– Już nie jest gwardzistą! – wrzasnął Karwer. – Jego honor został splamiony, tak samo, jak jego mundur!
W tym momencie spojrzenia Egerta i Karwera spotkały się.
Ów druh wasal od dawna go dyskretnie obserwował. Kilka lat przebywania w jego cieniu nauczyło go umiejętności wykorzystywania sytuacji. Teraz ugodził go prosto w serce. Triumfował na całego i w owych okrutnych oczach mógł Egert odczytać całą historię ich wielkiej przyjaźni.
Zawsze byłeś ode mnie dzielniejszy, mówiły oczy Karwera. Zawsze byłeś silniejszy i zręczniejszy. Czyż nie płakałem czasem z powodu mej cierpliwej wierności? Przypomnij sobie, jak spokojnie znosiłem twoje głupie żarty, niemal się ciesząc, że raczysz ze mnie żartować! Fortuna kołem się toczy. Teraz ja jestem od ciebie dzielniejszy, Egercie, i dopadł cię sprawiedliwy los.
– Przesadziłeś, Karwer! – krzyknęło kilka głosów.
Sprawiedliwie będzie, Egercie, jeśli zajmiesz swoje miejsce, odpowiednie dla tchórza.
– Pojedynek, Soll! – zachrypiał Dron. – Musisz go wyzwać!
Egert zauważył, jak jego były druh mrugnął do niego. Gdzieś na dnie duszy Karwera zapewne błąkała się szalona obawa: a co będzie, jeśli jednak naprawdę mnie wyzwie i będzie pojedynek?
– Pojedynek, Soll – słychać było wokół nich. – Wyzwij go… Teraz albo jutro, jak wolisz. O świcie przy moście. Pojedynek! Pojedynek!
Egert poczuł ten sam symptom strachu, który przemilczała Feta. Wciąż powtarzające się słowo: „pojedynek” sprawiało, że było mu coraz ciężej na duszy.
Karwer, wpatrując się w niego badawczo, dostrzegł to i zrozumiał, że może niczego się nie obawiać.
Pojedynek… Pojedynek…
Gdzieś na dnie serca porucznika miotał się dawny Soll, trzęsąc się z bezsilnej złości. Kusił, żeby wyciągnąć szpadę i wykreślić jej czubkiem linię u stóp Karwera. Strach jednak przeważył i opanował całkowicie duszę byłego oficera, złamał go i sparaliżował, sprawiając, że uczynił rzecz najgorszą dla mężczyzny: odmówił pojedynku.
Cofnął się o krok. Ciemne chmury kłębiły się nad jego głową jak szalona karuzela. Ktoś jęknął, ktoś inny krzyknął ostrzegawczo… W tej chwili Soll odwrócił się na pięcie i zwyczajnie uciekł.
Tego wieczoru, pozostawiwszy w domu ubłocony mundur, wziąwszy ze sobą jedynie podróżny sakwojaż, gnany nieznośnym lękiem, a jeszcze mocniej palącym wstydem, Egert uciekł z miasta.
Rozdział 3
Za brudną szybką prędko zapadał wieczór. Dyliżans podskakiwał na wybojach, a Eger siedział wciśnięty w kąt, bezmyślnie popatrując na przesuwający się za oknem monotonny pejzaż.
Minęły trzy tygodnie, odkąd opuścił Kawarren. Poczucie końca świata, końca życia, które owładnęło duszą Egerta i sprawiło, że porzucił dom, miasto i mundur, który był jego drugą skórą, owo męczące uczucie zostało tymczasem nieco przytłumione. Po prostu siedział w kącie zakurzonego pojazdu, podpierając dłonią brodę, patrząc w okno i starając się nie myśleć o niczym.
Jego sakwojaż nie zmieścił się na półce i teraz kolebał się pod nogami, utrudniając wsunięcie ich pod siedzenie. Miejsce przeznaczone na bagaże wypełnione było po brzegi niezliczonymi węzełkami i koszami wędrownego przekupnia. On sam, żółtawy, żylasty staruszek, siedział naprzeciw Egerta. Ten doskonale wiedział, że miałby pełne prawo przesunąć klamoty współpasażera, żeby znaleźć miejsce dla swojej torby, ale nie kiwnął nawet palcem w swojej sprawie.
Obok staruszka siedziała urocza, młodziutka, trochę nieśmiała osóbka. Było widać, że panienka po raz pierwszy wyrwała się spod ojcowskiej opieki i podróżowała, poszukując pracy albo męża, zależy, co los przyniesie. Zainteresowała się Sollem, lecz z braku odzewu z jego strony, biedaczka wodziła teraz palcem po szybie z obrażoną minką.
Obok Egerta siedział smętny subiekt w nieokreślonym wieku. Miał niezwykle długi nos sinej barwy i krótkie palce, poplamione atramentem. Mężczyzna uznał go w myślach za wędrownego rachmistrza.
Dyliżans toczył się dostojnie. Kupiec przysnął, przylgnąwszy policzkiem do framugi okienka, panna bezskutecznie łowiła natrętną muchę, księgowy patrzył nieruchomo w przestrzeń, a Egert, którego niewygodna pozycja sprawiała, że bolały go plecy i cierpły nogi, myślał o tym, co było i co będzie.
Przeżywszy ponad dwadzieścia lat w Kawarrenie i nigdy nie oddalając się stamtąd zanadto, miał teraz szansę poznać świat, lecz owa możliwość bardziej go stresowała niż radowała. Świat okazał się nieprzyjemnym, bezforemnym zbiorem miasteczek, wiosek, dworków i dróg, którymi wędrowali ludzie. Odpychający, czasem niebezpieczni, najczęściej obojętni, lecz przede wszystkim mu nie znani. Soll czuł się zaniedbany, wymęczony, zaszczuty. Obecnie, przymknąwszy powieki i wsłuchując się w miarowy stukot kół, kolejny raz rozpaczliwie zapragnął, żeby cała niedawna przeszłość okazała się idiotycznym snem. Przez chwilę szczerze uwierzył, że zaraz zbudzi się w swojej pościeli i unosząc powieki ujrzy dziki na gobelinach, zawoła sługę, obmyje się czystą wodą w srebrnej miednicy, stając się dawniejszym Egertem Sollem, nie zaś nieszczęsnym tchórzliwym włóczęgą. Wierzył w to do tego stopnia, że zaczął się bezwiednie uśmiechać. Palce dłoni przesunęły się po policzku, jakby chciał przegonić ogarniającą go drzemkę.
Palce natrafiły na długą bliznę. Wzdrygnął się i otworzył oczy.
Przekupień pochrapywał głucho, panna złapała w końcu muchę i zamknęła owada w zaciśniętej piąstce, wsłuchując się z zaciekawieniem w przytłumione bzykanie nieszczęsnego stworzonka.
Wielkie nieba! Całe jego poprzednie, szczęśliwe i sensowne życie rozpadło się na tysiąc kawałków, spadających w niezgłębioną przepaść. Za nim były tylko hańba i cierpienie, które strach było wspomnieć. Przed nim mglista niewiadoma, o której strach było myśleć. Za co to wszystko?!
Bez przerwy zadawał sobie to pytanie. Podstawę jego wszystkich obecnych kłopotów stanowiło tchórzostwo, które niewiadomym sposobem zalęgło się w sercu dzielnego przedtem mężczyzny. Jakim cudem mogło nastąpić takie przeobrażenie? Gdzie jest źródło choroby?
Pojedynek z nieznajomym. Wracał do niego wielokrotnie w myślach i nie przestawał się dziwić. Czyżby jedna porażka mogła aż tak go odmienić? Jedna niespodziewana przegrana, jaka zaszła bez świadków…
Zacisnął zęby ze wszystkich sił i spojrzał w okno, za którym przesuwał się ciemny las.
Końskie kopyta uderzały równomiernie o drogę. Kupiec zbudził się i rozsupłał węzełek z kawałkiem chleba i upieczonym udkiem kurczęcia. Egert odwrócił odeń oczy, gdyż poczuł się głodny. Panna skróciła wreszcie udręki muchy i także sięgnęła do węzełka, w którym okazały się być bułeczka i kawałek sera.
Rachmistrz w sposób oczywisty zastanawiał się, czy także nie pora śniadać, kiedy nagle rytm końskich kopyt uległ wyraźnemu zaburzeniu.
Dyliżansem szarpnęło, najpierw do przodu, potem trochę na bok. Stangret krzyknął z kozła ze strachem. Z tyłu i po bokach dał się słyszeć tętent obcych koni. Kupiec zbladł jak kreda, a jego dłoń, dzierżąca udko kurczęcia, zatrzęsła się mocno.
Panienka rozglądała się ze zdziwieniem. Na jej ustach bielały niestarte okruszki. Rachmistrz czknął. Egert, niczego nie pojmując, lecz przeczuwając coś złego, wbił się głębiej plecami w wytarte oparcie.
Z przodu coś ciężkiego spadło na ziemię. Dyliżans zwolnił tak gwałtownie, że Soll nieomal wpadł na kupca.
– Zatrzymać się! – zawołał groźny męski głos gdzieś z tyłu. – Stój!
Konie pociągowe rżały rozpaczliwie.
– Wielkie nieba! – jęknął kupiec. – Tylko nie to!