— Nic nie mogłoby ich bardziej uszczęśliwić.
— A czy ciebie to uszczęśliwi, Tin? Przytaknął skinieniem głowy.
— Ale minę wciąż masz smutną. Pokręcił głową z uśmiechem.
— Wcale nie jestem smutny. Jestem bardzo szczęśliwy. Im wcześniej się pobierzemy, tym lepiej — wiesz, że tak myślę. Krótko trwało nasze narzeczeństwo, to prawda, ale w końcu czekałem na ciebie przez dwadzieścia lat.
— Czy kochasz mnie tak bardzo jak ją? — spytała Mad. Quentin udał, że rozgląda się dookoła w poszukiwaniu jakiejś tajemniczej nieznajomej.
— Jak kogo?
— Jak Lizzy, twoją siostrę.
— Wyjaśnijmy sobie jedno: nigdy w życiu nie mógłbym się ożenić z moją siostrą.
— To prawda, niepotrzebnie cię o to pytam. Ale czułam… czułam niemal od samego początku, że w twoim życiu była jakaś inna kobieta, chociaż uparcie zaprzeczałeś. Mówiłeś, że nigdy w życiu nie miałeś żadnej dziewczyny, ale za każdym razem gdy wspominałeś dzieciństwo, w twoich wspomnieniach pełno było Lizzy. To ona jest tą inną kobietą, kobietą z twojej przeszłości. A ponieważ ona… nie żyje… nigdy nie zdołam jej dorównać.
Quentin zamknął jej usta długim, namiętnym pocałunkiem.
— Nie porównuję cię z Lizzy. Ona wypełnia moje dzieciństwo, moje wspomnienia, moją przeszłość. A ty jesteś moją przyszłością.
— Jestem egoistką, prawda? Ale musisz mnie kochać. Bardziej niż kogokolwiek innego, musisz kochać tylko mnie, bo inaczej nie będę mogła… nic nie będę mogła. Nie będę mogła zaznać szczęścia.
— Od dawna jesteś dla mnie ważniejsza niż ktokolwiek. Kocham cię bardziej niż swoje życie.
Przytuliła się do niego mocno w świetle latarni.
Ale kiedy ręką gładził jej włosy, pomyślał: “Czy to prawda?”. Czy naprawdę kochał ją bardziej niż Lizzy? Czy może wciąż jakaś część jego duszy trzymała się Lizzy, nie pozwalając jej odejść. W końcu, jak dotąd, jeszcze nigdy nie przywidziała mu się Madeleine.
Potrząsnął głową, aby oddalić od siebie tę myśl. Przecież właśnie Madeleine nadała jego życiu nowe znaczenie. Teraz mógł spoglądać w przyszłość z radosnym podekscytowaniem. Żadne wspomnienie związane z Lizzy nie mogło tego dokonać. Marzenia znaczyły więcej niż przywidzenia.
Wszystko trwało znacznie dłużej niż się spodziewali, ponieważ ślub w kościele wymagał wielu przygotowań. Samo wysyłanie zaproszeń zajęło im bez mała tydzień. Ale pod koniec sierpnia byli już mężem i żoną, mieli wspaniały kościelny ślub, na którym panna młoda wyglądała jak bogini w bieli, zaś pan młody przez cały czas miał na twarzy głupkowaty uśmiech, przynajmniej tak twierdził Tato jeszcze przed samą ceremonią.
Miesiąc miodowy spędzili oczywiście na Hawajach, gdyż żadne z nich jeszcze nigdy tam nie było, w jedynym miejscu w całym kraju, mającym klimat lepszy niż Kalifornia. Po raz pierwszy kochali się na drugi dzień po tym, jak zamieszkali w Hiltonie nad Zatoką Żółwi, kiedy wypoczęli już po podróży samolotem i zniknęły ostatnie ślady wyczerpania po weselnych uroczystościach. Oboje byli onieśmieleni i szło im bardzo niezdarnie, ale jakoś dali sobie radę.
— W końcu — stwierdziła Madeleine — gdyby to było naprawdę trudne, niewykształceni ludzie nie mieliby tylu dzieci.
Nurkowali, zwiedzali buddyjskie świątynie, polecieli do Maui i na wielką wyspę, wcinali świeże ananasy na bazarze w Honolulu i widzieli miejsce, w którym według starej hawajskiej legendy stu wojowników popełniło samobójstwo, siedząc pod wodą do utraty tchu. Oglądali przedstawienie w Polinezyjskim Centrum Kulturalnym, a potem sami w hotelowym pokoju próbowali odtworzyć niektóre z oglądanych tańców, rzecz jasna bez kostiumów. W ciągu tego tygodnia Quentin odkrył, że lubi się dobrze zabawić.
Ale pomiędzy nimi wciąż był jakiś cień; nie chodziło jednak o Lizzy, gdyż cień ten nie pochodził od niego, z czego Quentin zdawał sobie sprawę. To coś tkwiło w Mad. Kochali się, a potem on tulił ją w ramionach, zaś ona uśmiechała się do niego i wtedy on mówił jej tak, kochanie, było wspaniale, było cudownie, kocham cię. A ona zapewniała go, że jej też się podobało, tyle że on wiedział, chociaż nie miał pojęcia skąd to wie, że on mówi prawdę, a ona kłamie. Wcale jej się nie podobało. Coś było nie w porządku w tej sferze ich małżeńskiego pożycia, a ona nie chciała mu powiedzieć co. Nie mógł jej nawet o to spytać, ponieważ w żaden sposób nie uzewnętrzniała niezadowolenia. Raczej wyglądało na to, że dręczy ją jakiś wewnętrzny ból, z którym nie potrafi się uporać, i któremu on nie był w stanie w żaden sposób zaradzić. Ból stawał się najbardziej dokuczliwy zaraz po ich miłosnych wyczynach, kiedy powinna być szczęśliwa, kiedy powinna czuć się kochana i uwielbiana przez swojego męża. Coś odbierało im wspólną radość. Coś, co miało swe źródło w jej przeszłości.
Coś związanego z jej rodziną. Z tym domem nad rzeką Hudson, którego nie chciała z nim odwiedzić.
Czy w dzieciństwie była molestowana? Bita? Czy brakowało jej uczucia? Jeśli nie miała zamiaru mu nic zdradzić, w jaki sposób mógł się wszystkiego dowiedzieć? W tym przypadku zaangażowanie adwokata do szukania odpowiedzi w niczym by nie pomogło. Poza tym sprawiłby Wayne’owi nie lada satysfakcję. Dopiero tydzień po ślubie, a ty już każesz mi śledzić jej rodzinę? Może gdybyś pozwolił mi przeprowadzić małe dochodzenie przed ślubem…
Nie, chciał żeby to ona o wszystkim mu powiedziała. Zrobi to, kiedy już będzie dostatecznie mu ufać. Kiedy zdoła ją przekonać, że nie ma najmniejszego powodu, aby wątpić w jego miłość i oddanie, w jego hart ducha i honor. Kiedy upewni się, że niezależnie od tego, co mu wyjawi, nic nie będzie w stanie rozerwać łączących ich więzów, wtedy na pewno wszystko mu powie.
Pod koniec tygodnia zaczęła mówić o przyszłości.
— Nasz cudowny tydzień dobiega końca — powiedziała. — I wydaje mi się, że jeszcze nie mieliśmy okazji pomówić o tym, co dalej.
— Możemy tu zostać przez następny tydzień. Przez następny miesiąc, jeśli chcesz. Rezerwację mamy otwartą.
— Spędziliśmy wspaniały tydzień, ale najwspanialsze wydaje mi się to, że byłam tu z tobą i chcę być z tobą gdziekolwiek się udasz. Ale czy zdecydowaliśmy chociaż, gdzie będziemy mieszkać?
— Mam znajomości w większości miast w Stanach. Ale nie musimy się ograniczać do naszego kraju. Myślę, że równie dobrze będzie się nam mieszkało w Anglii. Albo we Francji. Co powiesz na Paryż? A może wolisz Prowansję?
— Nie wydaje mi się abym była wystarczająco chłodna, by mieszkać w Prowansji.
— Ale twoje ciało wyjątkowo nadaje się na plaże Riviery.
— Tam nikt nie zwróciłby na mnie uwagi.
— Raczej ja nie byłbym w stanie odpędzić tych wszystkich Francuzów, którzy wyciągaliby do ciebie swoje łapska.
— Ale teraz poważnie, Tin, gdzie będziemy mieszkać? Twoje rzeczy czekają w Wirginii, a moje wciąż są spakowane. Moja rodzina może je odesłać tam, gdzie zdecyduję się zamieszkać. Czy skończyłeś wszystkie swoje interesy w Herndon? Jesteś gotowy do przeprowadzki?
— Bo ja wiem — odparł Quentin. — To nie była praca; raczej hobby, dla zabicia czasu, w oczekiwani na spotkanie z tobą. Więc teraz… nie wiem co mam robić.
— To było wspaniałe hobby — powiedziała Mad. — Spełniałeś marzenia innych ludzi.
— Raczej udzielałem im pomocy, aby oni sami mogli spełniać swoje marzenia. To chyba miałaś na myśli.
— Dlaczego chcesz to przerwać?
— Choćby dlatego, że zbyt wielu z nich odniosło sukces.