Выбрать главу

– Niech mój mąż sobie śpi pod namiotem, stając się pastwą komarów, prawda, Egercie? Mamy dla siebie całą noc… I ranek. A także następny dzień. Tak, Egercie? Ładnie ci z tą szramą… Zróbmy wszystko, żeby spędzić ten czas jak najprzyjemniej…

Pomogła mu zdjąć ubranie. Nurkując za nią w pościeli, poczuł jakim żarem bije jej atłasowa skóra. Wodząc dłońmi po gładkiej talii, nagle się wzdrygnął. Jego dłonie natrafiły na metalową opaskę, rozgrzaną ciepłem ciała. Dilia zaśmiała się dźwięcznie.

– To pas cnoty! Podarunek od twego kapitana, Egercie!

Zanim zdążył się w tym połapać, wydobyła spod poduszki mały, stalowy kluczyk.

Zapomniał na jakiś czas o swoich problemach, śmiejąc się z całej duszy, gdy słuchał historii tegoż klucza, „zrodzonego z mydełka”. Przed wyjazdem kapitan postanowił skorzystać z łaźni. Dilia zadbała o wszystko i kiedy zazdrośnik omdlewał pod strugami gorącej wody oraz razami brzozowych witek, zdołała wykraść kluczyk, wiszący zwykle na mężowskiej szyi, i odcisnęła go w kawałku mydła. Kapitan odjechał na manewry czysty i szczęśliwy…

Pas cnoty spadł z brzękiem na posadzkę.

W domu panowała martwa cisza. Reszta służby miała naturalnie wychodne, a pokojówka już się położyła. Pieszcząc kapitanową, Egert nie mógł się pozbyć natrętnej myśli, że od wojskowego obozu do miasta są tylko dwie godziny drogi.

– Och, Soll – szeptała namiętnie kobieta, obnażając w rozkosznym uśmiechu piękne ząbki. – Jak to już dawno… Obejmij mnie mocniej…

Egert uczynił to, czując także przypływ gorącej fali namiętności. Piękność wyprężyła się, jakby jego pocałunek dotarł do samego centrum rozkoszy. Gnąc się w słodkich i rytmicznych poruszeniach oboje byli gotowi zatonąć całkowicie w oceanie miłości, kiedy nagle ucho Solla wyłowiło jakiś szmer za drzwiami.

Tak się kurczy rozżarzona stal, gdy rzucą ją do zimnej wody. Egert zamarł. Jego skóra pokryła się w mgnieniu oka zimnym potem. Kapitanowa oprzytomniała nieco i rozwarła przepełnione zdumieniem oczy.

– Egercie?

Przełknął głośno lepką, gęstą ślinę. Szmer się powtórzył.

– To pewnie myszy – oświadczyła z westchnieniem ulgi. – Co się z tobą dzieje, ukochany?

Egert sam tego nie wiedział. Oczyma duszy widział pochylonego za drzwiami kapitana, podglądającego ich przez dziurkę od klucza.

– Pójdę zobaczyć – wydyszał i ruszył ku drzwiom ze świecznikiem w dłoni.

Maleńka szara myszka wyskoczyła mu spod nóg, lecz będąc najwyraźniej odważniejszą od porucznika, nie uciekła prosto do norki, ale obserwowała go uważnie czarnymi ślepkami, stojąc w ściennej dziurze.

Egert był gotów ją zabić.

Kobieta czekała na niego z lekceważącym uśmieszkiem.

– Ech, ci gwardziści… Co to za kaprysy, Soll, czy to żarty? Chodź do mnie, mój poruczniku…

Znowu go objęła, lecz Egert, gładząc zręcznie jej ciało, pozostawał zimny i jakby najeżony.

Przybliżając wargi do jego ucha, zaszeptała wdzięcznie:

– Jesteśmy naprawdę sami… Twój kapitan jest teraz daleko, Egercie. Nie usłyszysz jego kroków na schodach. Jest teraz pod namiotem w obozie. Pilnuje swego stada… To odpowiedzialny oficer, więc sprawdza warty co godzina. Obejmij mnie, mój dzielny Egercie, mamy dla siebie całą noc.

Ukołysany jej szeptem, przestał w końcu nasłuchiwać i młoda krew znów wzięła górę. Jego ciało ożyło i nabrało twardej gibkości. Dilia jęczała z rozkoszy i gryzła jego ramię. Egert wbił się w nią z całej siły, czując nadchodzący moment absolutnego szczęścia, gdy nagle usłyszał stuknięcie drzwi wejściowych i z dołu zaczęły zbliżać się czyjeś kroki.

Egertowi pociemniało w oczach. Cała krew uciekła mu z oblicza, pobladłego w jednej chwili jak chusta. Na delikatną skórę piękności znowu skapnęły krople zimnego potu. Egert odsunął się od niej na brzeg łóżka, trzęsąc się jak w gorączce.

Z dołu dobiegały stłumione głosy. W kuchni zadźwięczały naczynia. Egert zdumiał się, jak bardzo się ostatnio wyostrzył jego słuch! Znowu kroki… Stłumione przekleństwo, głośne skrzypienie schodów…

– To służba wróciła – wyjaśniła Dilia znużonym głosem. – Brawo, Egercie… Tak się nie postępuje z ukochaną…

Siedząc na skraju posłania, objął dłońmi gołe ramiona. Niebiosa, za co to wszystko?! Miał ochotę uciec, nie oglądając się za siebie, nie chciał jednak pozostawić nieświadomej niczego kobiety. Myśląc o tym, zacisnął szczęki.

– Co z tobą, przyjacielu? – zapytała cicho za plecami.

Miał ochotę gryźć własną dłoń. Nie poczuł jednak zbyt silnego bólu, więc rozwarł zaciśnięte zęby.

– Egercie… – W jej głosie pojawiła się nutka urazy. – Już mnie nie kochasz, poruczniku Soll?

Jestem chory, chciał jej odpowiedzieć, lecz w porę ugryzł się w język. Jakie to wszystko głupie…

– Kocham – odpowiedział ochryple.

Służący na dole pokładli się wreszcie spać i dom znowu pogrążył się w ciszy.

– Wygląda na to, że na próżno zdjęłam pas cnoty? Przepełnione jadem słowa ugodziły go niczym sztylet wbity w plecy.

Znowu się przemógł. Oblany zimnym potem wpełznął pod koronkową kołdrę. Z równym skutkiem Dilia mogłaby obejmować zimnokrwistą jaszczurkę. Odwróciła się odeń, urażona. Zdrętwiałymi dłońmi chwycił ją i przyciągnął do siebie.

Jego ciało okazało się nad podziw zdrowe i sprawne. Chociaż przeżył dwukrotny szok, znowu zapragnął miłości i zapłonął, jak polane wodą ognisko, rozpalające się ponownie z jednej iskierki.

Dilia także się ożywiła. Kilka następnych chwil sypialnię wypełniały triumfalne jęki. Egert zmierzał do celu, nie myśląc już o przyjemności, byle tylko szybciej z tym skończyć i ocalić choćby resztki dawnej reputacji. Niewiele brakowało do upragnionego finału, podczas gdy mieszkańcy domostwa, miasta i świata oblanego księżycowym, kojącym blaskiem pogrążeni byli w głębokim śnie. Nic więc, zdawałoby się, nie przeszkadzało porucznikowi dokończyć dzieła, gdy znowu ujrzał oczyma duszy kapitana wdzierającego się do komnaty w towarzystwie Drona i innych gwardzistów. Wizja była tak wyraźna, że dostrzegał nawet spękane żyłki w białkach oczu dowódcy… Wydało mu się, że dłoń zdradzanego męża wyciąga się ku kołdrze i zaraz nastąpi szarpnięcie…

Całkiem zmiękł, jak wypatroszony flak. Wszystko było na próżno: kolejne usiłowania okazały się bezpłodne, wręcz żałośnie śmieszne. Egert Soll, najlepszy kochanek w mieście, skazany był tym razem na klęskę.

Dilia zaśmiała się gorzko.

Egert zerwał się, porwał kłąb odzieży i skoczył do okna. Po drodze zgubił połowę ubrań i potrącił stolik, zwalając na podłogę tacę z winem i owocami. Wskoczywszy na parapet, przestraszył się wysokości pierwszego piętra, lecz za późno było się zatrzymywać. Wyskoczył za okno z rozpędu i wylądował gołym zadkiem na klombie, łamiąc rododendrony i zasługując na wieczystą klątwę ogrodnika. Ubierał się w biegu, plącząc rękawy i nogawki, płacząc ze wstydu. Biegł ile sił w nogach do domu. Na jego szczęście do świtu pozostało jeszcze parę godzin i nikt nie zobaczył słynnego porucznika w tak żenującej sytuacji.

Kiedy gwardziści wrócili do miasta pospieszyli przede wszystkim dowiedzieć się o zdrowie porucznika Solla. Blady i osłabiony Egert z kwaśnym uśmiechem zapewnił przybyłych, że jego stan się poprawia.

Plotka o kompromitacji z Dilią stała się pożywką dla nieprzyjaznych języków już następnego dnia i przekazywano ją sobie z prawdziwą satysfakcją, lecz większość w głębi duszy w nią nie wierzyła, uważając, że podła kapitanowa mści się na byłym amancie.

Jedyną pociechą dla Solla okazała się samotność. Spędzał kolejne dni zamknięty w swoim pokoju albo błąkając się po opustoszałych ulicach. W trakcie owego wałęsania się przyszła mu do głowa myśl straszna w swej prostocie: a co będzie, jeśli to, co się z nim dzieje, nie jest tylko przejściowym niedomaganiem, ale będzie go nękać ciągle, całymi miesiącami albo latami?