– A czy ten sobowtór nie może tego panu powiedzieć? Musi wiedzieć, po co został wynajęty.
– Mam kłopoty z jego znalezieniem.
– Rozumiem – powiedział Hawthorne. – Cóż, pan Frye nigdy mi o nim nie wspomniał. Ale wydawało mi się…
– Tak?
– Jest jeden powód, dla którego mógł potrzebować sobowtóra.
– Co to takiego? – spytał Joshua.
– Aby wprowadzać w błąd swoją matkę, kiedy będzie wracała z grobu, aby go znaleźć.
– No pewnie – stwierdził Joshua z sarkazmem w głosie. – Jestem głupi, że o tym nie pomyślałem.
– Pan mnie źle zrozumiał – powiedział Hawthorne. – Wiem, że pan jest sceptykiem. Nie twierdzę, że ona rzeczywiście wracała. Brak mi dostatecznych informacji, żeby tak myśleć. Ale pan Frye był absolutnie przekonany, że ona naprawdę wracała. Mógł myśleć, że wynajęcie sobowtóra zapewni mu jakąś ochronę.
Joshua musiał przyznać, że w pomyśle Hawthorne’a tkwi co najmniej odrobina sensu.
– Twierdzi pan, że najłatwiejszym sposobem na wyjaśnienie tego jest spróbować postawić się na miejscu Frye’a i postarać myśleć tak jak on, jak paranoiczny schizofrenik.
– O ile był paranoicznym schizofrenikiem – zauważył Hawthorne. – Jak panu powiedziałem, ja nie szydzę z niczego.
– A ja szydzę z wszystkiego – powiedział Joshua. – Cóż, dziękuję za poświęcenie czasu i przepraszam za kłopot, panie Hawthorne.
– Nie ma sprawy. Będę czekał na pański telefon.
Tylko nie wstrzymuj oddechu, pomyślał Joshua.
Odłożywszy słuchawkę, Joshua wstał, podszedł do wielkiego okna i zapatrzył się na dolinę. Pod szarymi chmurami i purpurowogranatowymi brzegami zapadającego mroku krajobraz pogrążał się już w cieniu. Dzień przechodził chyba nazbyt raptownie w noc i, kiedy nagły zimny wiatr zaszczekał framugami okien, Joshui wydało się, że również jesień ustępuje miejsca zimie z tym samym nienaturalnym pośpiechem. Jakby ten wieczór należał do ponurego, deszczowego stycznia, a nie wczesnego października.
Słowa Lathama Hawthorne’a drgały w mózgu Joshui niczym ciemne włókna czarnej pajęczyny, rozpiętej na warsztacie tkackim jakiegoś ogromnego pająka: Jego czas nadchodzi, panie Rhinehart. Pokazują się znaki i dzieją się cuda. Już niedługo. Całkiem szybko.
Przez ostatnie piętnaście lat świat wydawał się pędzić na łeb, na szyję, bez żadnych hamulców, zupełnie pozbawiony kontroli. Pojawiało się wielu dziwnych ludzi. Jak Hawthorne. I gorsi. Znacznie gorsi. Wielu z nich zostawało politycznymi przywódcami, bo taką linię działania często obierają szakale, dążące do przejęcia władzy nad innymi; trzymali ręce na sterach planety – oszalali inżynierowie na czele każdego narodu, triumfujący maniakalnie podczas pchania maszyny w kierunku jej wykolejenia.
Czy nasze życie to ostatnie dni ziemi? – zastanowił się Joshua. – Czy zbliża się Armageddon?
Gówno, powiedział sobie. Przenosisz tylko zapowiedź własnej śmierci do zwykłej percepcji świata, stary. Straciłeś Korę i zostałeś zupełnie sam; nagle pojąłeś, że się starzejesz i że twój czas się kończy. Nabierasz tego niewiarygodnego, fatalnego i egocentrycznego przekonania, że cały świat odejdzie razem z tobą. Ale jedyny najbliższy sąd ostateczny to twoja prywatna sprawa. Świat będzie istniał po twojej śmierci. Będzie istniał bardzo, bardzo długo, zapewniał samego siebie.
Tak naprawdę nie był jednak tego pewien. Powietrze wydawało się pełne złowieszczych prądów.
Ktoś zapukał do drzwi. To była Karen Farr, jego pracowita, młoda sekretarka.
– Nie wiedziałem, że pani jeszcze tu jest – powiedział Joshua. Spojrzał na zegarek. – Minęła już prawie godzina od zakończenia pracy.
– Byłam na długim lunchu. Mam parę rzeczy, które muszę nadgonić.
– Praca jest zasadniczą rzeczą w życiu, moja droga. Ale niech pani nie spędza nad nią całego swojego życia. Proszę iść do domu, wszystko pani nadgoni jutro.
– Skończę za dziesięć minut – powiedziała. – Ale właśnie przyszło dwoje ludzi. Chcą się z panem zobaczyć.
– Nie byłem z nikim umówiony.
– Przyjechali tu aż z Los Angeles. On się nazywa Anthony Clemenza, a ta kobieta z nim to Hilary Thomas. To jest ta, która…
– Wiem, kim ona jest – powiedział zaskoczony Joshua. – Wprowadź ich oczywiście.
Wyszedł zza swojego biurka i przywitał gości na środku pokoju. Po niezręcznych prezentacjach Joshua dopilnował, by usiedli wygodnie, zaproponował drinka, nalał im obojgu Jacka Danielsa i przysunął sobie krzesło naprzeciwko kanapy, na której usiadło tamtych dwoje.
Tony Clemenza zrobił dobre wrażenie na Joshui. Znał się na rzeczy i potrafił w sympatyczny sposób dowodzić swoich racji.
Hilary Thomas dorównywała Clemenzie swoją pewnością siebie, inteligencją i powściągliwością. Ponadto była oszałamiająco piękna.
Przez chwilę żadne z nich jakby nie potrafiło nic powiedzieć. Popatrzeli na siebie w milczącym oczekiwaniu i chwilowo tylko popijali whisky.
Pierwszy odezwał się Joshua:
– Nigdy nie pokładałem zbytniego zaufania w takich rzeczach jak jasnowidztwo, ale na Boga, mam w tej chwili pewne przeczucie. Nie przyjechaliście całego szmatu drogi po to tylko, żeby mi opowiedzieć o ubiegłej środzie i czwartku, prawda? Coś się wydarzyło od tego czasu.
– Wiele się wydarzyło – powiedział Tony. – Ale za nic nie ma w tym żadnego sensu.
– Przysłał nas do pana szeryf Laurensky – oznajmiła Hilary.
– Mamy nadzieję, że pan nam coś wytłumaczy.
– Sam szukam odpowiedzi – oświadczył Joshua.
Hilary przekrzywiła głowę i spojrzała z ciekawością na Joshuę.
– Myślę, że ja też mam przeczucie – powiedziała. – Tu też się coś wydarzyło, prawda?
Joshua pociągnął łyk whisky.
– Gdybym był zabobonny, to prawdopodobnie bym wam powiedział, że… gdzieś tutaj… wśród żywych chodzi sobie trup.
Za oknami zgasło ostatnie światło dnia. Za oknami czarna jak smoła noc schwyciła w swoje władanie dolinę. Zimny wiatr próbował się przecisnąć miedzy maleńkimi szybkami; poświstywał i jęczał. Ale biuro Joshui wydawało się przepełnione nowym źródłem ciepła, odkąd on, Tony i Hilary spotkali się dzięki wspólnej znajomości niewiarygodnej zagadki rzekomego zmartwychwstania Bruno Frye’a.
Bruno Frye spał w granatowym dodge’u, stojącym na parkingu supermarketu i obudził się o jedenastej rano z koszmaru sennego, rezonującego potem zajadłymi i przerażającymi, choć niezrozumiałymi szeptami. Przez chwilę siedział w dusznej, ledwie oświetlonej części bagażowej furgonetki, obejmując samego siebie, czując się tak rozpaczliwie samotny, porzucony i zalękniony, że kwilił i płakał jak małe dziecko.
Jestem martwy, pomyślał. Martwy. Ta suka mnie zabiła. Martwy. Ta plugawa, śmierdząca suka przebiła mi nożem bebechy.
W miarę gdy jego płacz ustawał, przychodziła mu do głowy ta szczególna i niepokojąca myśclass="underline" Jeśli ja nie żyję… to jakim cudem siedzę tu teraz? Jak mogę być jednocześnie żywy i martwy?
Obmacał swój brzuch obydwiema rękami. Nie miał na nim żadnych bolesnych miejsc, ran od noża czy blizn.
Nagle jego myśli się rozjaśniły. Szara mgła jakby ustąpiła z jego mózgu i przez chwilę wszystko rozbłysło wielopłaszczyznowym, krystalicznym światłem. Zaczął się zastanawiać, czy Katarzyna rzeczywiście wracała z grobu. A może Hilary Thomas to tylko Hilary Thomas, a nie Katarzyna Anna Frye? Czy jest szaleńcem, że chce ją zabić? I wszystkie te kobiety, które zabijał przez ostatnie pięć lat – czy rzeczywiście były nowymi ciałami kryjącymi Katarzynę? A może były normalnymi, niewinnymi kobietami, które nie zasługiwały na śmierć?
Bruno usiadł na podłodze furgonetki, zaszokowany, przejęty tą nową perspektywą.