– Zatem Larsson mógł rozmawiać z kimś, kto krył Frye’a, z kimś, kto potrafił naśladować jego głos – powiedział Tony.
Laurensky spojrzał na niego.
– Tak mówi Tim. Tak się tłumaczy. Ale to nie pasuje. Bo kto to mógł być? Dlaczego miałby kryć gwałt i morderstwo? Gdzie jest teraz? Ponadto głosu Frye’a nie da się tak łatwo małpować.
– Więc jakie jest pana zdanie? – spytała Hilary.
Laurensky potrząsnął głową.
– Nie wiem, co myśleć. Głowiłem się nad tym przez tydzień. Chcę wierzyć swojemu oficerowi. Ale na jakiej podstawie? Coś tu się dzieje – ale co? Dopóki do tego nie dotrę, zawiesiłem Tima bez wypłaty.
Tony spojrzał na Hilary, potem znowu na szeryfa.
– Kiedy pan usłyszy, co mamy do powiedzenia, to sądzę, że będzie pan w stanie uwierzyć oficerowi Larssonowi.
– Niemniej jednak – powiedziała Hilary – dalej pan nie będzie nic rozumiał. Jesteśmy w tym głębiej i ciągle nie wiemy, co tu się dzieje.
Opowiedziała Laurensky’emu o tym, jak Bruno Frye pojawił się w jej domu we wtorek rano, pięć dni po swojej śmierci.
W swoim biurze w St. Helena Joshua Rhinehart usiadł przy biurku ze szklanką Jacka Danielsa Black Label i przeglądał teczkę, którą dał mu Ronald Preston w San Francisco. Zawierała między innymi wyraźne odbitki comiesięcznych wyciągów z kont, wywołanych z mikrofilmów, oraz podobne kopie przednich i tylnych stron wszystkich czeków wypisanych przez Frye’a. Ponieważ Frye, chcąc zachować konto w tajemnicy, ukrył je w miejskim banku, z którym nie prowadził żadnych innych interesów, Joshua był przekonany, że zbadanie tych dokumentów dostarczy wskazówek do rozwiązania tajemnicy jego imitatora.
Podczas pierwszych trzech i pół roku od otwarcia konta Bruno wypisywał dwa czeki miesięcznie, nigdy więcej i nigdy mniej. A czeki były zawsze wystawiane na tych samych ludzi – Rite Yancy i Lathama Hawthorne’a – których nazwiska nic nie mówiły Joshui.
Z nieokreślonych powodów pani Yancy otrzymywała co miesiąc pięćset dolarów. Jedyną rzeczą, jaką Joshua mógł wydedukować na podstawie fotokopii tych czeków, był fakt, że Rita Yancy musi mieszkać w Hollister w Kalifornii, ponieważ realizowała je wszystkie w hollisterskim banku.
Żaden z czeków wystawionych na Lathama Hawthorne’a nie opiewał na tę samą sumę; wynosiły od paruset dolarów do pięciu lub sześciu tysięcy. Hawthorne mieszkał prawdopodobnie w San Francisco, ponieważ wszystkie jego depozyty były składane do banku Wells Fargo w tym mieście. Czeki Hawthorne’a były opisane gumową pieczątką o treści:
TYLKO JAKO DEPOZYT
NA KONTO:
Latham Hawthorne
ANTYKWARIUSZ I OKULTYSTA
Joshua wpatrywał się przez chwilę w to ostatnie słowo. Okultysta. Był to z pewnością wyraz pochodny od „okultyzmu” i był użyty dla opisu fachu wykonywanego przez Hawthorne’a albo przynajmniej jego połowy, bo drugą część stanowiło sprzedawanie rzadkich książek. Joshua sądził, że wie, co oznacza to słowo, ale nie był pewien.
Dwie ściany jego biura były zapełnione rzędami książek prawniczych i dzieł encyklopedycznych. Miał trzy słowniki i we wszystkich sprawdził słowo „okultysta”. Pierwsze dwa słowniki nie zawierały go, ale trzeci podawał definicję, nieomal taką, jakiej się spodziewał. Okultysta był kimś, kto wierzył w rytuały i nadprzyrodzone moce różnych „nauk okultystycznych”, do których zaliczały się, ale nie ograniczały, astrologia, chiromancja, czarna magia, biała magia, demonologia i satanizm. Zgodnie ze słownikiem okultysta mógł być również ktoś, kto sprzedawał przybory niezbędne do uprawiania któregoś z tych dziwacznych zajęć – książki, kostiumy, karty, przyrządy magiczne, święte relikwie, rzadkie zioła, świece ze świńskiego łoju i tym podobne.
Przez pięć lat miedzy śmiercią Katarzyny a własnym zgonem Bruno Frye zapłacił ponad sto trzydzieści tysięcy dolarów Lathamowi Hawthorne’owi. Nie było nic na tych czekach, co by wyjaśniało, co otrzymywał w zamian za te pieniądze.
Joshua dolał jeszcze whisky do swojej szklanki i powrócił do biurka.
Dokumenty dotyczące tajemnych kont bankowych Frye’a wykazywały, że wypisywał dwa czeki miesięcznie przez pierwsze trzy i pół roku, ale przez ostatnie półtora roku trzy czeki miesięcznie. Jeden dla Rity Yancy i jeden dla Lathama Hawthorne’a jak dotychczas. I potem trzeci czek dla doktora Nicholasa W. Rudge’a. Wszystkie czeki były składane w Banku Amerykańskim w San Francisco, więc Joshua zakładał, że lekarz ten mieszka w tym mieście.
Zamówił rozmowę z informacją telefoniczną San Francisco, potem z informacją telefoniczną w obszarze kodowym 408, do którego należało miasteczko Hollister. W niecałe pięć minut miał numery telefonów do Hawthorne’a, Rudge’a i Rity Yancy.
Zadzwonił najpierw do tej ostatniej.
Odebrała po drugim sygnale.
– Halo?
– Pani Yancy?
– Tak.
– Rita Yancy?
– Zgadza się. – Miała przyjemny, delikatny, melodyjny głos. – Kto mówi?
– Nazywam się Joshua Rhinehart. Dzwonię z St. Helena. Jestem likwidatorem majątku świętej pamięci Bruno Frye’a.
Nie odpowiedziała.
– Pani Yancy?
– Mówi pan, że on nie żyje? – zapytała.
– Nie wiedziała pani?
– Skąd miałam wiedzieć?
– Pisano o tym w gazetach.
– Zupełnie nie czytuję gazet – powiedziała.
Jej głos się zmienił. Już nie był uprzejmy; był twardy i zimny.
– Umarł w ubiegły czwartek – powiedział Joshua.
Milczała.
– Czy nic pani nie jest? – zapytał.
– Czego pan chce ode mnie?
– Cóż, moim obowiązkiem jako likwidatora jest sprawdzić, czy wszystkie długi pana Frye’a zostały spłacone, zanim majątek zostanie rozdany spadkobiercom.
– No i?
– Stwierdziłem, że pan Frye płacił pani pięćset dolarów miesięcznie, i myślałem, że to mogą być raty za jakiś dług.
Nie odpowiedziała.
Słyszał jej oddech.
– Pani Yancy?
– Nie jest mi winien ani grosza – powiedziała.
– Więc nie spłacał długu?
– Nie – powiedziała.
– Czy pani pracowała dla niego w jakimś charakterze?
Zawahała się. Potem: szczęk!
– Pani Yancy?
Nie było odpowiedzi. Tylko szum połączenia zamiejscowego, niewyraźny trzask zakłóceń.
Joshua wykręcił ponownie jej numer.
– Halo – powiedziała.
– To ja, pani Yancy. Wyraźnie nam przerwano.
Szczęk!
Zastanawiał się, czy nie zadzwonić do niej po raz trzeci, ale stwierdził, że znowu odłoży słuchawkę. Nie była najlepiej wychowana. Wyraźnie miała jakąś tajemnicę, tajemnicę, którą dzieliła z Brunem i teraz próbowała ją ukryć przed Joshuą, rozbudzając jednak jego ciekawość. Był bardziej pewien, niż dotychczas, że wszyscy ludzie, którym płacono przy pomocy konta w banku w San Francisco, mieli do powiedzenia coś, co mogłoby pomóc wyjaśnić istnienie sobowtóra Bruno Frye’a. Gdyby Joshua potrafił ich tylko zmusić do mówienia, to mógłby jednak dokonać szybkiego rozliczenia majątku.
– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo, Rito – powiedział odkładając słuchawkę.
Jutro poleci cessną do Hollister i spotka się z nią osobiście.
Następnie wykręcił numer doktora Nicholasa Rudge’a, natknął się na automatyczną sekretarkę, więc tylko zostawił wiadomość z podaniem numeru domowego i biurowego.
Przy trzecim telefonie wreszcie miał szczęście, chociaż nie takie, na jakie liczył. Latham Hawthorne był w domu i zechciał z nim rozmawiać. Okultysta miał nosowy głos ze śladami arystokratycznego akcentu brytyjskiego.