– Sprzedałem mu sporo książek – powiedział Hawthorne w odpowiedzi na pytanie Joshui.
– Tylko książki?
– Zgadza się.
– To dużo pieniędzy jak za książki.
– Był znakomitym klientem.
– Ale sto trzydzieści tysięcy dolarów?
– Na przestrzeni prawie pięciu lat.
– Niemniej jednak…
– I większość z nich to nadzwyczaj rzadkie książki, rozumie pan.
– Czy zechciałby je pan odkupić od majątku? – spytał Joshua, starając się sprawdzić, czy mężczyzna jest uczciwy.
– Odkupić? Byłbym tym uradowany. Jak najbardziej.
– Za ile?
– Cóż, tego dokładnie nie powiem, dopóki ich nie zobaczę.
– Niech pan określi na oko. Ile?
– O ile te pozycje nie zostały zużyte, rozumie pan – postrzępione, porozrywane, popisane i co tam jeszcze – wówczas to inna historia.
– Powiedzmy, że są w nieskazitelnym stanie. Ile by pan zaoferował?
– Jeśli są w takim samym stanie, w jakim je sprzedałem panu Frye’owi, wówczas jestem gotów zapłacić za nie dużo więcej, niż on sam pierwotnie za nie zapłacił. Bardzo wiele tytułów w jego zbiorach zyskało na wartości.
– Ile? – spytał Joshua.
– Jest pan uparty.
– To jedna z moich licznych zalet. No dalej, panie Hawthorne, nie proszę pana o wiążącą odpowiedź. Tylko szacunkową.
– Cóż, jeśli zbiór nadal zawiera wszystkie książki, które mu sprzedałem, i jeśli wszystkie są w doskonałym stanie… to powiedziałbym… wliczając w to moją marżę, naturalnie… około dwustu tysięcy dolarów.
– Odkupiłby pan te same książki za siedemdziesiąt tysięcy więcej, niż panu zapłacił?
– Szacując z grubsza, tak.
– To niezła zwyżka wartości.
– To z powodu tej dziedziny zainteresowań – powiedział Hawthorne. – Z każdym dniem coraz więcej ludzi interesuje się tą tematyką.
– A jaka to tematyka? – spytał Joshua. – Jakie książki on zbierał?
– Pan ich nie oglądał?
– Jak sądzę, stoją na półkach w jego gabinecie – powiedział Joshua. – Wiele z nich to bardzo stare książki i wiele z nich jest oprawionych w skórę. Nie zorientowałem się, że jest w nich coś niezwykłego. Nie zaprzątałem sobie głowy ich oglądaniem.
– To tytuły okultystyczne – powiedział Hawthorne. – Sprzedaję wyłącznie książki traktujące o okultyzmie we wszystkich jego przejawach. Duży procent moich towarów to książki zakazane, wyklęte przez Kościół albo państwo w innych czasach, nie wydrukowane ponownie przez naszych współczesnych, sceptycznych wydawców. Także dzieła z bibliofilskich nakładów. Mam ponad dwustu stałych klientów. Jednym z nich jest gentleman z San Jose, który zbiera wyłącznie książki poświęcone mistyce hinduskiej. Pewna kobieta w okręgu Marin zebrała ogromną bibliotekę z dziedziny satanizmu, włączywszy w to parenaście niezrozumiałych tytułów, które były wydane wyłącznie po łacinie. Inna kobieta z Seattle kupuje zasadniczo wszystko, co napisano o naszych doświadczeniach pozacielesnych. Mogę zaspokoić wszelkie gusty. Nie tylko poleruję swoje ego, kiedy twierdzę, że jestem najbardziej szanowanym i godnym zaufania handlarzem literatury okultystycznej w całym kraju.
– Ale z pewnością nie wszyscy klienci wydawali tyle, ile pan Frye.
– Och, oczywiście, że nie. Takich jak on, dysponujących takimi środkami, jest zaledwie dwóch czy trzech. Ale mam kilkudziesięciu klientów, którzy przeznaczają rocznie około dziesięciu tysięcy dolarów na swoje nabytki.
– To niewiarygodne – powiedział Joshua.
– Niezupełnie – stwierdził Hawthorne. – Ci ludzie uważają, że balansują na granicy wielkiego odkrycia, że są na skraju poznania jakiejś monumentalnej tajemnicy, zagadki życia. Niektórzy dążą do nieśmiertelności. A niektórzy szukają zaklęć i rytuałów, które przyniosą im wielkie bogactwo i nieograniczoną władzę nad innymi. To przekonywające motywy. Jeśli naprawdę wierzą, że tylko odrobina zakazanej wiedzy da im to, czego pragną, to zapłacą zasadniczo każdą cenę, aby to uzyskać.
Joshua zakołysał się w swoim obrotowym krześle i wyjrzał przez okno. Znad wierzchołków smutnych, jesiennych gór Mayacamas nadciągały niskie, szare chmury, aby opadać na dolinę.
– A konkretnie jaki aspekt okultyzmu interesował pana Frye’a? – spytał Joshua.
– Zbierał dwa rodzaje książek ściśle związanych z jednym ogólnym tematem – oznajmił Hawthorne. – Fascynowała go możliwość komunikowania się ze zmarłymi. Seanse, stukanie w stolik, głosy duchów, zjawy ektoplazmowe, nagłaśnianie eterowych nagrań, automatyczne pismo, tego typu rzeczy. Ale nieporównanie bardziej interesowała go literatura o żywych trupach.
– O wampirach? – spytał Joshua, myśląc o dziwnym liście w sejfie.
– Tak – powiedział Hawthorne. – Wampiry, zombie, tego typu stworzenia. Nigdy nie było mu dosyć książek o tej tematyce. Co oczywiście nie znaczy, że interesował się horrorami i tanią sensacją. Zbierał tylko poważne dzieła niebeletrystyczne i pewne wybrane pozycje z wiedzy ezoterycznej.
– Czyli jakie?
– Cóż, na przykład… z dziedziny ezoteryki… zapłacił sześć tysięcy dolarów za ręcznie pisany dziennik Christiana Marsdena.
– Kto to jest Christian Marsden? – spytał Joshua.
– Czternaście lat temu Christian Marsden został aresztowany za zamordowanie dziewięciu ludzi w okolicach San Francisco. Prasa nazywała go Wampirem Golden Gate, ponieważ zawsze wypijał krew ofiary.
– Ach tak – powiedział Joshua.
– I zawsze ćwiartował swoje ofiary.
– Tak.
– Odcinał im ręce, nogi i głowy.
– Niestety, przypomniałem go sobie teraz. Ponury przypadek.
Szare chmury nadal przewalały się przez zachodnie pasmo gór, wytrwale kierując się ku St. Helena.
– Marsden pisał dziennik, gdy owładnął nim ten szał trwający jeden rok – ciągnął Hawthorne. – To ciekawe dzieło. Wierzył, że martwy człowiek nazwiskiem Adrian Trench próbuje przejąć jego ciało i w ten sposób powrócić między żywych. Marsden autentycznie czuł, że prowadzi bezustanną, rozpaczliwą walkę o swoje ciało.
– Więc kiedy zabijał, to właściwie nie on sam to robił, tylko ten Adrian Trench.
– Tak pisał w swoim dzienniku – powiedział Hawthorre. – Z jakiegoś nigdy nie wyjaśnionego powodu Marsden wierzył, że zły duch Adriana Trencha żąda krwi innych ludzi, aby utrzymać kontrolę nad ciałem Marsdena.
– Wystarczająco pokrętna historia, aby przedstawić ją sądowi podczas przesłuchania psychiatrycznego – stwierdził cynicznie Joshua.
– Marsden został wysłany do zakładu dla obłąkanych – powiedział Hawthorne. – Sześć lat później tam zmarł. Ale nie udawał choroby umysłowej, aby uniknąć więzienia. On naprawdę wierzył, że duch Adriana Trencha próbuje go wyrzucić z jego własnego ciała.
– Schizofrenik.
– Prawdopodobnie – zgodził się Hawthorne. – Ale nie sądzę, abyśmy mieli wykluczyć możliwość, że Marsden był zdrowy psychicznie i że tylko zapisywał prawdziwe zjawisko paranormalne.
– Może pan powtórzyć?
– Sugeruję, iż Christian Marsden mógł naprawdę być nawiedzony w taki czy inny sposób.
– Pan tego nie mówi poważnie – powiedział Joshua.
– Parafrazując Szekspira, są takie rzeczy na niebie i ziemi, których nie pojmujemy i pojąć nie możemy.
Za dużym oknem biura ciemnoszara ławica chmur nadal nacierała na dolinę, słońce chyliło się ku zachodowi, za Mayacamas i nad St. Helena przedwcześnie zapadał zmierzch.
Obserwując powoli zanikające światło dnia, Joshua powiedział:
– Dlaczego pan Frye tak bardzo potrzebował dziennika Marsdena?
– Wierzył, że w swoim życiu ma podobne doświadczenia jak Marsden – powiedział Hawthorne.