Выбрать главу

– Teraz, gdy już się odnaleźliśmy – powiedział – wszystko będzie dobrze.

– Jeszcze nie, dopóki nie rozszyfrujemy Bruno Frye’a. Kimkolwiek by nie był. A może czymkolwiek. Nic nie będzie dobrze, dopóki się nie dowiemy, że on na pewno nie żyje i że jest pogrzebany raz na zawsze.

– Jeśli będziemy trzymać się razem – powiedział Tony – przejdziemy przez to bezpiecznie i bez uszczerbku. On cię nie tknie, dopóki ja jestem obok. Obiecuję ci to.

– A ja ci ufam. Ale… przy tym… boję się go.

– Nie bój się.

– Nie mogę nic na to poradzić – powiedziała. – A poza tym, to chyba mądrze się go bać.

Tony pomyślał o zniszczeniach dokonanych na parterze, pomyślał o ostrych drewnianych kołkach i woreczkach z czosnkiem, które znaleziono w furgonetce Frye’a i zrozumiał, że Hilary ma rację. To mądrze bać się Bruno Frye’a.

Chodzący trup?

Dostała dreszczy, które również udzieliły się Tony’emu.

CZĘŚĆ II. ŻYWI I ŻYWI UMARLI

Dobro przemawia szeptem. Zło krzyczy.

Przysłowie tybetańskie

Dobro krzyczy. Zło szepcze.

Przysłowie balijskie

ROZDZIAŁ V

We wtorek rano, po raz drugi od ośmiu dni, trzęsienie ziemi o średniej mocy zakołysało Los Angeles. W Cal Tech zmierzono, że wynosiło 4,6 stopnia w skali Richtera i że trwało dwadzieścia trzy sekundy.

Nie było żadnych poważniejszych zniszczeń, więc większość mieszkańców Los Angeles rozmawiała o tych wstrząsach jedynie po to, aby wymyślać dowcipy. Na przykład, że Arabowie przejmą część kraju w ramach nie spłaconych im długów, a tego wieczoru Johnny Carson powiedział w telewizji, że sejsmiczne zakłócenia spowodowała Dolly Parton swym zbyt gwałtownym wstaniem z łóżka. Tym, którzy tu mieszkali od niedawna, te dwadzieścia trzy sekundy wcale nie wydawały się śmieszne i nie byli w stanie uwierzyć., że można być rozbawionym, kiedy ziemia rusza się pod stopami. Po roku oczywiście i oni będą wymyślać własne żarty na temat wstrząsów.

Dopóki nie nastąpi naprawdę wielkie trzęsienie ziemi.

Kalifornijczycy żartowali sobie z pomniejszych drgań i szarpnięć, ponieważ żyli w nigdy nie wypowiadanym i głęboko podświadomym strachu przed tym największym ze wszystkich trzęsień, które położy kres zabawie. Gdyby się ciągle mieli rozwodzić nad prawdopodobieństwem kataklizmu, gdyby zbyt wiele medytowali nad zdradziecką naturą ziemi, strach by ich sparaliżował. Życie musi toczyć się dalej, niezależnie od ryzyka. Ostatecznie, to naprawdę wielkie trzęsienie może nie nastąpić w ciągu najbliższych stu lat. Może nigdy. Więcej ludzi zmarło podczas śnieżnych zim na wschodzie, gdzie temperatury spadają poniżej zera, niż podczas kalifornijskich trzęsień ziemi. Wybudowanie domu na uskoku San Andreas jest równie niebezpieczne, jak mieszkanie na Florydzie, gdzie szaleją huragany, albo na preriach środkowego wschodu nawiedzanych przez tornada. A poza tym, skoro wszystkie narody na tej planecie posiadają albo chcą posiadać broń nuklearną, wściekłość samej ziemi wydaje się mniej przerażająca niż rozdrażnienie ludzi. Mając w perspektywie trzęsienie ziemi, Kalifornijczycy bawili się nim, doszukiwali się elementów humoru w potencjalnej katastrofie i udawali, że życie na niestałym gruncie nie ma na nich żadnego wpływu.

W ten wtorek jednak, tak jak we wszystkie dni, podczas których zauważało się ruchy ziemi, więcej ludzi niż zwykle przekroczyło ograniczenia prędkości na autostradach, śpiesząc się do pracy, rozrywek, rodzin, przyjaciół lub kochanków i nikt z nich nie uświadamiał sobie, że w jakiś sposób żyje w szybszym tempie niż w poniedziałek. Więcej mężczyzn prosiło swoje żony o zgodę na rozwód niż w dni bez trzęsienia. Więcej żon porzuciło swoich mężów niż poprzedniego dnia. Więcej ludzi postanawiało się pobrać. Większa niż zazwyczaj liczba hazardzistów planowała spędzić weekend w Las Vegas. Prostytutki cieszyły się wzmożonym ruchem w interesie przynoszącym im wtedy większe zyski. I najprawdopodobniej zaznaczał się wzrost aktywności seksualnej między mężami i żonami, miedzy żyjącymi bez ślubu kochankami i między niedoświadczonymi nastolatkami, którzy dokonywali swych pierwszych, niezręcznych posunięć. Nie było żadnego niepodważalnego dowodu na istnienie tego erotycznego aspektu aktywności sejsmicznej. Jednak przez wiele lat socjologowie i specjaliści z dziedziny psychologii behawioralnej obserwowali ssaki naczelne – goryle, szympansy i orangutany – zajmując się niezwykłą częstotliwością ich spółkowania w godzinach następujących po większych i średnich trzęsieniach ziemi i należało zakładać, że przynajmniej w odniesieniu do głównych narządów rozrodczych człowiek nie różni się zbytnio od swoich prymitywnych kuzynów.

Większość Kalifornijczyków wierzyła w swoim zadufaniu, że są doskonale przystosowani do życia na obszarze podlegającym trzęsieniom ziemi; nie byli jednak świadomi tego stresu psychologicznego, który ich bezustannie kształtował i zmieniał. Ich lęk przed wiszącą nad nimi katastrofą był rodzajem wszechobecnego szeptu, który stanowił propagandę podświadomości; szeptu nadzwyczaj ważnego, który modelował zachowania i charaktery ludzi w większym stopniu, niż sobie z tego zdawali sprawę. Był to oczywiście tylko jeden szept, wspólny dla wszystkich.

* * *

Hilary nie była zdziwiona reakcją policji na jej zeznanie i starała się tym nie denerwować.

W niecałe pięć minut po tym, jak Tony zadzwonił z domu sąsiada, mniej więcej trzydzieści pięć minut przed porannym trzęsieniem ziemi, do domu Hilary przyjechało dwóch policjantów czarno – białym wozem z błyskającymi światłami, ale za to bez syren. Z typowym i pełnym znudzenia profesjonalnym pośpiechem i uprzejmością, należycie nagrali jej wersję wypadku, znaleźli miejsce, w którym intruz włamał się do domu (ponownie okno gabinetu), sporządzili ogólną listę zniszczeń w salonie i jadalni oraz zgromadzili pozostałe informacje potrzebne do sporządzenia raportu z przestępstwa kryminalnego. Ponieważ Hilary powiedziała im, że napastnik miał rękawiczki, postanowili nie wzywać laboranta do poszukiwania odcisków palców.

Byli zaintrygowani jej twierdzeniem, że człowiek, który na nią napadł, był tym samym, o którym sądziła, że został przez nią zamordowany w ubiegły czwartek. Ich zainteresowanie nie miało nic wspólnego z chęcią określenia, czy ona poprawnie zidentyfikowała przestępcę, ustalili to już, kiedy usłyszeli jej zeznanie. Ich zdaniem nie było takiej szansy, aby napastnik mógł być Bruno Frye’em. Żądali od niej kilkakrotnego powtórzenia jej wersji napadu i często przerywali jej pytaniami, ale próbowali jedynie ustalić, czy ona rzeczywiście się myli, czy histeryzuje, czy wszystko pomieszała albo czy kłamie. Po jakimś czasie stwierdzili, że wszystko jej się odrobinę poplątało z powodu szoku i że jej pomieszanie pogłębiło się przez podobieństwo intruza do Bruno Frye’a.

– Poprowadzimy dochodzenie na podstawie opisu, który nam pani podała – powiedział jeden z nich.

– Ale nie możemy wystawić listu gończego za zmarłym człowiekiem – powiedział drugi. – Jestem pewien, że pani to pojmuje.

– To był Bruno Frye – powtarzała uparcie Hilary.

– Kiedy w żadnym wypadku nie możemy się na tym oprzeć, panno Thomas.

Mimo że Tony potwierdzał jej zeznanie najlepiej jak potrafił, nie widziawszy napastnika, jego argumenty i pozycja w Komendzie Policji Los Angeles nie zrobiły większego wrażenia na umundurowanych policjantach. Słuchali uprzejmie, dużo potakiwali, ale nie dali się przekonać.

Dwadzieścia minut po porannym trzęsieniu ziemi Tony i Hilary stali przed frontowymi drzwiami i patrzyli, jak biało – czarny wóz policyjny wyjeżdża z podjazdu.