Szkło eksplodowało z hukiem tak zaskakującym Frye’a, że aż podskoczył. Ostre odłamki rozsypały się bezładnie po podłodze.
Chociaż ze swojego miejsca na schodach Hilary nie widziała przedsionka, wiedziała, że Tony rozbił wąskie okienko obok frontowych drzwi.
– Policja!
Frye spojrzał na nią. Nigdy nie widziała takiej nienawiści, która by tak wykręcała twarz i dawała oczom taki szalony błysk.
– Hilary! – krzyknął Tony.
– Wrócę – powiedział do niej Frye.
Martwy mężczyzna odwrócił się od niej i przebiegł przez salon w kierunku pokoju jadalnego, wyraźnie chcąc się wymknąć z domu przez kuchnię.
Łkająca Hilary zbiegła pędem z tych paru schodów, na które udało jej się wejść. Pośpieszyła do frontowych drzwi, za którymi Tony wołał jej imię przez małe, wybite okienko.
Przypinając z powrotem swój służbowy rewolwer do szelek, Tony powrócił z obchodu trawnika z tyłu domu i wszedł do jasno oświetlonej kuchni.
Hilary stała na środku kuchni, przy stole gospodarczym. Na jego blacie leżał nóż, w odległości kilku cali od jej ręki.
Przymknąwszy drzwi, powiedział:
– W ogrodzie różanym nikogo nie ma.
– Zamknij – powiedziała.
– Co?
– Drzwi. Zamknij je na zamek.
Przekręcił zamek.
– Wszędzie patrzyłeś? – zapytała.
– W każdym kącie.
– Z obydwu stron domu?
– Tak.
– W krzakach?
– Przy każdym krzaku.
– Co teraz? – zapytała.
– Zadzwonię na komisariat, ściągnę tu paru mundurowych, żeby spisali raport.
– To się na nic nie zda – powiedziała.
– Nigdy nie można być pewnym. Któryś z sąsiadów mógł wcześniej zauważyć, że ktoś tu zagląda. A może ktoś go widział, jak ucieka.
– Czy trup musi uciekać? Czy duchowi nie wystarczy zniknąć, kiedy zechce?
– Ty chyba nie wierzysz w duchy?
– Może to nie był duch – powiedziała. – Może to były chodzące zwłoki. Ot, takie zwykłe, powszednie, banalne zwłoki na spacerze.
– W zombie chyba też nie wierzysz.
– Czyżby?
– Jesteś zbyt zrównoważona.
Zamknęła oczy, potrząsnęła głową.
– Już sama nie wiem, w co wierzę.
W jej głosie było drżenie, które go niepokoiło. Była na skraju załamania.
– Hilary… jesteś pewna tego, co widziałaś?
– To był on.
– Ale jakim cudem?
– To był Frye – upierała się.
– Widziałaś go w kostnicy w zeszły czwartek.
– Czy on wtedy nie żył?
– Oczywiście, że nie żył.
– Kto to powiedział?
– Lekarze. Patologowie.
– Wszystkim wiadomo, że lekarze się mylą.
– Co do tego, czy ktoś żyje, czy nie?
– Czyta się o tym bez przerwy w gazetach – powiedziała. – Stwierdzają, że ktoś kopnął w kalendarz; podpisują świadectwo zgonu, a potem nieboszczyk nagle siada na stole w zakładzie pogrzebowym. To się zdarza. Nieczęsto. Przyznaję, że nie jest to codzienne zjawisko. Wiem, że raczej raz na milion przypadków.
– Rzadziej niż raz na dziesięć milionów.
– Ale się zdarza.
– Nie w tym przypadku.
– Widziałam go! Tutaj. Właśnie tutaj. Tej nocy.
Podszedł do niej, pocałował ją w policzek, ujął jej zlodowaciałą dłoń.
– Zrozum, Hilary, on nie żyje. Przez te kłute rany, które ty mu zadałaś, Frye stracił połowę całej swojej krwi. Znaleźli go w ogromnej kałuży krwi. Stracił ją, a potem kilka godzin leżał na pełnym słońcu bez pomocy lekarskiej. Po prostu nie mógł czegoś takiego przeżyć.
– A może mógł.
Tony uniósł jej dłoń do swoich ust, całował jej zbielałe palce.
– Nie – powiedział spokojnie, lecz stanowczo. – Frye musiał umrzeć po takiej utracie krwi.
Tony był przekonany, że Hilary uległa lekkiemu szokowi, który spowodował chwilową utratę zmysłów, krótkie pomieszanie pamięci. Ten napad pomieszał jej się z tamtym z ubiegłego tygodnia. Za jakąś chwilę odzyska panowanie nad sobą, wszystko jej się rozjaśni w umyśle i uświadomi sobie, że mężczyzna, który tu był dzisiejszej nocy, to nie Bruno Frye. Wystarczy, że będzie ją chwilę gładził, że będzie do niej przemawiał łagodnym głosem i odpowiadał na wszystkie jej pytania i dzikie przypuszczenia tak rozsądnie, jak to tylko możliwe, aż znowu stanie się tak normalna, jak zawsze.
– Może Frye nadal żył, kiedy go znaleźli na tamtym parkingu przy supermarkecie – powiedziała. – Może był tylko w śpiączce.
– Koroner by to wykrył w trakcie sekcji.
– Może nie zrobił sekcji.
– Jeżeli nie on, to zrobiłby ją inny lekarz z jego personelu.
– Przecież mogli być szczególnie zapracowani tamtego dnia – upierała się Hilary. – Mogli im przywieźć mnóstwo ciał w jednym momencie, albo coś takiego, i postanowili odwalić sprawozdanie, nie wykonując w rzeczywistości tej pracy.
– To niemożliwe – powiedział Tony. – Biuro inspektora medycznego podlega najwyższym wymaganiom zawodowym, jakie można sobie wyobrazić.
– Czy przynajmniej nie możemy tego sprawdzić?
Skinął głową.
– Jasne, że możemy. Ale zapominasz, że Frye musiał przejść przez ręce przynajmniej jednego przedsiębiorcy pogrzebowego. Prawdopodobnie dwóch. Ta resztka krwi, która w nim została, musiała zostać odciągnięta i zastąpiona płynem balsamującym.
– Jesteś pewien?
– Trzeba go było albo zabalsamować, albo skremować przed odesłaniem do St. Helena. Takie są przepisy.
Zastanawiała się nad tym przez chwilę, potem powiedziała:
– No a jeśli to jest ten jeden z tych dziwacznych przypadków, ten jeden na dziesięć milionów? A jeśli przez pomyłkę uznano go za zmarłego? A jeśli koroner rzeczywiście spartaczył sekcję? A jeśli Frye usiadł na stole do balsamowania, kiedy przedsiębiorca pogrzebowy zabrał się do roboty?
– Tonący brzytwy się chwyta, Hilary. Chyba możesz zrozumieć, że gdyby coś takiego się stało, wiedzielibyśmy o tym. Gdyby przedsiębiorca pogrzebowy dostał takie zwłoki, które by ostatecznie okazały się pozbawionym krwi ciałem żywego człowieka, co potrzebuje natychmiastowej pomocy lekarskiej, wówczas na łeb na szyję odwiózłby go do szpitala. Zadzwoniłby też do biura koronera. Albo zadzwoniliby tam ze szpitala. Wiedzielibyśmy o tym natychmiast.
Przemyśliwała to, co powiedział. Wpatrywała się w drzwi kuchni i przygryzała dolną wargę. Wreszcie zapytała:
– Co z tym szeryfem Laurenskym z Napa?
– Jeszcze nie dostaliśmy od niego odpowiedzi.
– Dlaczego nie?
– Wykręca się od naszych dociekań. Nie przyjmuje naszych telefonów.
– No i czy nic ci to nie mówi, czy nie ma w tym czegoś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka? – zapytała. – Tam jest jakiś spisek i szeryf bierze w nim udział.
– A jaki niby spisek masz na myśli?
– No… nie wiem.
Nadal mówiąc cicho i łagodnie, nadal pewien, że ona wreszcie zareaguje na jego subtelne i rozsądne argumenty, powiedział:
– Spisek Frye’a, Laurensky’ego i może nawet samego szatana? Spisek mający na celu oszukanie śmierci? Złowieszczy spisek, aby powrócić z grobu? Spisek na rzecz wiecznego życia? To wszystko nie ma moim zdaniem żadnego sensu. A czy dla ciebie ma jakiś sens?
– Nie – odparła z irytacją. – Nie ma w tym ani odrobiny cienia sensu.
– Dobrze. Cieszę się, że to słyszę. Gdybyś powiedziała, że jest, to martwiłbym się o ciebie.
– Tylko że, do cholery, coś niezwykłego się tutaj dzieje. Coś niesamowitego. I mnie się wydaje, że szeryf Laurensky bierze w tym udział. Przecież w zeszłym tygodniu osłaniał Frye’a, można powiedzieć, że kłamał w jego sprawie. A teraz was unika, bo nie ma takiego wytłumaczenia swoich działań, które dałoby się zaakceptować. Czy takie zachowanie nie wydaje ci się podejrzane? Czy według ciebie to nie jest człowiek, który siedzi po uszy w jakimś spisku?