Szmer. W drugim pokoju.
Joshua, który właśnie obchodził biurko, zastygł. Poczekał, nasłuchiwał.
– Wyobraźnia – powiedział, starając się uspokoić.
Przeszedł szybko przez dom do drzwi frontowych i stwierdził, że szmer był na pewno urojony. Przecież nic się nie stało. Odetchnął jednak z ulgą, kiedy wyszedł na zewnątrz, zamknął drzwi i przekręcił zamek.
W samochodzie, po drodze do swego biura w St. Helena, obmyślał następne pytania. Kto tak naprawdę umarł w Los Angeles w ubiegłym tygodniu – Frye czy jego sobowtór? Który z nich był w banku First Pacific United w czwartek – ten prawdziwy czy jego imitacja? Czy kiedy pozna odpowiedź, to będzie mógł dokonać rozliczenia majątku? Miał pytań bez liku, ale piekielnie mało odpowiedzi.
Kiedy zaparkował samochód na tyłach swojego biura parę minut później, zrozumiał, że powinien się mocno zastanowić nad radą pani Willis. Może trzeba będzie otworzyć grób Bruno Frye’a, aby stwierdzić, kto jest w nim pochowany.
Tony i Hilary wylądowali w Napa, wynajęli samochód i dojechali do siedziby szeryfa Okręgu Napa w środę o 16.20. Lokal nie był tak ospały, jak biura szeryfów, które się ogląda w telewizji. Wokół akt i dokumentów uwijało się żwawo kilku zastępców i dwie pilne urzędniczki.
Sekretarka szeryfa siedziała za dużym, metalowym biurkiem, identyfikowana przez plakietkę z nazwiskiem umieszczoną na jej maszynie do pisania: MARSHA PELETRINO. Była kobietą o sztywnej sylwetce i surowych rysach, ale miała cichy, jedwabny i seksowny głos. Wbrew oczekiwaniom Hilary miała też zapraszający i przyjazny uśmiech.
Kiedy Marsha Peletrino otworzyła drzwi miedzy częścią służącą do przyjmowania interesantów a osobistym gabinetem Petera Laurensky’ego i obwieściła, że Hilary i Tony chcą się z nim spotkać, Laurensky od razu wiedział, kim są, i nie próbował im się wymknąć, tak jak oczekiwali. Wyszedł ze swego gabinetu i niezdarnie uścisnął im ręce. Wydawał się zakłopotany i najwyraźniej nie miał chęci wyjaśniać, dlaczego dostarczył fałszywe alibi Bruno Frye’owi w ubiegłą środę wieczorem, ale mimo swego nieskrywanego skrępowania, zaprosił Tony’ego i Hilary na rozmowę.
Laurensky sprawił pewne rozczarowanie Hilary. Nie był, jak oczekiwała, zwalistym, brzuchatym, żującym cygaro, łatwym do znienawidzenia małomiasteczkowym typem świetnego chłopa ani też prowincjonalnym łapówkarzem posiadającym władzę, który by kłamał, aby osłonić miejscowego bogacza, jakim był Bruno Frye. Laurensky miał około trzydziestki, był wysokim blondynem; prostolinijnym, wygadanym, przyjacielskim i wyraźnie oddanym swej pracy, dobrym strażnikiem prawa. W jego oczach widniała uprzejmość, a w głosie zadziwiająca delikatność; w jakiś sposób przypominał jej Tony’ego. Biura szeryfa stanowiły schludne i spartańskie pomieszczenia, w których wiele się działo, a ludzie, którzy pracowali tutaj z Laurenskym, zarówno zastępcy jak i pracownicy w cywilu, nie byli fajnymi kumplami, ale energicznymi i pracowitymi funkcjonariuszami państwowymi. Już po dwóch minutach przebywania z szeryfem wiedziała, że tu nie znajdą żadnej prostej odpowiedzi na tajemnicę Frye’a, żadnego oczywistego i łatwo wykrywalnego spisku.
W osobistym gabinecie szeryfa oboje z Tonym usiedli na mocnej, starej ławce z oparciem, wygodnej dzięki temu, że położono na niej pokryte aksamitem poduszki z gąbki. Laurensky wysunął krzesło i usiadł na nim niewygodnie z rękoma skrzyżowanymi z tyłu oparcia.
Rozbroił Tony’ego i Hilary, przechodząc prosto do sprawy i osądzając surowo samego siebie.
– Obawiam się, że w tym wszystkim nie zachowałem się profesjonalnie – powiedział. – Wykręcałem się przed telefonami z pańskiego wydziału.
– Dlatego tutaj jesteśmy – powiedział Tony.
– Czy… to jest jakaś oficjalna wizyta? – spytał Laurensky, odrobinę zaciekawiony.
– Nie – przyznał Tony. – Jestem tutaj jako osoba prywatna, nie jako policjant.
– Mieliśmy nadzwyczaj niezwykłe i niepokojące przejścia przez ostatnie parę dni – powiedziała Hilary. – Wydarzyły się niewiarygodne rzeczy i mamy nadzieję, że pan je nam wyjaśni.
Laurensky podniósł brwi.
– Coś jeszcze oprócz napaści, jakiej Frye dopuścił się wobec pani?
– Odpowiemy panu na to pytanie – wtrącił Tony. – Ale najpierw chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego pan się nie zgłaszał do LAPD.
Laurensky skinął głową. Rumienił się.
– Zupełnie nie wiem, co powiedzieć. Zrobiłem z siebie idiotę, ręcząc za Frye’a. Ja chyba miałem nadzieję, że wszystko się rozejdzie po kościach.
– A dlaczego pan za niego ręczył? – spytała Hilary.
– Po prostu… widzicie… naprawdę myślałem, że jest u siebie tamtej nocy.
– Czy rozmawiał pan z nim?
– Nie – odparł Laurensky. Chrząknął. – Widzicie, ten telefon wieczorem odebrał oficer dyżurny, Tim Larsson. Jest jednym z moich najlepszych ludzi. Robi u mnie od siedmiu lat. Naprawdę przebojowy facet. No więc… kiedy policja z Los Angeles zadzwoniła w sprawie Bruno Frye’a, Tim uważał, że lepiej zrobi, jak zadzwoni do mnie i zobaczy, czy chcę się tym zająć, bo Frye był jednym z najważniejszych obywateli okręgu. Tego wieczoru byłem w domu. To były urodziny mojej córki. W przypadku mojej rodziny to jest dość wyjątkowa okazja i ten raz byłem zdecydowany nie dopuścić, aby praca wtargnęła do mojego prywatnego życia. Mam tak mało czasu dla dzieci…
– Rozumiem – powiedział Tony. – Widzę, że robi pan tu chyba kawał dobrej roboty. I na tyle się znam na pracy w policji, by wiedzieć, że dobra robota zabiera sto razy więcej czasu niż osiem godzin dziennie.
– Więcej niż dwanaście godzin dziennie, przez sześć albo siedem dni w tygodniu – powiedział szeryf. – W każdym razie Tim zadzwonił do mnie tamtego wieczoru i ja mu kazałem to przejąć. Rozumie pan, to dochodzenie wydawało się takie głupie. No bo Frye był wybitnym businessmanem, nawet milionerem, na miłość boską. Dlaczego miałby się wszystkiego wyrzekać, aby kogoś zgwałcić? Więc kazałem Timowi to sprawdzić i dać mi znać, jak tylko coś będzie miał. Jak powiedziałem, jest bardzo kompetentnym oficerem. Poza tym znał Frye’a lepiej niż ja. Zanim zdecydował się na karierę w służbie prawa, pracował pięć lat w głównym biurze winnic „Drzewo Cienia”. Widywał wtedy Frye’a nieomal codziennie.
– Czyli to oficer Larsson sprawdzał Frye’a w ubiegłą środę – powiedział Tony.
– Tak. Zadzwonił do mnie jeszcze raz podczas przyjęcia urodzinowego mojej córki. Powiedział, że Frye jest w domu, a nie w Los Angeles. Więc oddzwoniłem do LAPD i przystąpiłem do robienia z siebie idioty.
Hilary zmarszczyła brwi.
– Nie rozumiem. Czy chce pan powiedzieć, że Tim Larsson pana okłamał?
Laurensky nie chciał na to odpowiedzieć. Wstał, zaczął chodzić w kółko, wpatrywał się w podłogę zachmurzony. Wreszcie powiedział:
– Wierzę Timowi Larssonowi. Zawsze mu wierzyłem. To dobry człowiek. Jeden z najlepszych. Ale tego po prostu nie potrafię wytłumaczyć.
– Czy miał jakiś powód, aby kryć Frye’a? – spytał Tony.
– Chodzi panu o to, czy byli kumplami? Nie. Nic takiego. Nawet nie byli znajomymi. On tylko pracował dla Frye’a. I nie lubił tego człowieka.
– Czy on twierdził, że widział Frye’a tego wieczoru? – spytała Laurensky’ego Hilary.
– Wówczas – powiedział szeryf – po prostu zakładałem, że on go widział. Ale później Tim powiedział, że sobie umyślił, że zidentyfikuje Frye’a przez telefon i że nie ma potrzeby jechać taki kawał wozem patrolowym, by przekonać się o tym naocznie. Jak pewnie pani wie, Bruno Frye miał bardzo charakterystyczny, bardzo dziwny głos.