Następnego dnia Egert znowu usiłował przejść przez strumień. Tym razem szedł na czworakach, kurczowo wczepiając się palcami w deseczki. Były gwardzista, mokry, trzęsący się, z walącym niespokojnie sercem, zdecydował się otworzyć oczy dopiero, gdy poczuł twardy grunt pod stopami.
Staruszek obserwował go, siedząc u wejścia ziemianki, lecz Egert nie miał już sił na wstyd. Tamten był równie niemym świadkiem, jak sosny, niebo, czy strumyk…
Rąbać drwa także było niełatwo. Siekiera z długim toporzyskiem przywiodła na myśl szafot, egzekucję, śmierć… Szerokie ostrze żeleźca kryło w sobie groźbę bólu, poćwiartowanego ciała, oddzielenia mięsa od strzaskanych kości, potoków krwi. Egert ujrzał oczyma duszy, jak ostrze spada na jego łydkę lub kolano, tnie, rąbie i łamie…
Nie czuł się na siłach, by wziąć do ręki tak niebezpieczne narzędzie. Swoją drogą, staruszek nie naciskał na niego.
Dzień za dniem spędzał więc, patrząc na wodę i ważki. Bez przerwy wspominał dziwne przypadki porucznika Solla, które z największego chwata uczyniły zahukanego włóczęgę.
Wolałby niczego nie wspominać. Bardzo zazdrościł pustelnikowi. Tamten wydawał się na ogół nie zastanawiać się nad niczym, a na jego porosłym niezbyt gęstą bródką licu jawiły się tylko nieziemska łagodność i niesamowity spokój. Takie uczucia były na razie niedostępne Sollowi. Wstyd palił go bez przerwy tak mocno, że chwilami miał ochotę bić głową o ziemię.
Eremita odchodził od niego za każdym razem, kiedy dostrzegał w oczach byłego oficera tego rodzaju udrękę. Z daleka obserwował uważnie gościa z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
Nie tylko wspomnienia dręczyły Solla. Nigdy przecież jeszcze nie musiał spać na słomie, pożywiać się suszonymi grzybami i obchodzić się bez zmiany bielizny. Wychudł i zapadł się w sobie, oczy się nieco zapadły, piękne niegdyś, jasne włosy pozlepiały się i splątały, ściął je w końcu nożem gospodarza. Jego żołądek buntował się wciąż, nie przyzwyczajony do leśnej diety. Wargi miał spękane, lico ogorzałe. Musiał prać jedyną koszulę w lodowatym potoku i myć się w nim także. Pustelnik wielce się dziwował, na co potrzebne jego gościowi owe pracochłonne i niepotrzebne, jego zdaniem, działania.
Najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie. Z nastaniem ciemności, kiedy las zamieniał się w kłębowisko podejrzanych szmerów i mrocznych cieni, Egert wciskał się w kąt ziemianki i przykrywał głowę rogoża jak wystraszony malec. Czasami z głębi boru dochodziło przeciągłe wycie, a wówczas oczekiwał bezsennie świtu, zatykając uszy.
Zdarzały się jednak też ciche, jasne wieczory, jakie spędzał wspólnie z wiecznie milczącym starcem przy nikłym ogieńku na progu ziemianki. Raz uniósł głowę ku niebu i w gwiezdnym chaosie rozpoznał znajomy gwiazdozbiór.
Ucieszył się, lecz prawie natychmiast zrozumiał, że gwiazdozbiór ten przypomina zbiór pieprzyków na szyi pewnej kobiety, którą znał wprawdzie niezbyt długo, ale nigdy jej nie zapomni, ponieważ jej imię pozostało pamiętne jak wspomnienie nieszczęścia…
Potem było mu już lżej. Pewnego dnia Egert poszedł po chrust i już przy samej kładce zorientował się, że zapomniał wziąć sznurek. Wrócił do ziemianki. I, rzecz dziwna, skomplikowany i męczący proces przeprawy na drugi brzeg przeszedł tym razem znacznie łatwiej niż zwykle. W każdym razie Egert tak to odebrał. Za drugim razem specjalnie zawrócił od mostka i jak gdyby otrzymawszy dodatkowy zastrzyk odwagi, przeszedł na drugi brzeg nieco chwiejnie, lecz prawie bez pomocy rąk.
Od tej chwili jego życie stało się prostsze, chociaż zarazem bardziej urozmaicone. Mnóstwo drobnych, często prawie bezmyślnie wykonywanych czynności, zdawało się chronić go przed poczuciem grozy istnienia. Nie wstępował na cienką kładkę, nie wróciwszy wcześniej do ziemianki, nie musnąwszy dłonią pnia wyschłego drzewa na tym brzegu i nie policzywszy uprzednio w myślach do dwunastu. Każdego wieczora wrzucał do zdroju trzy gałązki, co miało uchronić go od nocnych koszmarów. Pokonując powoli obawę, odważył się w końcu nawet sięgnąć po topór i całkiem udatnie porąbał polana w obecności radośnie zdumionego pustelnika.
Pewnego dnia, kiedy młody mężczyzna siedział jak zwykle nad wodą, pytając jak zawsze siebie o przyczynę swoich nieszczęść, eremita, który zwykle nie narzucał mu się z towarzystwem, tym razem podszedł doń i położył mu dłoń na ramieniu.
Egert drgnął. Starzec wyczuł jak naprężają się mięśnie barku pod zniszczoną koszulą. W jego oczach pojawił się wyraz współczucia.
– Tak? – spytał nastroszony Soll.
Starzec usiadł ostrożnie obok niego i powiódł kościstym palcem po swoim policzku od skroni do podbródka.
Wstrząśnięty Soll także odruchowo podniósł dłoń i musnął palcami fatalną szramę.
Staruszek kiwnął głową z zadowoleniem, że został zrozumiany. Drapał swój policzek tak długo, dopóki na jego policzku nie pojawiła się czerwona smuga, podobna do blizny Egerta.
– No i co z tego? – spytał ponuro Egert.
Pustelnik spojrzał na niego, potem w niebo. Spochmurniał na twarzy, zamachał pięścią przed własnym nosem, zamknął oczy i znowu przesunął palcem po policzku.
– Mmm…
Soll milczał, niczego nie rozumiejąc. Eremita uśmiechnął się smutno, wzruszył przepraszająco ramionami i poszedł do swej ziemianki.
Niekiedy pustelnik udawał się gdzieś na cały dzień. Wracał z koszem pełnym jedzenia. Dosyć prostego i prymitywnego, jak uznałby zapewne porucznik Soll, lecz niezmiernie smakowitego z punktu widzenia włóczęgi Egerta. Najwyraźniej starzec odwiedzał jakichś życzliwych mu ludzi.
Pewnego pięknego dnia Egert zdobył się na to, by poprosić starca, aby wziął go ze sobą.
Szli dosyć długo. Pustelnik kroczył przodem, niewiadomym sposobem odnajdując ledwie widoczną ścieżkę. Soll przyciskał mocno paluszek lewej dłoni do wielkiego palca prawej, co miało go chronić przed lękiem pozostania w tyle i zabłądzenia w lesie.
Wokół panowała już wczesna jesień, drzewa zaczęły tracić listowie. Soll stąpał ostrożnie po żółtym kobiercu listowia, przy czym zdawało mu się, że na każdy jego krok reaguje cichym westchnieniem. Drzewa opuszczały ciężko ku ziemi obnażone częściowo, osłabłe gałęzie. Każda skaza na grubej korze przypominała mężczyźnie jego bliznę. Przyciskając mocno najmniejszy palec lewej dłoni do wielkiego prawicy, szedł śladem niemego przewodnika. Nie ucieszył się szczególnie, kiedy las skończył się i przed ich oczami ukazała się mała osada.
Za płotami słychać było ujadanie psów. Egert stanął jak wryty. Pustelnik obejrzał się i zamruczał uspokajająco. Z najbliższej bramy wybiegło dwóch wyrostków. Na ich widok Egert złapał odruchowo swego przewodnika za ramię.
Chłopcy zamarli jakieś dziesięć kroków od nich, z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami oraz ustami. W końcu starszy z nich zawołał wesoło:
– Zobacz! Stary Orzeszek przygarnął jakiegoś Znajdę!
Osada była niewielka i zaniedbana. Składała się z dwudziestu gospodarstw, pośrodku znajdowała się wieżyczka ze słonecznym zegarem, a na uboczu stał dom miejscowej czarownicy. Życie tutaj toczyło się leniwie i monotonnie. Nikt, oprócz dzieciaków, nie zainteresował się specjalnie przybyciem Egerta, jakiegoś Znajdy ze szramą, którego przygarnął Orzeszek. Słysząc propozycję, by najął się do jakiejś roboty i przezimował w osadzie, przybysz tylko ponuro pokręcił głową. Zimować tutaj? Po co? Szukać ludzkiego towarzystwa? Równie dobrze mógłby wrócić do domu w Kawarrenie, do rodziców i pokoju z kominkiem i gobelinami.