech na karku.
Okręciła się w kółko, spojrzała za siebie.
Szafa w przedsionku, zamknięta, kiedy Hilary wchodziła do domu, była nadal zamknięta. Przez chwilę wpatrywała się w nią wyczekująco, przestraszona, że się otworzy. Ale gdyby ktoś się w niej ukrył w oczekiwaniu na jej powrót, to już by stamtąd wyszedł.
To czyste szaleństwo, pomyślała. To się nie może powtórzyć. Po prostu nie może. To niedorzeczne. Prawda?
Za sobą usłyszała jakiś szmer.
Z cichym okrzykiem paniki odwróciła się i podniosła swą wolną rękę, aby się osłonić przed napastnikiem.
Ale nikt jej nie atakował. Nadal była sama w salonie.
Niemniej jednak była przekonana, że to, co słyszała, nie było czymś równie niewinnym, jak naturalny odgłos osiadania belki czy deski w podłodze. Wiedziała, że nie jest jedyną osobą w domu. Wyczuwała czyjąś obecność.
Ponownie szmer.
W pokoju jadalnym.
Trzask. Brzęk. Jakby ktoś zrobił krok na stłuczonym szkle czy potrzaskanej porcelanie.
Następny krok.
Pokój jadalny znajdował się za łukiem wejścia, w odległości dwudziestu stóp od Hilary. Tam było ciemno jak w grobie.
Następny krok: brzęk i trzask.
Zaczęła się cofać, ostrożnie oddalała się od źródła hałasu i kierowała w stronę drzwi frontowych, które teraz były oddalone o milę. Żałowała, że je zamknęła na zamek.
Z nieprzeniknionych ciemności pokoju jadalnego wynurzył się w półcieniu pod łukiem drzwi mężczyzna, postawny, wysoki i szeroki w ramionach. Zatrzymał się na sekundę w mroku, potem wszedł do jaskrawo oświetlonego salonu.
– Nie! – krzyknęła Hilary.
Oszołomiona przestała się cofać ku drzwiom. Serce jej załomotało, zaschło jej w ustach, potrząsała bezustannie głową: nie, nie, nie.
Trzymał w ręku wielki i paskudnie ostry nóż. Uśmiechnął się szeroko na jej widok. To był Bruno Frye.
Tony był wdzięczny, że ulice są puste, bo nie mógłby ścierpieć żadnej zwłoki. Bał się, że już będzie spóźniony.
Jechał zdecydowanie i szybko, na północ przez Santa Monica, potem na wschód przez Wilshire, zwiększając prędkość do siedemdziesięciu mil na godzinę, gdy dotarł do pierwszego zjazdu tuż za granicami Beverly Hills. Silnik warczał, okna i poluźnione pokrętła tablicy rozdzielczej wibrowały blaszanym dźwiękiem. U dołu zbocza miał czerwone światło. Nie zahamował. Przycisnął ostrzegawczo klakson i przejechał przez skrzyżowanie. Uderzył we właz ściekowy osadzony w powierzchni ulicy – rozległy spadek terenu, który był nieomal niezauważalny przy trzydziestu pięciu milach na godzinę, ale przy jego prędkości wydał się przepastnym rowem; przez ułamek sekundy właściwie unosił się w powietrzu, waląc głową o dach pomimo przytrzymujących go pasów. Jeep powrócił na jezdnię z łomotem, wielogłosowym chórem szczęków i brzęków i ostrym warkotem maltretowanej gumy; zaczął obracać się w lewo, jego tylna część sunęła z mrożącym krew w żyłach skrzekiem poślizgu, spod protestujących opon uniósł się dym. Przez jedną elektryzującą chwilę Tony myślał, że straci panowanie nad kierownicą, ale nagle kierownica należała znowu do niego i znajdował się już w ponad połowie drogi w górę następnego wzgórza, nie bardzo wiedząc, jak tam dojechał.