Выбрать главу

– Mogą czekać – powiedział Hackett. – Ostatecznie jest to dość niezwykła sprawa.

– Ale upłynie sporo czasu, zanim będzie im pan mógł podać takie zapewnienia – powiedział Joshua.

– Nie każemy panu czekać powyżej umiarkowanie długiego terminu – powiedział Sackett. – Co najwyżej trzy miesiące.

Joshua westchnął.

– Miałem nadzieję dokonać szybkiego rozliczenia majątku.

Sackett wzruszył ramionami.

– Może nie będę potrzebował trzech miesięcy. Wszystko może się szybko wyjaśnić. Nigdy tego nie wiadomo. Za jakiś dzień lub dwa może nawet złapię tego faceta, który się podszywa pod Bruno Frye’a. Potem będę mógł przekazać FDIC, że akcja jest odwołana.

– Ale nie spodziewa się pan szybkiego rozwiązania.

– Sytuacja jest tak dziwaczna, że nie mogę się zobowiązywać do żadnego terminu – oznajmił Sackett.

– Piekło – rzekł Joshua zmęczonym głosem.

Kilka minut później, kiedy wychodząc z banku przekraczał chłodny westybul wyłożony marmurem, zawołała go pani Willis. Pełniła dyżur w okienku kasjerskim. Podszedł do niej, a ona powiedziała:

– Wie pan, co bym zrobiła na pańskim miejscu?

– Co mianowicie? – spytał Joshua.

– Wykopałabym go. Tego pogrzebanego człowieka. Wykopałabym.

– Bruno Frye’a?

– Nie pogrzebaliście Bruno Frye’a. – Pani Willis była nieugięta; zacisnęła usta i potrząsała głową w obie strony, przybrawszy bardzo uroczysty wygląd. – Nie. Jeśli istnieje jakiś sobowtór pana Frye’a, to nie on się tu pojawia. Sobowtór to ten, który leży sześć stóp pod ziemią z granitową płytą zamiast kapelusza. Prawdziwy Frye był tu w ostatni czwartek. Przysięgłabym to przed każdym sądem. Dałabym głowę.

– Ale jeśli to nie prawdziwy Frye został zabity w Los Angeles, to gdzie jest teraz prawdziwy Frye? Dlaczego uciekł? Co tu się na Boga dzieje?

– Tego nie wiem – powiedziała. – Wiem tylko, co widziałam. Niech go pan wykopie, panie Rhinehart. Uważam, że pogrzebaliście niewłaściwego człowieka.

* * *

W środę o 15.20 Joshua wylądował na okręgowym lotnisku obok miasteczka Napa. Przy liczbie czterdziestu pięciu tysięcy mieszkańców nie mogła pretendować do dużego miasta i prawdę powiedziawszy, atmosfera charakterystyczna dla okręgu upraw winorośli udzielała się jej w takim stopniu, że wydawała się mniejsza i bardziej przytulna niż w rzeczywistości; zdaniem Joshui jednak, od dawna przyzwyczajonemu do wiejskiego spokoju malutkiego St. Helena, Napa była równie hałaśliwa i męcząca jak San Francisco i palił się do wyjazdu z tego miejsca.

Jego samochód stał zaparkowany na publicznym parkingu obok lotniska, gdzie go zostawił tego ranka. Nie pojechał do domu czy do swojego biura. Pojechał prosto do domu Bruno Frye’a w St. Helena.

Zazwyczaj Joshua intensywnie chłonął niewiarygodne, naturalne piękno doliny. Ale nie dzisiaj. Jechał nie zauważając teraz niczego, dopóki na widoku nie pojawiła się posiadłość Frye’a.

Część winnic „Drzewo Cienia”, rodzinnego przedsiębiorstwa Frye’ów, zajmowała żyzną czarną równinę, ale główna ich połać rozciągała się na łagodnie wznoszących się zboczach zachodniej części doliny. Wytwórnia win, pomieszczenie do częstowania gości, rozległe piwnice i inne budynki – wszystkie będące konstrukcjami z kamienia polnego, sekwoi i dębu, zdającymi się wyrastać spod ziemi – były usytuowane na dużej przestrzeni płaskowyżu, w pobliżu najbardziej wysuniętego na zachód krańca posiadłości Frye’a. Wszystkie budynki stały zwrócone na wschód, na dolinę, w kierunku drugich rzędów poletek winorośli i usytuowano je wszystkie tyłem do skalnego urwiska o wysokości stu sześćdziesięciu stóp, które uformowało się w odległej epoce, kiedy ruchy ziemi spowodowały osunięcie się ostatnich podgórzy od podstawy znacznie bardziej stromych gór Mayacamas.

Nad urwiskiem na samotnym wzgórzu stał dom, który wybudował Leo Frye, ojciec Katarzyny, po swoim przyjeździe do krainy winorośli w 1918 roku. Leo był typem skłonnego do zamyśleń Prusaka, który bardziej niż cokolwiek innego cenił sobie swoją prywatność. Szukał takiego miejsca pod budowę domu, które dawałoby szeroki widok na malowniczą dolinę oraz absolutne odosobnienie, i ta posiadłość na szczycie wzgórza była dokładnie tym, czego chciał. Chociaż w 1918 Leo był już wdowcem i chociaż miał tylko jedno małe dziecko i w owym czasie nie planował drugiego małżeństwa, zbudował jednak na szczycie urwiska wielki, dwunastopokojowy dom w stylu wiktoriańskim, z wieloma oknami w wykuszach, szczytami i mnóstwem architektonicznych ozdób. Było z niego widać wytwórnię win, którą później zbudował na rozciągającym się niżej płaskowyżu, dokąd prowadziły tylko dwa dojścia. Pierwsze stanowiła powietrzna kolej linowa, składająca się z systemu kabli, wyciągów, silników elektrycznych i jednej gondoli z czterema siedzeniami, która przewoziła od dolnej stacji (wybudowanej w kącie pierwszego piętra głównego budynku wytwórni) do górnej stacji (mniej więcej na północ od domu na szczycie urwiska). Druga droga prowadziła po ruchomych schodach zamocowanych w ścianie urwiska. Te trzysta dwadzieścia stopni było pomyślanych jedynie na wypadek, gdyby zepsuła się kolejka – a i wówczas tylko wtedy, jeśli nie można było poczekać na wykonanie napraw. Dom był nie tylko odizolowany: był niedostępny.

Kiedy Joshua skręcił z publicznej drogi na bardzo długi, prywatny podjazd, który prowadził do wytwórni win „Drzewa Cienia”, próbował sobie przypomnieć wszystko, co wiedział o Leo Frye’u. Nie było tego wiele. Katarzyna rzadko mówiła o swoim ojcu, a Leo nie miał wielu przyjaciół.

Joshua przyjechał do doliny dopiero w 1945, parę lat po śmierci Leo, i nigdy nie poznał tego człowieka, ale słyszał o nim wystarczająco dużo opowieści, aby móc wyrobić sobie obraz tego umysłu, który łaknął tak przesadnej prywatności urzeczywistnionej w domu na szczycie urwiska. Leo Frye był chłodny, surowy, ponury, opanowany, uparty i błyskotliwy; trochę też egocentryk i despota o żelaznej ręce. Przypominał jakby feudalnego pana z dawno minionych wieków; średniowiecznego arystokratę, który wybrał życie w dobrze ufortyfikowanym zamku poza łatwym zasięgiem brudnych hord.

Katarzyna nadal mieszkała w tym domu po śmierci ojca. Wychowała Bruna w pokojach z wysokimi sufitami, w świecie mocno oddalonym od jego rówieśników, w wiktoriańskim świecie wysokich do pasa boazerii, kwiaciastych tapet, gzymsów z blankami, podnóżków, zegarów kominkowych i koronkowych obrusów. Faktycznie matka i syn mieszkali razem, do chwili gdy Bruno ukończył trzydzieści pięć lat, a Katarzyna umarła na atak serca.

Jadąc drogą o makadamowej powierzchni w kierunku wytwórni, Joshua przyglądał się budynkom z kamienia polnego i drewna. Podniósł wzrok na wielki dom, który stał niczym gigantyczny kopiec na szczycie skalnej ściany.

To było dziwne, żeby dorosły mężczyzna mieszkał ze swoją matką tak długo, jak Bruno z Katarzyną. Krążyły naturalnie plotki i domysły. W St. Helena jednomyślnie uważano, że Bruno niewiele albo wcale nie interesował się dziewczętami, że swoje namiętności i uczucia potajemnie kierował ku młodym chłopcom. Przypuszczano, że zaspokaja swoje żądze podczas nieregularnych wizyt w San Francisco, z dala od wzroku sąsiadów z krainy winorośli. Domniemany homoseksualizm Bruna nie był jednak powodem skandalu w dolinie. Miejscowi nie poświęcali wiele czasu na rozmowy o tym; tak naprawdę wcale ich to nie obchodziło. Chociaż St. Helena było małym miasteczkiem, mogło sobie rościć prawo do odrobiny elegancji; było takie, bo w nim wyrabiano wino.

Teraz jednak Joshua uważał, że jednomyślna opinia miejscowych na temat Bruna była omyłkowa. Zważywszy na niezwykłe wydarzenia ubiegłego tygodnia, wychodziło na to, że tajemnica tego człowieka mogła być znacznie bardziej ponura i nieskończenie straszniejsza niż zwykły homoseksualizm.