Potem stopniowo odzyskiwał panowanie nad sobą. Powiedział sobie, że jeszcze nie wszystko stracone. Znajdzie ją.
Dotychczas udawało mu się to niezliczoną ilość razy.
ROZDZIAŁ VI
W środę rano Joshua Rhinehart odbył krótki lot do San Francisco swoją własną Cessna Turbo Skylane RG. Był to kochany samolot, wyciągający prędkość 173 węzłów i pokonujący odległość ponad tysiąca mil.
Brał lekcje latania trzy lata temu, krótko po śmierci Kory. Przez większość życia marzył, by zostać pilotem, ale nigdy nie znalazł czasu, aby się nauczyć latania, dopóki nie ukończył pięćdziesięciu ośmiu lat. Kiedy Kory zabrakło przy nim tak nieoczekiwanie, stwierdził, że był głupcem, głupcem, co uważał, że śmierć jest nieszczęściem, które dotyka wyłącznie innych ludzi. Przeżył swoje życie, jakby go miał w nieograniczonym zapasie, jakby miał trwać i żyć wiecznie. Wydawało mu się, że będzie mógł cały swój czas poświecić na wymarzone wycieczki po Europie i Bliskim Wschodzie, cały czas wypoczywać, podróżować i zabawiać się; dlatego zawsze odkładał rejsy po morzu i wakacje na później, odkładał je, dopóki nie założył praktyki prawniczej i potem dopóki nie spłacił hipotek za swoje wielkie posiadłości ziemskie i dopóki nie zorganizował do końca interesów związanych z hodowlą winorośli, i potem… I wtedy nagle odeszła Kora.
Tęsknił za nią strasznie i nadal przepełniał go smutek, kiedy myślał o wszystkich tych rzeczach, z którymi tak długo zwlekał. On i Kora byli ze sobą szczęśliwi; z wielu powodów cieszyło go ich wspólne życie, życie doskonałe pod każdym względem. Nigdy niczego nie pożądali – ani jedzenia, ani schronienia, ani sprawiedliwego podziału luksusów. Zawsze wystarczało pieniędzy. Ale nigdy czasu. Nie mógł przestać rozmyślać o tym, jak mogło być. Nie mógł przywrócić Korze życia, ale przynajmniej postanowił chwytać całą radość, jaką mógł wziąć w swoje ręce przez wszystkie tamte lata. Ponieważ nigdy nie był towarzyski i ponieważ czuł, że na dziesięciu ludzi przypadało dziewięciu żałosnych ignorantów albo złośliwców, większość jego rozrywek stanowiły samotnicze uciechy; ale pomimo preferowanej przez niego samotności, wszystkie te przyjemności cieszyły go mniej, niż gdyby mógł je dzielić z Korą. Latanie samolotem było jednym z wyjątków od tej reguły. W swojej cessnie, wysoko ponad ziemią, czuł się jakby uwolniony od wszystkich ograniczeń, nie tylko od więzi grawitacji, ale łańcuchów smutku i żalu.
Ożywiony i odmłodzony lotem Joshua wylądował w San Francisco krótko po dziewiątej. Niecałą godzinę później był w banku First Pacific United i witał się z Mr. Ronaldem Prestonem, z którym rozmawiał przez telefon we wtorek po południu.
Preston był wicedyrektorem banku i zajmował okazały gabinet, wyposażony w mnóstwo obić z prawdziwej skóry i dobrze wypolerowanego teku – wyściełany, pluszowy, bogaty gabinet.
Jego lokator zaś był wysoki i chudy; wyglądał na kruchego i wątłego. Zawsze mocno opalony, chlubił się porządnie przyciętymi wąsami. Mówił za szybko i jego ręce przerzucały się od jednego gestu do drugiego, jak zepsuta maszyna ciskająca iskry. Miał nerwowe usposobienie.
Przygotował dokładny wyciąg z kont Bruno Frye’a z wyszczególnieniem każdego roku z wszystkich pięciu lat, podczas których Frye korzystał z usług First Pacific United. Wyciąg zawierał spis depozytów oszczędnościowych i wypłat oraz dni, w których Frye odwiedzał swój sejf, wyraźne fotokopie comiesięcznych oświadczeń z kont czekowych, zrobione na podstawie zapisów mikrofilmowych i podobne kopie wszystkich czeków kiedykolwiek wypisanych z tego konta.
– Na pierwszy rzut oka – powiedział Preston – może się wydawać, że nie dałem panu kopii wszystkich czeków, jakie wypisał pan Frye. Ale chciałbym pana przekonać, że tak nie jest. Po prostu nie było ich wiele. Wiele pieniędzy wpływało i ubywało z tego konta, ale przez pierwsze trzy i pół roku pan Frye wypisywał tylko dwa czeki miesięcznie. Przez ostatnie półtora roku były to trzy czeki miesięcznie i zawsze na rzecz tych samych osób.
Joshua nie trudził się otwieraniem teczki.
– Popatrzę później na te rzeczy. Teraz chciałbym wypytać tę kasjerkę, która dokonała wypłat z konta czekowego i oszczędnościowego.
W jednym kącie pokoju stał okrągły stół konferencyjny. Wokół niego ustawiono sześć wygodnych, wyściełanych krzeseł z zaokrąglonymi oparciami. Joshua wybrał właśnie to miejsce na przesłuchanie.
Cynthia Willis, kasjerka, była pewną siebie i dość atrakcyjną Murzynką około czterdziestki, ubraną w niebieską spódnicę i sztywną białą bluzkę. Miała gładko uczesane włosy i jaskrawo pomalowane paznokcie o ładnym kształcie. Nosiła się z dumą i wdziękiem. Kiedy Joshua podprowadził ją do krzesła, stojącego naprzeciwko niego, usiadła z mocno wyprostowanymi plecami.
Preston stał za swoim biurkiem i denerwował się w milczeniu.
Joshua otworzył kopertę, którą przyniósł ze sobą i wyjął z niej piętnaście fotografii ludzi, którzy mieszkają albo kiedyś mieszkali w St. Helena. Rozłożył je na stole i powiedział:
– Panno Willis…
– Pani Willis – poprawiła go.
– Przepraszam, pani Willis, proszę, by pani obejrzała wszystkie te fotografie i powiedziała, na której z nich jest Bruno Frye. Ale dopiero wtedy, gdy je pani wszystkie obejrzy.
Obejrzała cały plik zdjęć w minutę i wybrała dwa spośród nich.
– On jest na tych dwóch.
– Jest pani pewna?
– Oczywiście – powiedziała. – To nie był trudny sprawdzian. Pozostałe trzynaście osób zupełnie go nie przypomina.
Poszło jej znakomicie, lepiej, niż się spodziewał. Wiele fotografii było niewyraźnych, a niektóre wykonano w ciemnym świetle. Joshua celowo użył złych zdjęć, aby utrudnić rozpoznanie, ale pani Willis nie zawahała się. I chociaż powiedziała, że pozostałe trzynaście osób nie przypominało Frye’a, niektórzy z nich właściwie mogli za niego uchodzić. Joshua wybrał paru ludzi, którzy byli podobni do Frye’a, przynajmniej na mało ostrych zdjęciach, ale ten podstęp nie oszukał Cynthii Willis, jak również sztuczka z dwoma zdjęciami Frye’a. Na obydwu widniała jego twarz i obydwa mocno różniły się od siebie.
Postukując palcem wskazującym w obie odbitki, pani Willis powiedziała:
– To jest człowiek, który przyszedł do banku w ubiegły czwartek po południu.
– W czwartek rano – powiedział Joshua – zamordowano go w Los Angeles.
– Nie wierzę w to – powiedziała z przekonaniem w głosie. – W tym musi być jakaś pomyłka.
– Widziałem jego ciało – powiedział jej Joshua. – Pogrzebaliśmy go w St. Helena w ubiegłą niedzielę.
Potrząsnęła głową.
– Zatem musieliście pogrzebać kogoś innego. Musieliście pogrzebać innego człowieka.
– Znałem Bruna, odkąd skończył pięć lat – powiedział Joshua. – Nie mogłem się pomylić.
– A ja wiem, kogo widziałam – powiedziała uprzejmie, ale stanowczo pani Willis.
Nie spojrzała na Prestona. Była zbyt dumna, aby kształtować swoje odpowiedzi na podstawie jego wymogów. Wiedziała, że jest dobrą kasjerką i nie bała się swojego szefa. Siedziała teraz jeszcze bardziej prosto niż przedtem i oświadczyła:
– Pan Preston ma prawo do swojego zdania. Ale ostatecznie on nie widział tego mężczyzny. A ja widziałam. To był pan Frye. Przychodził do tego banku dwa lub trzy razy w miesiącu przez ostatnie pięć lat. Zawsze zostawiał depozyt wartości dwóch tysięcy na koncie czekowym, czasami prawie trzy tysiące i zawsze gotówką. Gotówką. To rzadkość. Przez to dał się zapamiętać. Przez to i przez swój wygląd, wszystkie te mięśnie i…
– Ale chyba nie zawsze wpłacał depozyty przy pani okienku.
– Nie zawsze – przyznała. – Ale wielokrotnie tak robił. I przysięgam, że to on dokonał obydwu wypłat w zeszły czwartek. Jeżeli pan go w ogóle zna, panie Rhinehart, to pan wie, że nie trzeba go było widzieć, by wiedzieć, że to on. Rozpoznałabym go z zawiązanymi oczami przez ten jego dziwny głos.