Выбрать главу

– Co to? – zapiszczała panienka.

– Rozbójnicy – wyjaśnił spokojnie rachmistrz, jakby siedział wciąż w swoim kantorze.

Nieszczęsne, bojaźliwe serce Egerta podeszło mu do gardła, a w żołądku narastała kula zimna. Skulił się na siedzeniu i przymknął oczy w panice.

Dyliżans wreszcie stanął. Woźnica coś tam błagalnie bełkotał, potem krzyknął i zamilkł. Ktoś szarpnął z zewnątrz klamkę drzwiczek pojazdu.

– Otwierać!

Ktoś trącił w ramię Egerta.

– Młody człowieku…

Zmusił się, by otworzyć oczy i zobaczył pochyloną nad sobą bladą twarzyczkę z gwałtownie trzepoczącymi rzęsami.

– Młodzieńcze – szeptała panienka – powiedz, że jesteś moim mężem. Proszę cię… Bo oni mogą…

Kierując się instynktem słabej istoty, szukającej ochrony silniejszego, chwyciła jego rękę niczym tonący brzytwę. Jej spojrzenie było tak przepełnione błaganiem o pomoc, że Egertowi zrobiło się gorąco jak w łaźni. Sięgnął do boku, szukając szpady, ledwie jednak musnął gardę, cofnął dłoń jak oparzony.

– Młodzieńcze…

Egert odwrócił wzrok.

Z zewnątrz znowu silnie szarpnięto drzwiczki, światło w okienku przesłoniła czyjaś postać.

– Otwierać!!

Soll zadrżał na dźwięk tego głosu. Spływały nań fale strachu i każda kolejna przerastała poprzednią. Czuł zimny pot na całym ciele.

– Trzeba otworzyć – stwierdził flegmatycznie rachmistrz.

Kupiec wybałuszał oczy, ściskając kurczowo niedojedzone udko.

Subiekt sięgnął dłonią ku zasuwce drzwi. W tym momencie panna, szukająca rozpaczliwie pomocy u Egerta, zauważyła ciemną dziurę pod przeciwległym siedzeniem.

– Chwileczkę – zwracał się uspokajająco do czekającego na zewnątrz księgowy. – Zasuwka się zacięła, chwileczkę…

Panna jednym zręcznym ruchem wcisnęła się pod siedzenie i spuściła za sobą materiał, pokrywający kanapę, co całkiem ją zasłoniło.

Soll słabo pamiętał, co się później zdarzyło.

Jego otumaniona lękiem świadomość zarejestrowała niespodzianie schowek, dający słabą szansę ratunku. Była ona, co prawda, minimalna, lecz półprzytomny mózg Egerta nie chciał tego zrozumieć, ponieważ wypełniała go tylko jedna myśclass="underline" uciec!

Wyciągnął dziewczynę spod kanapy jak jamnik wyciąga lisa z nory. Naturalnie broniła się ze wszystkich sił, a nawet, zdaje się, ugryzła go w rękę, usiłując się ukryć ponownie, lecz Soll był silniejszy. Oszalały z przerażenia, sam wcisnął się w ciemną szczelinę i dopiero w tej chwili zrozumiał, co uczynił.

Nie umarł ze wstydu tylko dlatego, że w tym momencie otworzyły się drzwiczki i kolejna fala strachu zamroczyła jego świadomość. Pozostali pasażerowie byli zmuszeni opuścić pojazd. Przez gęstą zasłonkę Egert zobaczył toporne buciory z ostrogami, potem kosmatą łapę, sięgającą do podłogi, wreszcie brodate oblicze z parą gorejących oczu.

– Ha! Tu jesteś, ptaszku!

W świadomości Egerta nastąpiła kolejna przerwa.

Zdaje się, że wcale się nie opierał. Wywlekli go z pojazdu. Konie dyliżansowe potrząsały trwożnie łbami, popatrując na pień drzewa, zalegający w poprzek drogi. Zbójcy właśnie wiązali ręce woźnicy, który usłużnie je podsuwał, uśmiechając się żałośnie. Z dachu spadały węzełki i kosze przekupnia, część z nich została już splądrowana.

Obszukali Egerta. Łupem napastników padły rodowa szpada i złote guziki kurtki. Rachmistrzowi zabrali mieszek, kupiec mógł jedynie pochlipywać bezradnie, patrząc jak wyłamują zamki jego kuferków. Panienkę trzymało na razie tylko dwóch. Kręciła głową, spoglądając to na jednego, to na drugiego, mówiąc coś błagalnie.

Rozbójników było pięciu, a może sześciu. Egert nie był w stanie zapamiętać ani jednej twarzy. Skończywszy grabić, ukryli zdobycz w jukach, po czym zgromadzili się wokół dyliżansu. Rachmistrza związali razem z kupcem, woźnicę przy wiązali do drzewa. Nie skrępowali tylko Egerta, on jednak i tak nie mógł ruszyć ręką ani nogą.

Potem zbójcy ciągnęli losy z czapki. Soll z trudem uświadomił sobie, czego dotyczy losowanie. Czarnobrody kiwnął głową, zadowolony. Dwaj młodsi zbóje puścili dziewczynę, on zaś ujął ją władczym gestem za ramię i poprowadził do pojazdu.

Były oficer widział jej oczy okrągłe z przerażenia i drżące wargi. Szła bez oporu, co pewien czas zwracając się do pogromcy z tą samą błagalną prośbą. Czarnobrody wepchnął ją do środka. Jego kompani rozsiedli się wyczekująco na trawie. Dyliżans zakołysał się, zaskrzypiały miarowo resory, a ze środka dobiegł przyduszony cienki głosik.

Zbóje pociągnęli potem ponownie losy. Egert stracił poczucie czasu i miał wrażenie, jakby jego jaźń uległa rozdwojeniu: w jednej chwili rzucał się na bandziorów, krusząc im żebra i łamiąc karki, prędko jednak zdawał sobie sprawę, że siedzi jak poprzednio na ziemi, wczepiony w trawę skurczonymi palcami i nie obezwładniony, a jednak bezwładny.

Znowu nastąpiła luka w jego świadomości. Nie mógł sobie później niczego przypomnieć. Czuł uderzenia gałęzi na twarzy. Zdawało mu się, że biegnie, lecz nogi, jak w złym śnie, uginały się i odmawiały chwilami posłuszeństwa. Silniejsze od strachu i bólu okazało się jedno, najważniejsze pragnienie: nie istnieć, nigdy nie przyjść na ten świat, skoro po tym wszystkim, co przeżył, stał się… Coś, co przerosło chimerę lęku, rozdzierało mu serce i całe wnętrze.

Później ogarnęła go ciemność i wszystko się skończyło.

Stary pustelnik, mieszkający w ziemiance przy strumieniu, nieraz znajdował w lesie zagubionych ludzi.

Pewnego chłodnego poranka natknął się na czternastoletnią dziewczynkę. Biała i sztywna jak posąg, siedziała oparta plecami o pień, zaciskając dłonie na pustym koszyku. Nigdy się nie dowiedział, kim była i co ją przywiodło do zguby.

Innym razem znalazł także dziewczynę okrwawioną i posiniaczoną, bredzącą w malignie. Zaniósł ją do swego schronienia, lecz następnego dnia musiał ją również pochować.

Trzecim znaleziskiem był mężczyzna.

Był młody i przystojny, znacznie wyższy od eremity, więc ciężko go było taszczyć przez las. Ledwo dysząc, starzec obmył go źródlaną wodą. W owej chwili nieznajomy otworzył oczy.

Pustelnik ucieszył się. Przynajmniej temu nie będzie musiał odprawić pogrzebu! Wzniósł ręce i wydał radosny dźwięk. Niemowa od urodzenia, tylko w taki sposób umiał okazywać swoje uczucia.

Po powierzchni strumienia ścieliły się wodne trawy. Ich ciemnozielone łodygi próbowały rozpaczliwie popłynąć z nurtem, lecz uwięzłe w mulistym dnie korzenie powstrzymywały je od tego. Nad ruczajem wisiały w powietrzu tęczowe ważki, duże i niemądre jak damskie ozdoby.

Egert Soll przesiadywał całymi dniami nad wodą, patrząc na falujące pnącza i owady. Czasem urozmaicał sobie widok. Schyliwszy się nad ciemną wodą, widział w niej odbicie chudego włóczęgi ze szramą na policzku, której nie zdołała pokryć rzadka, ryżawa bródka.

Pustelnik okazał się całkiem niegroźnym osobnikiem, lecz Egert potrzebował tygodnia, by zacząć spoglądać na niego bez drżenia. Dobroduszny staruszek przygotował dla gościa posłanie z wysuszonej trawy i dzielił się z nim pożywieniem, rybą albo grzybami i nie wiedzieć z czego wypiekanymi placuszkami, którymi się zajadał. Oczekiwał w zamian niewiele: przynieść chrust z drugiego brzegu strumyka, porąbać wcześniej przygotowane polana. Prędko stało się oczywiste, że dla takiego mężczyzny jak Soll, to niewielki wysiłek.

Przez strumień przerzucono kładkę: trzy wąskie deski, byle jak powiązane sznurkami. Woda sięgała w tym miejscu Egertowi do pasa. Mostek wisiał prawie nad samą powierzchnią, lecz wolał nie powierzać cienkim deskom ciężaru swego ciała.

Eremita przyglądał się z daleka, jak młody i silny mężczyzna próbuje pokonać tę przeszkodę. Dwa niepewne kroki po kładce, potem odwrót. Egert zdjął buty i próbował przejść w bród, lecz znowu się cofnął, gdyż ścierpły mu stopy od lodowatej wody. Nikt nigdy nie dowiedział się, co pomyślał w owej chwili stary samotnik, tym bardziej, że przyzwyczajony był zachowywać swoje myśli dla siebie.