— A to wpadka. Widziałem ten numer na lotnisku w San Francisco. Gdybym go kupił, wiedziałbym co powinienem zrobić.
— Ale w Cosmo nic o tym nie ma. Najwyraźniej zakładają, że ty już od dawna znasz swoją rolę.
— Cóż, niestety pomylili się — powiedział Quentin. — Zawsze improwizuję.
— Ja też.
— Wiódł ślepy ślepego.
— Aż razem w dół wpadli.
Zaśmiali się. Pocałował ją. Następnie Mad poszła do domu włożyć coś na siebie. Później, jedząc lunch, co chwila wybuchali śmiechem.
— To będzie wspaniała opowieść, której nigdy nie usłyszą nasze dzieci — powiedział Quentin.
Madeleine przewróciła oczami.
— Oczywiście, że o wszystkim opowiemy dzieciakom, tylko każde z osobna.
— Czy rodzice powinni opowiadać dzieciom takie rzeczy?
— Pamiętaj, że mamy lata dziewięćdziesiąte, Quentinie — powiedziała.
— Następnym razem, gdy będę leciał na wybrzeże, Mad, chciałbym cię zabrać ze sobą.
— Jestem bezdomna i bezrobotna. Myślę, że jakoś uda się wcisnąć podróż na wybrzeże w moje napięte plany.
— Chciałbym, żebyś poznała moich rodziców.
— Czy czasem nie znienawidzą dziewuchy, która chce im zabrać ich kochanego chłopczyka?
— Chyba żartujesz. Będą całować ziemię, na której stanie twoja stopa. Już dawno porzucili myśl o wnukach. A teraz czeka ich premia, gdyż przy odrobinie szczęścia, wnuki mogą być podobne do ciebie.
— Bardzo chciałabym poznać twoich rodziców — powiedziała.
— A kiedy ja udam się do Doliny Hudson, żeby poznać twoich starych?
Spochmurniała i odwróciła wzrok.
— Moja rodzina na pewno w niczym nie przypomina twojej, Quentinie. Myślę, że powinniśmy się pobrać przed tym, jak zabiorę cię do mojego domu.
— Chyba żartujesz! Pokręciła głową.
— Nie mówmy o tym, dobrze? Przynajmniej nie dzisiaj.
— Nie chcesz mnie przedstawić swojej rodzinie i na dodatek w ogóle nie chcesz o tym rozmawiać?
— Przypomnij mnie sobie jak stoję naga w tym durnym płaszczu i od razu przestaniesz myśleć o mojej rodzince.
— Wręcz przeciwnie. Natychmiast wyobrażam sobie twojego ojca z ogromną strzelbą w dłoniach.
Zachichotała.
— Mój ojciec ze strzelbą? To ci dopiero obrazek. Nigdy w życiu nie dotknąłby broni.
— Jest pacyfistą?
— Nie, absolutnym łamagą. Od razu odstrzeliłby sobie nogę — zaśmiała się znowu, ale po chwili tamto smutne, puste spojrzenie znów zagościło w jej oczach. Dopiero wtedy, gdy Quentin skierował rozmowę na tory bardzo odległe od spraw rodzinnych, nastrój jej się poprawił i znów wyglądała na szczęśliwą.
SZCZĘŚLIWE CHWILE
Czy to możliwe, aby jego rodzice polubili Madeleine za bardzo? Quentin spodziewał się rodzicielskich zachwytów zarówno samym faktem, że ma narzeczoną jak i tym, że przyjechał im ją przedstawić. Podobnie nie miał wątpliwości, że Madeleine oczaruje rodziców, bo przecież była naprawdę czarująca. Ale po kilku spędzonych razem godzinach wydało mu się, że Mama i Tato całkowicie stracili umiar. Po każdych jej słowach wybuchał śmiech lub rozlegały się “ochy” i “achy”, cmokania i pomruki, w zależności od tego, o czym była mowa i jaka reakcja wydawała się najwłaściwsza. Przez cały czas wpatrywali się w nią jak w obraz i słuchali jej z niesłabnącą uwagą. Co chwila proponowali coś do picia, do jedzenia lub nawet oferowali własne łóżko by się trochę zdrzemnęła — wszystko to znacznie wykraczało poza granice zwyczajowej gościnności.
Zachowywali się wręcz uniżenie. Można by pomyśleć, że to Madeleine jest panią domu, a Mama i Tato należą do służby. Cała ta sytuacja wprawiała go w zakłopotanie, ale nie udało mu się ani na moment odciągnąć któregoś z rodziców na bok, by powiedzieć im żeby aż tak nie przesadzali; nie mógł także doczekać się sposobnej chwili, by znaleźć się sam na sam z Mad i wyjaśnić jej, że jego rodzice nie zawsze zachowują się w ten sposób, a cały szum, jaki robią wokół jej osoby, wynika zapewne z faktu, że starają się nadrobić wszystkie te lata, od kiedy pożegnali się z myślą o małżeństwie swojego syna.
Biedna Mad musiała już mieć po dziurki w nosie tego ich ciągłego uśmiechania się do niej, ale najwyraźniej była wytrawną aktorką, bo nie było widać u niej najmniejszych oznak zniecierpliwienia. Zachowywała się tak, jakby to wszystko było najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
Quentin zaproponował, żeby zjedli obiad poza domem.
— Cała nasza czwórka? — spytała Mad.
— To nonsens — powiedział ojciec. — Oczywiście, że pójdziecie sami we dwójkę.
— Papużki nierozłączki muszą mieć czas na małe tête-à-tête. — dodała Mama cała rozpromieniona.
— Ale państwo musicie iść z nami — powiedziała Mad. — Nie wiadomo kiedy będzie następna okazja na takie spotkanie jak dziś. Musimy przecież mieć jakieś wspólne wspomnienia.
— To prawda. A założę się, że moja kura po wiejsku będzie równie dobra jutro — orzekła Mama.
— Ach prawda, Tin — zawołała Madeleine — przecież dziś rano pomagałam twojej Mamie robić tę kurę.
— Ale nic się nie stanie, jeśli razem z Quentinem pójdziecie do restauracji.
— Nie mogłabym sobie darować, gdybym nie skosztowała kury pani roboty, skoro już jest gotowa.
Quentinowi chciało się wyć. To nie tylko rodzice nadskakiwali Madeleine, ona także nadskakiwała im ile wlezie. Gdyby wszyscy przestali tak gorliwie sobie dosładzać, może były szansę na odbycie normalnej, cywilizowanej wizyty. Ale najwyraźniej sytuacja wymagała zdecydowanej interwencji.
— Posłuchajcie — odezwał się Quentin. — Tak naprawdę to wszystko mi jedno czy pójdziemy do restauracji, czy zjemy coś w domu. Wszystko mi jedno czy to będzie domowa kura po wiejsku, czy hamburgery u McDonalda. Przywiozłem narzeczoną do domu, żeby poznała moich rodziców. Lecz, jak na razie, wydaje się, że wyjedzie stąd nie osiągnąwszy tego celu.
Wszyscy spojrzeli na niego jak na wariata.
— Quen — odezwał się ojciec — przecież my tu jesteśmy. A to jest twoja narzeczona. Już się poznaliśmy.
— Otóż to. Moi rodzice mają swoją osobowość. Mają swoje nawyki i obyczaje. Mają swoje życie. Chciałem wprowadzić Madeleine w to życie. Aby mogła zobaczyć jacy jesteście, jaką wszyscy razem tworzymy rodzinę. Ale wy przez cały czas staracie się być tacy gładcy i usłużni… jakby nagle wasze prawdziwe charaktery przestały się liczyć.
Łzy napłynęły do oczu Mamy.
— Staraliśmy się być mili — wybąkała Madeleine wyglądała na straszliwie zdeprymowaną.
— Tin, myślałam, że wszystko przebiega w jak najlepszym porządku.
— Chcemy tylko żebyście oboje czuli się dobrze — powie-dział ojciec obejmując Mamę ramieniem.
— Posłuchajcie, przepraszam was bardzo, wcale nie miałem zamiaru robić sceny — powiedział Quentin. — Wiecie co wam powiem? Zostańcie tu sobie we trójkę i zjedzcie tę kurę, zapewniając się nawzajem jaka jest przepyszna, a wieczorem niech każde z was kryguje się i wzbrania, każąc drugiemu wybierać program w telewizji albo grę, w którą chce zagrać. Ja idę do kina.
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Już położył dłoń na klamce, gdy nagle usłyszał coś, co sprawiło, że zamarł.
To był śmiech. Ciepły, gardłowy śmiech. Śmiech Lizzy.
Wstrzymał oddech. Obrócił się. Zobaczył Madeleine. Lecz teraz śmiech był już inny. Wciąż był niski, ciepły, ale już nie przypominał śmiechu Lizzy. Mad unikała jego wzroku.