Выбрать главу

Potrząsnęła głową.

– Nie. Może nic się nie stanie, ale nie mogłabym tam spać, Tony. Nie zmrużyłabym oka przez całą noc, nasłuchując wszystkich odgłosów dobiegających od drzwi i okien.

– Gdzie się chcesz zatrzymać?

– Załatwimy po południu nasze sprawy, spakujemy się do podróży, opuścimy twoje mieszkanie, upewnimy się, czy nikt nas nie śledzi i zamówimy pokój w hotelu w pobliżu lotniska.

Ścisnął jej dłoń.

– W porządku. Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej.

– Na pewno.

– Chyba lepiej się ubezpieczyć, niż potem żałować.

* * *

W St. Helena, we wtorek o 16.10 Joshua Rhinehart odłożył słuchawkę telefonu i oparł się o krzesło, zadowolony z samego siebie. Przez ostatnie dwa dni osiągnął całkiem dużo. Teraz okręcił się w krześle, żeby popatrzeć przez okno na dalekie góry i bliższe winnice.

Prawie cały poniedziałek spędził przy telefonie, rozmawiając z bankierami, maklerami i doradcami finansowymi Bruno Frye’a. Odbył wiele dłuższych rozmów o tym, jak należy rozporządzić aktywami, dopóki majątek nie zostanie ostatecznie zlikwidowany, i wziął udział w co najmniej krótkiej debacie na temat najkorzystniejszych sposobów rozdysponowania tymi aktywami, kiedy nadejdzie na to czas. Był to kawał nudnej i żmudnej roboty, ponieważ chodziło o dużą liczbę różnych kont oszczędnościowych w kilku bankach, lokaty nadwyżek obligacji, spory plik akcji państwowych, udziały w nieruchomościach i wiele temu podobnych.

Joshua spędził wtorkowy poranek i większą część popołudnia na umawianiu się przez telefon z paroma najwyżej cenionymi rzeczoznawcami sztuki z Kalifornii, aby przyjechali do St. Helena w celu skatalogowania i wycenienia bogatej i różnorodnej kolekcji, którą rodzina Frye’ów zgromadziła przez sześć czy siedem dziesiątków lat. Leo, głowa rodziny i ojciec Katarzyny, nieżyjący już od czterdziestu lat, rozpoczął skromnie od fascynacji ozdobnymi, ręcznie rzeźbionymi kurkami do beczek od piwa i wina, których często używano w niektórych krajach europejskich. Najczęściej miały one kształty głów zionących ogniem, sapiących, roześmianych, płaczących, rozszalałych albo gniewnych demonów, aniołów, klownów, wilków, elfów, wróżek, czarownic, gnomów i innych stworzeń. Przed śmiercią Leo wszedł w posiadanie ponad dwóch tysięcy takich kurków. Katarzyna podzielała zamiłowanie swojego ojca do kolekcjonerstwa jeszcze za jego życia, a po śmierci Leo stało się ono głównym celem jej życia. Zainteresowanie nabywaniem pięknych rzeczy stało się jej pasją, a ta pasja w końcu stała się manią. (Joshua pamiętał, jak błyszczały jej oczy i jak trajkotała bez tchu za każdym razem, gdy pokazywała jakiś nowy nabytek; wiedział, że jest coś niezdrowego w jej desperackim pociągu do zapełnienia wszystkich pokoi, szaf i szuflad pięknymi rzeczami, ale bogatym zawsze się pozwala na ekscentryczne wybryki i narowy, tak długo jak nie krzywdzą nimi innych ludzi.) Kupowała emaliowane szkatułki, pejzaże z przełomu wieków, kryształy Lalique, witrażowe lampy i okna, antyczne medalioniki z kameami i wiele innych przedmiotów, niezupełnie dlatego, że stanowiły doskonałe inwestycje, lecz dlatego, że ich pragnęła i potrzebowała, tak jak narkoman, który zawsze potrzebuje następnej szprycy. Wypełniła po brzegi cały swój ogromny dom tymi okazami i spędzała niezliczone godziny na czyszczeniu, polerowaniu i dbaniu o nie wszystkie. Bruno przejął tę tradycję nieomal fanatycznej żądzy nabywania i teraz obydwa domy – ten, który Leo wybudował w 1918, i ten, który Bruno wybudował pięć lat temu – były wypchane po brzegi skarbami. We wtorek Joshua dzwonił do galerii sztuki i prestiżowych domów aukcyjnych w San Francisco i Los Angeles; wszystkie były gotowe wysłać swoich rzeczoznawców, ponieważ na rozporządzeniu zbiorami Frye’ów można było zarobić spore prowizje. W niedzielę miało przyjechać po dwóch ludzi z San Francisco i Los Angeles i Joshua zrobił dla nich rezerwacje w miejscowej gospodzie, pewien, że będzie im potrzeba paru dni na skatalogowanie własności Frye’ów.

Około 16.10 we wtorek zaczął czuć, że jest już panem sytuacji, i po raz pierwszy, odkąd go zawiadomiono o śmierci Bruna, zaczął obliczać, ile czasu zabierze mu wypełnienie zobowiązań wykonawcy testamentu. Początkowo niepokoił się, że majątek będzie tak skomplikowany, że wplącze się w niego na całe lata albo przynajmniej kilka miesięcy. Ale teraz, kiedy przejrzał testament (który zredagował pięć lat temu) i sprawdził, jak zdolni doradcy finansowi prowadzili interesy Bruna, nabrał przekonania, że cała sprawa rozwiąże się w kilka tygodni. Jego pracę ułatwiały trzy czynniki rzadko obecne przy rozporządzaniu wielomilionowym majątkiem. Po pierwsze, nie było żadnych żyjących krewnych, którzy spieraliby się o testament albo stwarzali inne problemy; po drugie, cała suma po opodatkowaniu miała być przekazana jednej organizacji charytatywnej wyraźnie określonej w testamencie; po trzecie, jak na tak bogatego człowieka, Bruno Frye miał nieskomplikowane inwestycje i obdarzył swojego zarządcę całkiem czystym bilansem łatwo zrozumiałych debetów i kredytów. Trzy tygodnie wystarczą na załatwienie wszystkiego. Co najwyżej cztery.

Od śmierci swojej żony Kory, trzy lata temu, obudziła się w Joshui bolesna świadomość, że życie jest krótkie, i teraz zazdrośnie strzegł swego czasu. Nie chciał zmarnować ani jednego bezcennego dnia i czuł, że każda minuta, jaką spędza na grzęźnięciu w majątku Frye’a jest minutą absolutnie zmarnowaną. Miał oczywiście otrzymać ogromne wynagrodzenie za swoje usługi prawne, ale już miał tyle pieniędzy, ile mu było trzeba. Był właścicielem zyskownej posiadłości w dolinie, składającej się z kilkuset akrów pierwszogatunkowych gruntów, na której uprawiano dla niego winorośl i która dostarczała winogrona do dwóch wielkich wytwórni win, gdzie nigdy nie było ich dosyć. Zastanawiał się przelotnie nad zwróceniem się do sądu o zwolnienie go z jego obowiązków; jeden z banków Frye’a podjąłby się z przyjemnością tego zadania. Zastanawiał się też, czy nie przekazać tej pracy Kenowi Gavinsowi i Royowi Genelliemu, dwóm rezolutnym, młodym prawnikom, których przyjął na swoich asystentów siedem lat temu. Ale jego silne poczucie lojalności nie pozwalało mu się wykręcić tak łatwo. Katarzyna Frye umożliwiła mu zrobienie kariery w dolinie Napa trzydzieści pięć lat temu i dlatego czuł, że winien jest jej ten czas, jaki zabierze mu osobisty nadzór nad uporządkowaniem i godnym rozwiązaniem imperium rodziny Frye’ów.

Trzy tygodnie.

Potem będzie mógł poświęcić więcej czasu tym rzeczom, za którymi przepadał: czytaniu dobrych książek, pływaniu, lataniu dopiero co kupionym samolotem, uczeniu się gotowania nowych potraw i, co jakiś czas, folgowaniu swoim zachciankom na weekendach w Reno. Aktualnie Ken i Roy zajmowali się większością interesów firmy prawniczej i robili to piekielnie dobrze. Joshua nie zanurzył się jeszcze w pełnej emeryturze, ale dużo przesiadywał na jej skraju, pluskając nogami w wielkiej kałuży wolnego czasu, który pragnął znaleźć i wykorzystać, kiedy żyła Kora.

O 16.20 zadowolony z postępu w sprawie majątku Frye’a i uspokojony wspaniałym widokiem jesiennej alei za oknem, wstał z krzesła i wyszedł do części, w której przyjmowano interesantów. Karen Farr wyciskała siódme poty z IBM – u Selectric II, który reagowałby równie dobrze na muskanie piórkiem. Była wątłą dziewczyną, bladą, niebieskooką, mówiącą cichym głosem, ale atakowała każde wyznaczone jej zadanie z ogromną energią i siłą.

– Mam zamiar podleczyć się wczesną whisky – powiedział Joshua. – Gdyby ktoś dzwonił i pytał o mnie, to, proszę, przekazuj, że jestem w pożałowania godnym stanie upojenia alkoholowego i że nie mogę podejść do telefonu.