Przed wejściem do „Solidnej Tarczy”, nieopodal miejsca, gdzie niegdyś wysiedli z karety student z narzeczoną, znajdowała się wśród wybojów jezdni spora i głęboka kałuża. Nie wysuszyły jej wiatr ani słońce, istniała zazwyczaj od wczesnej wiosny aż do progu lata, a można było nawet podejrzewać, że dotrwa do jesieni.
Obecnie odbijało się na jej ciemnej, oleistej powierzchni wieczorne niebo. Na jej brzegu chwiał się podpity krawczyk.
Widać było kim jest od pierwszego wejrzenia. Z cienkiej szyi zwieszał się przybrudzony centymetr, a płócienny fartuch miał pomazany kredą. Słomiane włosy zachodziły dwiema falami za uszy. Krawczyk patrzył w kałużę, czkając z cicha.
Karwer zaśmiał się na jego widok. Pozostali dołączyli się doń przyjaźnie, lecz na tym się skończyło. Czeladnik spojrzał na nich mętnym okiem, gwardziści zaś wyminęli go i skierowali się ku drzwiom gospody.
Trzeba było trafu, że dokładnie w tej chwili, gdy Soll przechodził obok niego tamten nagle stracił równowagę i zrobił gwałtowny krok do przodu. Ciężki drewniany chodak opadł w sam środek kałuży i znaczna część wywołanej tym cuchnącej fontanny prysła na porucznika Egerta.
Został ochlapany od stóp do głów. Brudne bryzgi zaplamiły mundur i koszulę, zalały twarz i szyję. Czując ściekające po policzkach zimne, tłuste strugi, Egert zastygł, mierząc pijaczka szklistym spojrzeniem.
Gwardziści okrążyli krawczyka zwartą grupką. Spoglądali na Egerta z obawą, na czeladnika zaś ze współczuciem i ciekawością. Rzemieślnik zdawał się bardziej od nich pijany, więc nadzwyczaj dzielny: wcale się nie wystraszył panów żołnierzy, a może po prostu jeszcze ich nie zauważył. Z chłodem naukowca oglądał uważnie swój zabłocony chodak i oblanego oficera.
– Ryjem go do wody – spokojnie zasugerował Dron.
Młodziutki Bonifor aż podskoczył, przeczuwając świetną zabawę.
– Mogę ja?
– To człowiek Solla – stwierdził beznamiętnie Karwer.
Porucznik prędko się ocknął, podskoczył do krawczyka i… nagle wytrzeźwiał. Rzeczywistość objawiła mu się na nowo, tłumiąc odczucia wiosny, swobody i powracającej odwagi. Egert osłabł na samą myśl, że za chwilę znowu poczuje lęk. I rzeczywiście, wystarczyło pomyśleć o strachu, gdy poczuł narastającą w żołądku zimną kulę. Powinien był wyciągnąć rękę i chwycić chłopaka za kołnierz, lecz dłoń oficera opadła jak nieżywa.
Wielki Harsie, dopomóż!
Drżąc z wysiłku, sięgnął w końcu jednak po kark czeladnika. Zdołał chwycić mokrą dłonią kołnierz jego kurtki, tamten zaś, otrząsnął się, strącając jego rękę.
Gwardziści milczeli. Soll czuł spływające prędko po plecach strużki zimnego potu.
– Żal mi go – wydusił w końcu. – Pijany głupiec!
Jego koledzy spojrzeli po sobie. Tymczasem czeladnik, jakby pragnąc zaprzeczyć słowom gwardzisty lub też pragnąc kontynuować swe naukowe doświadczenia, niespiesznie podniósł nad kałużą drugi drewniany chodak…
Wojskowi odskoczyli wraz, na miejscu pozostał tylko Soll, jak przykuty, inkasując kolejną, jeszcze większą porcję ciekłego błota. Krawczyk zatoczył się, z trudem utrzymując równowagę, ocenił swoje dzieło i uśmiechnął się głupkowato.
– Zabije go – stwierdził półgłosem Dron. – Przekleństwo…
Twarz, uszy i szyja Egerta zniknęły pod strugami brudnej cieczy. „Uderz go! – podpowiadał mu rozum ostatnim zdrowym zmysłem. – Stłucz tamtego, niech cię potem odrywają od jego bezwładnego ciała, co z tobą, Egercie, nie powinieneś tego znosić spokojnie, musisz go pobić!”
Gwardziści milczeli. Rzemieślnik uśmiechał się głupio.
Zdrętwiała dłoń Egerta ujęła rękojeść szpady. „Nie tak! – syczał dalej rozum. – Nie wyciągaj szpady na bezbronnego człowieka z ludu!”.
Szpada na bezbronnego…
Czeladnik trzeci raz chciał tupnąć nogą, patrząc teraz już prosto w oczy oficera. Najwidoczniej był tak pijany, że ze wszystkiego, co działo się wokół niego wyciągał jedynie korzystne dla siebie wnioski. Widział tylko strugi ochlapujące twarz jakiegoś przechodnia.
Czeladnik trzeci raz podniósł nogę, lecz w tym momencie porucznikowi Dronowi puściły nerwy. Rzucił się do przodu z nieartykułowanym wrzaskiem i jego pięść wylądowała na podbródku bezczelnego szczeniaka. Zdziwiony czeladnik przewalił się na wznak i znieruchomiał.
Egert odetchnął. Był cały oblany cuchnącą, błotnistą cieczą. Dziesięć par zdumionych oczu patrzyło, jak ścieka po złotych galonach uniformu.
Pierwszy przerwał milczenie Lagan.
– Zabiłbyś go, Egercie – rzekł, jakby się usprawiedliwiając. – Taki jesteś wstrząśnięty! Może i należałoby go zabić, ale nie tutaj i nie teraz. Schlał się, głupek, do nieprzytomności… Cóż poradzisz: prostak… Słyszysz mnie, Egercie?
Soll pozostawał wciąż nieruchomy i zapatrzony w siebie. Niebiosa! Dron sądził, że sparaliżowała go wściekłość!
Ktoś trącił go w mokry rękaw.
– Egercie… Co cię tak zamurowało? Dron ma rację, lepiej, że go nie zabiłeś… Gdyby zabijać wszystkich prostaków, nie zostałby żaden rzemieślnik… Chodźmy…
Ol i Bonifor wchodzili już do gospody, oglądając się niecierpliwie na resztę. Ktoś wziął Solla za łokieć.
– Chwileczkę – syknął Karwer, sprawiając, że wszyscy spojrzeli nań ze zdziwieniem. – Chwileczkę – powtórzył głośniej. – Panie Dron i inni… Według was porucznik Soll postąpił właściwie?
– Co za głupoty – burknął ktoś w odpowiedzi – bezsensowne rozważania właściwie, czy niewłaściwie… Nijak nie postąpił i dobrze, że głupek został żywy…
– Niedobrze się stało, że wpadł w furię – stwierdził Dron pojednawczo. – Wystarczy już, chodźmy, Karwerze…
W tym momencie zdarzyło się coś dziwnego. Karwer przecisnął się między kolegami i stanął w tym samym miejscu, gdzie stał uprzednio pijany krawczyk. Rozprysnął kałużę wojskowym butem.
Zapadła grobowa cisza. W stronę Solla trysnęła kolejna struga i lepkie błoto znów zaplamiło jego mundur, spłynęło po szramie na policzku, skleiło jasne włosy w brudne sople.
– Co? – bąknął ktoś. – Co to?
– Egercie – powiedział cicho Karwer – będziesz nadal tak stał?
Głos jego przybliżał się i oddalał, jakby uszy Solla ktoś zapchał watą.
– Będzie tak stał, panowie – stwierdził Karwer i posłał kolejną cuchnącą strugę w stronę byłego przyjaciela.
Lagan i Dron złapali Karwera za ramiona. Młodzieniec nie sprzeciwiał się i dał się odciągnąć na bok.
– Nie denerwujcie się tak, panowie. Spójrzcie na Solla, on się wcale nie trzęsie z wściekłości! Wiecie, jak nazywa się ta jego choroba?
Egert z trudem rozkleił wargi, żeby wydusić z siebie żałośnie:
– Zamknij się…
– No tak – kontynuował tamten z zapałem. – Wybaczcie, panowie, lecz jesteście ślepi jak drużyna kretów…
Korzystając z tego, że stropieni koledzy go puścili, skoczył do kałuży i ponownie ochlapał Solla.
Z okien „Wspaniałego Miecza” wychyliły się głowy licznych ciekawskich, sterczące niczym grzyby z kobiałki.
– Przecież jest pijany! – zawołał histerycznie Bonifor. – W końcu to gwardzista…