Выбрать главу

Egert przede wszystkim doszedł do wniosku, że nie ma już domu, ojca ani matki. Najwyższa pora pogrzebać i opłakać porucznika Solla, skoro na jego miejscu pojawił się Znajda ze szramą na policzku.

Zima zdawała się jednym długim majakiem.

Choć zahartowany w dzieciństwie, Egert jednak przeziębił się z nastaniem pierwszych mrozów. Jego gospodarz niejeden raz przekonał się już, jak trudno zimą wykopać mogiłę w przemarzniętej ziemi.

Soll miotał się na posłaniu ze słomy, dławiąc się kaszlem. Staruszek był bardziej fatalistą niż uzdrowicielem. Okrywał rogoża chorego i poił wywarem z ziół. Upewniwszy się, że zasnął, szedł do lasu z łopatą, słusznie uważając, że jeśli będzie rozkruszał ziemię po trochu, to we właściwym momencie dół osiągnie odpowiednią głębokość.

Egert nic o tym nie wiedział. Kiedy otwierał oczy, widział pochylone nad sobą zatroskane, pomarszczone oblicze albo pociemniałe belki stropu, wyżłobione przez korniki. Pewnego razu ocknął się i zobaczył Torię.

„Dlaczego tutaj jesteś?” – miał ochotę zapytać. Chociaż nie mógł mówić, mimo wszystko zadał owo pytanie, niemo jak jego gospodarz.

Nie odpowiadała. Siedziała z głową pochyloną na ramię, jak jeden z kamiennych ptaków na czyjejś mogile.

„Dlaczego tutaj jesteś?” – spytał ponownie.

Poruszyła się lekko.

„A czemu ty jesteś tutaj?”

Gorączka paliła go mocno. Czuł się, jakby wbili mu do każdego oka płonącą pochodnię.

Zjawiała się też jego matka. Czuł chwilami jej dłoń na czole, lecz nie był w stanie unieść powiek. W jego duszy walczyły ze sobą ból i strach, że jej nie pozna, że nie pamięta jej twarzy…

Pustelnik kręcił głową ze smutkiem i ruszał do lasu z łopatą pod pachą.

A jednak stało się tak, że mróz zelżał, a Egert ciągle żył. Pewnego pięknego poranka, słaby jak wiosenna muszka, bez niczyjej pomocy wytoczył się na próg ziemianki i uniósł twarz ku słońcu. Zdawało się, że jego twarz składała się teraz tylko z wielkich oczu i szramy.

Pustelnik odczekał jeszcze parę dni, potem zaś, sapiąc i ocierając czoło, zasypał niepotrzebną mogiłę, przy której się tak natrudził.

Stara wiedźma mieszkała na uboczu. Egert nakreślił ukradkiem krąg na drodze, potem zaś, przyciskając na chwilę wiadome palce, nieśmiało zastukał do wrót.

Przygotowywał się do tego wiele dni. Wielekroć pustelnik próbował dać mu coś do zrozumienia, przesuwając palcem po szramie. Wreszcie Soll zebrał się na odwagę i wybrał się samodzielnie do osady odwiedzić czarownicę.

W obejściu panowała cisza, najwidoczniej starucha nie trzymała psów. Wiosenny wiatr obracał powoli sterczącą z dachu ciężką chorągiewkę: osmalone koło, z doczepionymi doń pomarszczonymi strzępkami, w których Egert, przyjrzawszy się dokładniej, rozpoznał żabie skórki.

Usłyszał w końcu szuranie ciężkich kroków. Zadrżał, lecz pozostał na miejscu, zaciskając zęby. Skrzypiąca furtka otwarła się na poły. Na przybysza skierowało się niebieskie i okrągłe jak szklana kula, wielkie oko.

– A, Znajda ze szramą…

Furtka otwarła się szerzej i mężczyzna, pokonując nieśmiałość, wszedł na dziedziniec.

Za płotem znajdowała się buda kryta słomą. Egert podskoczył nerwowo, widząc siedzącą przed nią drewnianą, osmołowaną figurę zwierza z krzywymi gwoździami w półotwartej paszczy. Zamiast oczu miał czarne dziury. Egertowi jednak wydało się, że gdy przechodził obok, błysnęły czujnie przez chwilę.

– Wejdź.

Wszedł do ciasnej i pełnej niepotrzebnych, porozrzucanych byle jak przedmiotów, izby, zarazem mrocznej i tajemniczej. Drewniane bale ścian poutykane były zwykłą trawą.

– Po co przyszedłeś, Znajdo?

Starucha patrzyła na niego jedynym okrągłym okiem. Drugie było zamknięte, jakby powieka przyrosła do policzka. Egert wiedział już, że nie ma do czynienia ze złą wiedźmą, przeciwnie, jest lubiana w osadzie za swoje uzdrowicielskie umiejętności. A jednak drżał mimowolnie pod jej przenikliwym spojrzeniem.

– Po co przyszedłeś? – powtórzyła.

– Zapytać o coś – wykrztusił Egert.

Oko mrugnęło.

– Los twój się zaplątał…

– Tak.

Starucha potarła w zadumie nieco zadarty nos.

– Zobaczmy… Niech no na ciebie spojrzę…

Niedbale unosząc dłoń, wzięła z półki grubą świecę, zapaliła ją, pocierając knot palcami, a chociaż był biały dzień, przybliżyła płomień do twarzy obcego.

Egert zesztywniał. Zdawało mu się, że od płomienia wionie chłód zamiast ciepła.

– Niezły z ciebie ptaszek – stwierdziła wciąż zadumana wiedźma. – Coś cię odmieniło… Egercie…

Soll zadrżał.

– Twoja szrama – podjęła, jakby mówiła bardziej do siebie niż do niego – to piętno… Któż tak piętnuje…

Przybliżyła oko do jego twarzy i natychmiast odskoczyła. Źrenica omal nie wyskoczyła z orbity.

– Na świetlistą ropuchę!!! Wynoś się stąd!

Chwyciła z nieoczekiwaną siłą ramię osłupiałego Egerta i wypchnęła go za drzwi.

– Precz! Odejdź i nie wracaj!… Nie dam rady z nim walczyć…

Zanim zdołał się opamiętać, stał już przy furcie. Oparł się plecami o parkan.

– Nie wyganiaj mnie, staruszko! Ja…

– Poszczuję psa! – zagroziła.

W tej chwili drewniany pies zwrócił ku niemu osmaloną mordę…

Egert czym prędzej wyskoczył za furtę. Najchętniej uciekłby jak najszybciej, lecz drżące nogi załamały się pod nim i runął twarzą na drogę.

– Co mam robić?! – zaszeptał z rozpaczą, zwracając się do martwego żuka, leżącego na poboczu.

Furtka znów otwarła się odrobinę.

– Szukaj wielkiego czarownika… Potężnego… A do tej osady więcej nie przychodź, bo z życiem nie ujdziesz…

Po czym się zatrzasnęła.

Część druga

TORIA

Rozdział 4

Przez witrażowe okna wpadały dwa słoneczne łuki, tworząc na kamiennej posadzce wesołą grę barwnych świateł, ożywiających mroczne biblioteczne wnętrze. Zza grubych murów dochodził stłumiony, monotonny zgiełk. W Wielkiej Auli właśnie miał się rozpocząć wykład rektora. Trzecie okno, wychodzące na plac, po raz pierwszy otwarte szeroko tej wiosny, przynosiło odległy, lecz tętniący radością życia poszum miasta: pieśni i okrzyki, tupot kopyt i skrzypienie kół, śmiech, bicie dzwonu i końskie rżenie.

Kończyła już prawie pracę. Długi spis tytułów upstrzony był licznymi krzyżykami. Wózek biblioteczny uginał się pod ciężarem zdjętych z półek opasłych foliałów. Toria kolejny raz postawiła stopę na szczeblu drabinki, lecz tym razem na nią nie weszła. Zamknęła oczy i przylgnęła policzkiem do ciepłego, wygładzonego licznymi dłońmi drewna.

Znów przyszła wiosna. Szeroko otwarte okno na plac. Ulubiony przez nią cierpki zapach starych ksiąg zmieszał się z woniami rozgrzanego miejskiego kurzu, trawy i nawozu. Wkrótce rzeka będzie ciepła, a na jej brzegach zakwitną poziomki. To naprawdę dziwne, że miała ogromną ochotę wytarzać się w trawie. Poleżeć w słońcu, czując pod policzkiem przygniecione pędy, bezmyślnie patrzeć jak pszczoła penetruje wnętrze kwiatka. Śledzić wzrokiem mrówkę, wędrującą po pniu…

A Dinara nie ma. Nie ma go już od roku. Wędrują nad nim w trawie mrówki… Tuż obok leży stos ksiąg, za oknem praży słońce, na rzece przekrzykują się wioślarze, lecz Dinara nigdzie nie ma, ponieważ głęboki, ciemny dół w ziemi, który przypominała sobie z dreszczami lękliwego niedowierzania, dół, do którego obcy ludzie spuścili nędzną trumnę… To ma być Dinar?! Nigdy nie pojedzie na jego grób, ponieważ zakopane tam zwłoki nie są nim.