– Sugeruje pan, że Bruno myślał, że jakaś zmarła osoba chce przejąć jego ciało?
– Nie – powiedział Hawthorne. – On nie utożsamiał się z Marsdenem, ale z ofiarami Marsdena. Pan Frye wierzył, że jego matka – zdaje się, że na imię było jej Katarzyna – powraca od umarłych w cudzych ciałach i potajemnie pragnie go zamordować. Miał nadzieję, że znajdzie w dzienniku Marsdena wskazówki, jak stawić jej czoło.
Joshua poczuł się jakby do żył wstrzyknięto mu dużą dawkę lodowatej wody.
– Bruno nigdy mi o czymś takim nie wspominał.
– Och, raczej utrzymywał to w tajemnicy – powiedział Hawthorne. – Jestem prawdopodobnie jedyną osobą, której to wyjawił. Ufał mi, bo odnosiłem się życzliwie do jego zainteresowań okultyzmem. Ale nawet mnie wspomniał o tym tylko raz. Jego wiara, że ona powraca od umarłych, była naprawdę żarliwa; był mocno przerażony, że może paść ofiarą swej matki. Ale później żałował, że mi to powiedział.
Joshua wyprostował się w swoim krześle, zdumiony, przeniknięty dreszczem.
– Panie Hawthorne, w ubiegłym tygodniu pan Frye usiłował zabić pewną kobietę w Los Angeles.
– Tak, wiem.
– Chciał ją zabić, bo myślał, że w rzeczywistości ona jest jego matką ukrywającą się w nowym ciele.
– Doprawdy? To interesujące.
– Dobry Boże! Wiedział pan, co się dzieje w jego umyśle. Dlaczego pan czegoś nie zrobił?
Hawthorne nadal był chłodny i opanowany.
– Co powinienem był zrobić?
– Powinien był pan powiedzieć policji! Przesłuchaliby go, rozważyliby ewentualność, czy nie jest mu potrzebna opieka lekarska.
– Pan Frye nie popełnił przestępstwa – powiedział Hawthorne. – A poza tym, pan przypuszcza, że on był szalony, a ja nie mam takich podejrzeń.
– Pan żartuje – powiedział Joshua nie dowierzając.
– Absolutnie nie. Być może matka Frye’a rzeczywiście wracała z grobu, aby go dopaść. Może nawet jej się to udało.
– Na miłość boską, ta kobieta w Los Angeles nie była jego matką!
– Może nie – powiedział Hawthorne. – A może tak.
Joshua ciągle siedział w swoim wielkim biurowym krześle i chociaż to krzesło nadal stało pewnie na nieruchomej podłodze, czuł, że jakimś cudem zaraz straci równowagę. Wyobrażał sobie Hawthorne’a jako dość kulturalnego, nieprzesadnie układnego, wiecznie pogrążonego w książkach faceta, który wszedł w tę dziedzinę interesów głównie z powodu korzyści, jakie one przynosiły. Teraz jednak Joshua zaczynał się zastanawiać, czy ten obraz nie jest zupełnie błędny. Może Latham Hawthorne jest równie dziwny, jak sprzedawane przez niego towary.
– Panie Hawthorne, posiada pan rzeczywiście duże kompetencje i odnosi pan sukcesy w interesach. Wydaje się, że zdobył pan niezłe wykształcenie. Jest pan znacznie wymowniejszy niż większość ludzi, jakich się spotyka w dzisiejszych czasach. Zważywszy to wszystko, trudno mi uwierzyć, że darzy pan zaufaniem takie zjawiska, jak seanse spirytystyczne, mistycyzm i żywe trupy.
– Ja niczego nie wyszydzam – powiedział Hawthorne. – I w rzeczy samej, myślę, iż moja gotowość do wiary jest znacznie mniej zadziwiająca, niż pańska uporczywa na to odmowa. Nie rozumiem, jak inteligentny człowiek nie może pojąć, że oprócz naszego własnego istnieje wiele różnych światów, że są rzeczywistości inne od tych, w których żyjemy.
– Och, ja wierzę, że świat jest pełen tajemnic i że tylko częściowo postrzegamy naturę rzeczywistości – powiedział Joshua. – Nie będę się spierał w tej kwestii. Ale również uważam, że za jakiś czas nasze postrzeganie będzie wyostrzone i wszystkie tajemnice zostaną wyjaśnione przez naukowców, ludzi racjonalnie myślących, którzy pracują w laboratoriach – nie przez przesądnych wyznawców kultów, którzy palą kadzidła i recytują jakieś bzdury.
– Nie ufam naukowcom – powiedział Hawthorne. – Jestem satanistą. Znajduję moje odpowiedzi w tej dyscyplinie.
– W kulcie diabła? – spytał Joshua.
Okultysta nadal potrafił go zaskoczyć.
– Ujmuje to pan dość brutalnie. Wierzę w drugiego Boga, Księcia Ciemności. Jego czas nadchodzi, panie Rhinehart. – Hawthorne mówił spokojnie, uprzejmie, jakby dyskutował o czymś równie mało niezwykłym i kontrowersyjnym, jak pogoda. – Z niecierpliwością oczekuję dnia, kiedy ten pozbędzie się Chrystusa i wszystkich pomniejszych bogów i przejmie ziemski tron. Jaki to będzie wspaniały dzień. Wszyscy gorliwi wyznawcy innych religii zostaną zniewoleni albo wymordowani. Ich księża pozbawieni głów i rzuceni na pożarcie psom. Kapłanki gwałcone na ulicach. W kościołach, meczetach, synagogach i świątyniach będą odprawiane czarne msze i każdy człowiek na powierzchni ziemi będzie go wielbił, a na tych ołtarzach zostaną ukrzyżowane dzieci i Belzebub zapanuje po wszystkie czasy. Wkrótce, panie Rhinehart. Ukazują się znaki i dzieją się cuda. Już niedługo. Czekam z niecierpliwością.
Joshuę zatkało. Mimo przemawiającego przezeń szaleństwa, Hawthorne był rozumnym i rozsądnym człowiekiem. W jego głosie nie było nawet najlżejszego śladu maniactwa czy histerii. Joshuę jednak bardziej niepokoiło zewnętrzne opanowanie i powierzchowna uprzejmość okultysty, niż gdyby Hawthorne warczał, skomlał i pienił się. To jakby poznać kogoś nowego na przyjęciu, porozmawiać z nim przez chwilę, polubić go i potem nagle zauważyć, że on nosi lateksową maskę, doskonałą, sztuczną twarz, za którą kryje się złe i wyszczerzone oblicze samej Śmierci. Przewrotny kostium na Halloween. Demon przebrany za zwykłego człowieka. Żywy koszmar z Poego.
Joshua zadrżał.
– Czy możemy umówić się na spotkanie? – spytał Hawthorne. – Z niecierpliwością oczekuję możliwości przejrzenia zbioru książek, które pan Frye nabył ode mnie. Mogę do pana podjechać obojętnie kiedy. Jaki dzień byłby dla pana dogodny?
Joshua nie oczekiwał z niecierpliwością takiego spotkania i robienia interesów z tym człowiekiem. Postanowił zwodzić okultystę, dopóki inni rzeczoznawcy nie zobaczą tych książek. Może któryś z tamtych ludzi zorientuje się w wartości kolekcji i poda godziwą ofertę na rzecz majątku; wówczas nie musiałby się frymarczyć z Lathamem Hawthornem.
– Będę musiał raz jeszcze się do pana zgłosić w tej sprawie – odpowiedział Joshua. – Mam mnóstwo innych rzeczy, o które muszę zadbać w pierwszej kolejności. To duży i dość skomplikowany majątek. Potrzebuję paru tygodni, żeby się z wszystkim uwinąć.
– Będę czekał na pański telefon.
– Jeszcze dwie rzeczy, zanim się pan rozłączy – powiedział Joshua.
– Tak?
– Czy pan Frye powiedział, dlaczego żywi tak obsesyjny strach przed swoją matką?
– Nie wiem, co ona mu zrobiła – powiedział Hawthorne – ale nienawidził jej całym sercem. Nigdy nie widziałem takiej zagorzałej, głuchej nienawiści, kiedy o niej opowiadał.
– Znałem ich oboje – powiedział Joshua. – Nigdy nie zauważyłem czegoś takiego między nimi. Zawsze myślałem, że ją wielbił.
– To musiała być tajemna nienawiść, która go dręczyła od bardzo długiego czasu – powiedział Hawthorne.
– Ale co ona mogła mu zrobić?
– Jak mówiłem, nigdy mi tego nie powiedział. Ale coś się za tym kryło, coś tak złego, że nawet nie mógł się zdobyć na rozmowę o tym. Powiedział pan, że chce zapytać o dwie rzeczy. Jaka jest ta druga?
– Czy Bruno wspominał coś o swoim sobowtórze?
– Sobowtórze?
– O kimś podobnym do niego. O kimś, kto mógłby się za niego podawać.
– Wziąwszy pod uwagę jego wzrost, niezwykły głos, to znalezienie sobowtóra nie byłoby łatwe.
– Wyraźnie mu się to udało. Próbuję się dowiedzieć, dlaczego uważał to za konieczne.