– Kiedy wyjeżdżaliśmy był całkiem trzeźwy – sprzeciwił się stanowczo Karwer. – Chyba że zdążył po drodze…
– Podczas służby? – zainteresował się Lagan beznamiętnie.
– Nie czuć od niego alkoholu! – oznajmił Bonifor.
Było mu bardzo niewygodnie leżeć na wznak i być obiektem ogólnej ciekawości, tym bardziej, że kamienie brukowe, jakby się wreszcie doczekały na swoją chwilę, wpijały mu się niemile w plecy. Uniósł się na łokciach, a wtedy kilkoro rąk podtrzymało go i pomogło wstać.
– Co z tobą? – zapytał po prostu Karwer.
Egert sam nie wiedział, lecz nie miał zamiaru tego zdradzić podkomendnym.
– Nie pamiętam – odparł, starając się, żeby jego głos brzmiał jak najbardziej ochryple. – Jechaliśmy, a potem… Ciemność przed oczyma… I ocknąłem się na ziemi.
Gwardziści spojrzeli po sobie.
– Kiepska sprawa – stwierdził Lagan. – Powinieneś pójść do lekarza.
Egert nie odpowiedział. Starając się z trudem opanować wstrząsające nim dreszcze, wsiadł na konia. Nocny patrol nieco się przeciągnął, lecz do samego rana oficer czuł na sobie pytające spojrzenia podwładnych, zapewne obawiających się, czy znowu nie spadnie z konia.
Kilka dni później pułk wyjechał na manewry.
Przejazd odbył się ze stosowną pompą. Jak nakazywał obyczaj, ćwiczenia poprzedziła parada. Prawie wszyscy mieszkańcy Kawarrena zebrali się na nadbrzeżu, przy czym przedstawiciele ważnych rodów zjawiali się pod miniaturowymi dynastycznymi sztandarami, przy czym ojcowie rodzin wymachiwali obnażonymi szpadami niczym pałeczką kapelmistrza. Burmistrz zjawił się w płaszczu wyszywanym w podobizny bestii heraldycznych. Chłopcy przeznaczeni w przyszłości do służby w pułku, kiedy osiągną odpowiedni wiek i wzrost, ustawieni byli w kolumnę i kilkakrotnie przemaszerowali w tę i z powrotem. Na czele oddziału kroczył piętnastoletni młodzik, zamykał zaś pochód trzylatek w mundurku z drewnianym kindżałem u pasa. Różnica wieku odzwierciedlała się w możliwościach maszerowania: malec był bardzo zdyszany, parę razy nawet się potknął, próbując nadążyć za starszymi, nie płakał jednak, rozumiejąc najwidoczniej, jaki spotkał go zaszczyt.
Później przed oczami zebranych pojawił się wreszcie główny powód zgromadzenia. Przejechali pod wodzą kapitana na pysznych rumakach, każdy dzierżąc w prawicy uniesione w salucie ostrze szpady. Najodważniejsze dziewczęta wyskakiwały z tłumu wprost przed końskie piersi i zarzucały na klingi gwardzistów fiołkowe wieńce, co oznaczało wyraz gorącego uczucia. Najwięcej kwietnych pierścieni otrzymał wedle rangi kapitan, sporo dostał ich także Soll, który zresztą wyglądał tego ranka blado i niezdrowo. Nad głowy ciżby wzlatywały podrzucane kwiaty i kapelusze. Miało się wrażenie, jakby odprowadzano gwardzistów na wojnę, chociaż wszyscy wiedzieli, że za trzy dni pułk cały i zdrowy spokojnie wróci do domu.
Mieszczanie skończyli fetowanie, gwardziści zaś, minąwszy miejską bramę, wyjechali na główny trakt, kierując się w stronę, gdzie już tydzień temu przygotowano obóz wojskowy.
Wokół była wiosna w pełnym rozkwicie. Soll siedział w siodle przygarbiony, w żaden sposób nie radując się pięknem rozświetlonego słońcem pejzażu po obu stronach drogi. Poprzednią noc spędził bezsennie. Przed północą nawiedził go kolejny koszmar, doczekał zatem świtu, wymieniając kolejne świece w lichtarzach. Parada go wcale nie pocieszyła, odwrotnie, odczuł nowy wstrząs, zdał sobie bowiem sprawę, że nie znosi samego widoku obnażonej szpady. Wielkie nieba! Widok gołej klingi nie przywodził teraz temu słynnemu zabijace miłych myśli o sławie i zwycięstwie, lecz kiedy spoglądał na ostre żelazo, myślał o rozciętej do kości skórze, o krwi i bólu, których konsekwencją będzie śmierć…
Koledzy spoglądali nań z ukosa. Oficjalna wersja głosiła, że zakochał się nieszczęśliwie. Domyślano się, robiąc przegląd różnych kandydatek, że sercem oficera zawładnęła piękna i nieprzystępna Toria, narzeczona zabitego studenta. Tylko Karwer nie brał udziału w plotkach, lecz obserwował wszystko w milczeniu.
Zjechawszy z głównej drogi, dotarli nad krawędź głębokiego wąwozu. Grudy ziemi posypały się w przepaść spod kopyt. Kapitan wydał rozkaz. Egert zadrżał, ujrzawszy gładko ostrugane bez jednego sęka bierwiono, przerzucone na drugą stronę.
Niegdyś w związku z zakładem Soll przegalopował nad samą najgłębszą przepaścią. Wielekroć, kiedy stąpał po gładkiej nawierzchni kładki, zamierało mu serce, radując się świadomością wielkiego niebezpieczeństwa, które pozwoliło mu się wykazać odwagą. Nie zadowalając się osobistym ryzykiem, zachęcał także innych, wykorzystując oficerską rangę i magiczne słowo: „tchórz”, prowokował na tym pniu pojedynki… Zdarzyło się, że ktoś spadł na dno wąwozu i złamał nogę. Egert nie pamiętał, jak nazywał się ten biedaczek, który okulał po wypadku i musiał opuścić pułk.
Wszystko to przypomniało się Egertowi w chwili, gdy jego koledzy na rozkaz kapitana zeskakiwali z koni w pobliżu kłody.
Ustawili się w szyku. Młodych i niedoświadczonych ustawił kapitan oddzielnie, a porucznik Dron, instruktor młodych rekrutów, zaczął im wyjaśniać z poważną miną sens ćwiczenia. Chwilę potem kapitan, nie chcąc tracić czasu, nakazał zaczynać.
Sprawa wydawała się prosta: przejść na drugą stronę wąwozu i czekać tam na pozostałych. Chłopcy pełniący rolę ordynansów, wzięci specjalnie na manewry do rozmaitych posług, mieli odprowadzić konie do obozu. Egert z trudem wyplątał wodze ze zgrabiałej dłoni i przekazał je patrzącemu nań z uwielbieniem podrostkowi.
W stosownym porządku gwardziści jeden za drugim przechodzili po kładce, jedni z popisową brawurą, inni ze źle skrywaną obawą, jedni biegiem, drudzy ostrożnie stawiając nogę za nogą. Soll zamykał kolumnę. Widział, jak buty kolegów przesuwają się po gładkim drewnie i usiłował zrozumieć, skąd wzięły się to dziwne, lepkie uczucie w sercu i nagła słabość w kolanach?
Nigdy jeszcze nie odczuwając prawdziwego strachu w obliczu niebezpieczeństwa, nie od razu pojął, że zwyczajnie się boi. Tak bardzo, że nogi mu miękną, a żołądek wywraca się boleśnie…
Łańcuszek gwardzistów coraz bardziej malał po tej stronie. Młodzieńcy, którzy po raz pierwszy przeszli dziś ową próbę, podskakiwali radośnie po drugiej stronie, wzywając okrzykami pozostałych do wejścia na kładkę. Zbliżała się kolej Egerta. Chłopcy stajenni, którzy dawno mieli odprowadzić konie, czekali jeszcze, mając rzadką okazję zobaczyć nowy popis zręczności porucznika Solla.
Karwer, ostatni z poprzedzających Egerta, wszedł na pień. Początkowo szedł powoli, dosyć rozważnie, mniej więcej pośrodku potknął się jednak lekko i dokończył przejście rozpaczliwie machając rękami. Dawniej jego starszy kolega nie omieszkałby zagwizdać pogardliwie na chwiejącego się przyjaciela, tym razem jednak, robiąc krok w stronę kładki, wstrzymał tylko oddech.
Pozostali gwardziści byli już po drugiej stronie i wszyscy patrzyli wyczekująco na swego idola.
Zmusił się, by iść dalej. Wielkie nieba, czemu tak drżą mu kolana?!
Oblizał spierzchnięte wargi i zrobił kolejny krok. Zachwiał się, łapiąc dłońmi powietrze. Na tamtym brzegu rozległy się śmiechy: koledzy uznali, że zręcznie parodiuje tych, którzy gorzej sobie radzili.
Zrobił jeszcze pół kroku. Ujrzał przed oczami duszy kamieniste dno wąwozu i swoje okrwawione ciało, leżące na kamieniach…
Uniósł zasmucone oczy na niebezpieczne przejście i podjął decyzję.
Cofnął się szybko i złapał nieco teatralnym gestem za pierś w okolicy serca. Zadrżał, jakby wstrząsany konwulsjami i zeskakując z kłody, upadł na ziemię.
Miotając się na posłaniu zeszłorocznego listowia usiłował niejasno wyobrazić sobie boleści, o których do tej pory tylko słyszał, gdy mówiono o ataku padaczki. Dobrze byłoby mieć pianę na wargach, lecz w ustach akurat było sucho jak w wyschłej studni, tak więc niedostatek symptomów trzeba było nadrobić gwałtownością ruchów.