Выбрать главу

— Dobra, staruszkowie, — odezwała się Mad, nie zwracając się do nikogo konkretnie — może rzeczywiście zdarzają się sytuacje, gdy ludzie są dla siebie zbyt mili. — Spojrzała na ojca i mrugnęła doń porozumiewawczo. — Może wdałby się pan ze mną w bójkę, panie Fears. Myślę, że Tin od razu poczułby się lepiej.

Ojciec uśmiechnął się i kiwnął głową.

— Może nie potrzeba aż bójki. Może wystarczyłaby mała pyskówka.

— Wiem, że próbujemy teraz żartami pokryć zmieszanie — odezwała a się Mama — ale rzeczywiście jest jedna rzecz, która od początku nie daje mi spokoju. Jedna malutka rzecz… wiem, że masz prawo nazywać mojego syna jak ci się żywnie podoba, ale… kiedy mówisz do niego “Tin”…

Mad zakryła dłonią usta.

— Ach, prawda, powinnam się była domyślić. Powinnam się była zorientować.

— Skąd mogłaś wiedzieć, że tak właśnie nazywała go Lizzy…

— On sam mi powiedział — oświadczyła Mad. — Po prostu nigdy nie przyszło mi do głowy, że po tylu latach, nazywanie go w ten sposób sprawi, że… ale prawda, przecież w tym domu… Tin… to znaczy Quentin… nie miał nic przeciwko temu, więc pomyślałam sobie… niech mi państwo wybaczą.

— Nie, nie — zawołała Mama. — Teraz jest mi głupio, że w ogóle o tym wspomniałam. Bo w tym naprawdę nie ma nic złego. Ja tylko… chciałam tylko…

— Powiedzieć o tym — wtrącił się Tato. — I tylko tyle. Powiedzieć Madeleine. Że Lizzy też go tak nazywała. I wtedy wszystko będzie w porządku.

— Tak — potwierdziła Mama. — Możesz śmiało na niego tak mówić. Teraz nie będę czuła niepokoju, bo już, bo już… powiedziałam ci o tym.

— Ale mogła mi pani powiedzieć wcześniej — rzekła Mad. — Od dwóch dni doprowadzam was do szału tym…

— Nie, to wcale nie tak — zaprotestowała Mama. — Po prostu… za każdym razem kiedy tak go nazywałaś, chciałam powiedzieć, chciałam wtrącić “Lizzy tak na niego mówiła” i to wcale nie miało być narzekanie, po prostu uwaga, tak jakbym chciała powiedzieć, bo ja wiem, że ona wciąż jeszcze ma swoje miejsce w naszym domu, w naszych wspomnieniach. Ale kiedy już miałam to powiedzieć, czułam się… czułam jakby coś się we mnie zamykało i nie mogłam wydobyć z siebie słowa.

— Cóż — wtrącił się ojciec — na szczęście już je z siebie wydobyłaś.

— Widzicie — ciągnęła Mama — dobrze, że Quentin to wszystko otwarcie powiedział. Trochę za bardzo przejęliśmy się rolą gościnnych gospodarzy, prawda? Czuję się wyczerpana tymi wszystkimi uprzejmościami Ale ja naprawdę cię polubiłam, droga Madeleine. Wydaje mi się, że po prostu bardzo chciałam zrobić na tobie dobre wrażenie.

— Teraz może ustalmy najważniejsze — przerwał jej ojciec. — Jemy obiad w domu, czy idziemy do restauracji?

Zdecydowali, że zjedzą w domu. Wydawało się, że rodzice nareszcie wyszli z kryjówki. Przyszedł czas na swobodną paplaninę, przekomarzanie się, plotkowanie o znajomych z sąsiedztwa i z parafii. Co chwila słychać było wybuchy, tym razem szczerego śmiechu, i wreszcie Mad mogła zobaczyć, jak wyglądało normalne życie w jego domu.

I kiedy około dziesiątej Quentin oznajmił, że zabiera Mad na spacer po okolicy, Tato ziewnął tylko i powiedział:

— Tak, już najwyższy czas byśmy pozbyli się was na chwilę. Stare kości ciągnie już do łóżka.

I o to właśnie chodziło. Mad i Quentin mieli wreszcie być sami.

Trzymając się za ręce szli ulicą od latarni do latarni.

— Wcześniej lampy wisiały po prostu na słupach telefonicznych — powiedział Quentin — ale kiedy zaczęli budować autostradę w starym korycie strumienia, zaraz za domem, przeciągnęli kable telefoniczne w ziemi i postawili te aluminiowe latarnie. Szkoda, bo na tamtych starych słupach Lizzy i ja wycinaliśmy swoje znaki. W ten sposób zaznaczaliśmy nasze terytorium. A na tym nic się nie da wyryć — uderzył otwartą dłonią w słup, wydobywając zeń metaliczny dźwięk.

— To jej cień wiszący nad tym domem sprawił, że sytuacja była taka napięta, prawda? — spytała Madeleine.

— Wcale nie cień — powiedział Quentin.

— Jej przedwczesna śmierć, rzuciła cień na ten dom — powiedziała Mad. — O to mi chodziło.

— Nie sądzę, by cała sytuacja miała cokolwiek wspólnego z moją siostrą — powiedział Quentin. — Moi rodzice… nigdy nie widziałem, żeby tak się zachowywali. Jak całkiem obcy ludzie.

— Ja bym się nie zorientowała — powiedziała Madeleine. — Nigdy nie miałam normalnej rodziny.

— Czyżby twoi rodzice mieli po osiem nóg?

— Rodzinka Pajęczaków? — zaśmiała się. — Nie, w zasadzie są całkiem normalni. Ale… prawdę mówiąc zachowywali się dokładnie tak jak twoi rodzice dziś wieczorem, tyle że przez cały czas. Oczywiście wtedy, kiedy miałam okazję ich widywać. Wciąż sprawiali wrażenie jakby byli na…

— Na prochach?

— Raczej na scenie — dała mu żartobliwego kuksańca. — Aż tak źle z nimi nie było.

— Nie miałem zamiaru robić takiej afery — oznajmił Quentin. — Ale wyglądało na to, że nie doczekam się chwili, w której będę mógł spokojnie porozmawiać z tobą. Albo z którymś z rodziców.

— Tak się bałam, że robię coś niewłaściwego — powiedziała Mad.

— To nie była twoja wina. Po prostu oni zachowywali się dziwnie. Tyle że robili to ze względu na ciebie.

Doszli do rogu.

— Tędy właśnie zawsze jeździłem na rowerze do szkoły. Podstawówka była w tamtym kierunku, za wielkim sadem. Teraz jest tam park. Na miejscu sadu. A szkoły już nie ma. Kiedyś drużyna skautowska, do której należałem chciała zarobić i każdy z nas miał roznosić ulotki supermarketu po całym sąsiedztwie. Moim zadaniem było włożenie dwustu takich ulotek w drzwi dwustu domów. Przy dwudziestej skończyła się moja cierpliwość. Resztę wywaliłem do tamtego strumyka.

— Przecież tam nie ma żadnego strumyka.

— W tym miejscu był kiedyś mostek nad strumykiem Wszystko się pozmieniało. Szkoda, że nie mogę ci pokazać okolicy, w której naprawdę mieszkałem. Ty masz szczęście. Czy nie mówiłaś mi, że twoja rodzina od zawsze mieszkała w swoim domu?

— Nie od zawsze. Wszyscy przecież jesteśmy potomstwem emigrantów.

— Ale to i tak musi być miłe wracać w rodzinne strony i zastawać wszystko nie zmienione.

Zaśmiała się, ale był to raczej złowrogi śmiech.

— O tak, to bardzo, bardzo miłe.

— Czy są jakieś poważne niesnaski pomiędzy tobą a rodziną? — spytał Quentin.

— Żadne waśnie rodowe, ani nic w tym rodzaju — odparła Mad. — Po prostu przez jakiś czas stosunki były dosyć napięte, ale od lat mam wszystko pod kontrolą.

— A jednak wciąż nie chcesz przedstawić mnie twoim rodzicom.

— Och, przyjdzie czas i na to. — Odwróciła się twarzą do niego. — Ale najpierw się pobierzmy.

— Czy myślisz, że staną pomiędzy nami, jeśli będziemy tylko zaręczeni?

— Chciałabym być już częścią twojej rodziny, zanim zabiorę cię na łono mojej.

— Czy mam rozumieć, że ktoś pragnie przybliżyć dzień naszego ślubu?

— Jeszcze nie ustaliliśmy daty.

— Miałem na myśli przejście od “pomówimy o tym później” do “zróbmy to jak najszybciej”.

— A może jeszcze szybciej.

— To znaczy kiedy?

— Myślę, że dziś wieczorem chyba już się nie uda. Quentin pocałował ją.

— Trzeba załatwić parę urzędowych formalności.

— Więc załatwmy je najszybciej jak to możliwe. Chcę żebyśmy pobrali się w tym mieście. W kościele, do którego chodzą twoi rodzice. W obecności ich przyjaciół.