Выбрать главу

Westchnęła ciężko, otwierając oczy. Barwne słoneczne plamy przesunęły się bliżej ściany. Z tego powodu siedzący w kącie biały kot, pogromca myszy i szczurów, wydawał się pstrokaty jak pajac. Para okrągłych, żółtych ślepi spoglądała na dziewczynę z wyrzutem.

Uśmiechnęła się z wysiłkiem. Sprawdziła, czy drabinka jest stabilna, podwinęła skraj ciemnej spódnicy i pewnie wspięła się na górę, jak robiła to już tysiące razy.

W lewym kolanie odezwał się tępy, niezbyt silny ból. Tydzień temu potknęła się na schodach i upadła, rozdzierając pończochę i uderzając w nogę. Pończochę zacerowała potem stara służąca, która sprzątała jej oficynę dwa razy w tygodniu. Kiedy zostały same, poczciwa niewiasta zaczęła wzdychać i załamywać ręce: taka śliczna panienka, a cały rok w jednej sukience! Żeby tak chociaż wyskrobać trochę grosza na parę jedwabnych pończoszek… Kapelusz, pantofelki… Taki klejnot wymaga oprawy.

Toria uśmiechnęła się i oblizała wargi. Na dolnej pozostała niewielka blizna w miejscu, gdzie rok temu zagryzła usta do krwi.

Ucichł zgiełk za ścianą, najwidoczniej rektor wszedł na katedrę. Dzisiaj ma opowiedzieć studentom o niezwykłych zjawiskach zachodzących, zdaniem uczonych, na krańcu Ziemi, u samych Wrót Wszechświata.

Panna znowu uśmiechnęła się do siebie. Nikomu nie dane było przekonać się, co tak naprawdę znajduje się u owych Wrót. Ojciec powiada: „Kto znalazł się na tamtym progu, nic już nam nie opowie”.

Otóż i najwyższa półka. Nad głową Torii kołysały się strzępy zakurzonej pajęczyny. Pająkom pozwalano mieszkać pod sufitem. Ojciec żartuje, że po śmierci stanie się pająkiem i będzie pilnował biblioteki.

Spojrzała w dół bez emocji, nie miała bowiem lęku wysokości. Wyciągnęła dłoń w stronę pozłacanych grzbietów, po namyśle jednak cofnęła ją.

Tuż pod sufitem znajdowało się okrągłe okienko, przez które można było zajrzeć do Auli. Zdarzało się, że kiedyś wspinała się tutaj, by pomiędzy szeregami pochylonych głów znaleźć tę jedną, jedyną: czarną, rozczochraną, tak wzruszająco mądrą… Mieli taką zabawę: Dinar powinien był wyczuć jej spojrzenie i podnieść wzrok.

Złapała się właśnie na tym, że myśl o ukochanym nie wywołuje, jak poprzednio, tak silnego bólu. Wspominała go ze smutkiem, lecz już bez owego bezbrzeżnego cierpienia, jakim wypełnionych było wiele nocy i dni…

Ojciec mówił jej, że tak się stanie. Nie mogła i nie chciała w to uwierzyć, lecz jak zwykle miał rację.

Wspomniawszy ojca, zwróciła się znowu ku książkom.

Znalazła potężne tomisko w zwykłej, czarnej okładce. Grzbiet wydał jej się zachęcający. O proroctwach informowały srebrem tłoczone litery.

Poczuła ciarki na plecach. Zachował się jedyny egzemplarz tej księgi. Wiele wieków temu wybitny mag poświęcił jej całe życie, a teraz ona, Toria, weźmie ją do rąk i zaniesie ojcu, który dopisze dzięki niej nowy Rozdział swego dzieła. Kilka wieków później być może ktoś z takim samym szacunkiem weźmie drżącymi rękami to dzieło i dowie się, czemu poświęcił się dziekan Łujan.

Zeszła ostrożnie na dół i postawiła ostatni krzyżyk w swoim spisie. Historia przepowiedni znalazła się na stosie innych ksiąg.

To już koniec pracy na dzisiaj. Przez okno wpadł świeży podmuch wiatru, unosząc kłęby kurzu z książek, wywołując kichnięcie kota wartownika. Toria odruchowo poprawiła lok, spadający na czoło i wyjrzała na zewnątrz.

Oślepił ją blask słoneczny i ogłuszył gwar licznych głosów. Plac zawirował w jej oczach jak ukraszona wielobarwnymi wstęgami karuzela. Przekrzykiwali się przekupnie przy straganach. Wolno sunęły pstre parasolki przechadzających się dam. Widać było patrol, prowadzony przez oficera w czerwono-białym mundurze, marszczącego groźnie tradycyjnie wystrzyżone brwi, lecz nie mogącego się najwyraźniej powstrzymać przed obejrzeniem za wyjątkowo urodziwą kwiaciarką. Ulicznicy smyrgali pod nogami spacerowiczów, handlarzy i innych goniących za swoimi sprawami. Nad tłumem przepływały niczym żaglowe statki wspaniałe, niesione przez lokajów lektyki.

Masywny, surowy gmach sądu wyglądał w świetle słońca jak wielka, niegroźna ropucha, wygrzewająca pomarszczony grzbiet na słońcu. Toria przesunęła spojrzenie po okrągłym słupie przed żelaznymi wrotami. Na drzwiach wyciosane były groźne słowa: „Strzeż się prawa!”, na słupie zaś znajdowała się miniaturowa szubienica ze szmacianą kukłą wisielca.

Obok sądu wznosiła się baszta z zamkniętymi na głucho okienkami. U jej wejścia drzemali strażnicy, a nieopodal żywo o czymś rozprawiało trzech ludzi w szarych opończach z kapturami, bez wątpienia słudzy Świętego Widziadła Łaszą. Nieboskłon wznosił się nad placem niczym błękitny klosz.

Panna westchnęła rozkosznie. Słoneczne promienie muskały jej policzki niczym ciepłe palce. Kot wskoczył na parapet I usiadł obok niej. Położyła dłoń na jego grzbiecie i w tym momencie odczuła jak silnie jest związana z tym placem, miastem, księgami, kotem i uniwersytetem… Uśmiechnęła się radośnie, po raz pierwszy od roku, który wypełniał ponury mrok.

Tłumy hałasowały, przemieszczały się, kręciły jak kolorowe warzywa w wielkim garncu. Wzrok dziewczyny przesuwał się powoli po kapeluszach, parasolkach, mundurach, bukietach, straganach, wypomadowanych fryzurach i umalowanych twarzach, koronkach, szmatach i ostrogach. Nagle całą uwagę skupił pewien dziwnie wyglądający osobnik.

Toria zmrużyła powieki. Ten człowiek co rusz ginął w tłumie, lecz nie przeszkodziło jej to zauważyć z daleka pewną niedorzeczność w jego zachowaniu. Zdawało się, że przemieszczał się nie po ludnym placu, ale przeskakiwał z kępki na kępkę po grząskim bagnie.

Zdumiona dziewczyna przyglądała mu się coraz uważniej. Osobnik poruszał się ostrożnie, jakby zgodnie z wyznaczoną wcześniej marszrutą. Kiedy dotarł do słupa latarni, wczepił się weń kurczowo zaciśniętymi palcami i stał tak jakiś czas z opuszczoną głową, niby odpoczywając. Potem zaś, decydując się na kolejny krok w swym niełatwym życiu, ruszył dalej powoli z widocznym wysiłkiem.

Przechodnie nie zwracali na niego szczególnie uwagi. On sam nie wyglądał na mieszczanina, wręcz przeciwnie, raczej na wiejskiego włóczęgę. Na widok uzbrojonego patrolu gwałtownie uskoczył w bok, niemal wywracając sprzedawcę pieczonych jabłek. Słysząc jego wrzaski, dziwny żebrak odskoczył w przeciwną stronę.

Jak bardzo owa droga przez mękę wydawałaby się skomplikowana, jej celem był w sposób oczywisty dla obserwującej go Torii uniwersytet. Nieznajomy zbliżał się doń powoli, lecz nieuchronnie. W końcu zdołała dostrzec jego twarz.

Jej serce zabiło mocno, potem na chwilę zamarło i znowu załomotało z całej mocy. Toria nie zdążyła jeszcze pojąć przyczyny owej reakcji, ale czuła, że ciepło słoneczne zniknęło, ją zaś owionął lodowaty powiew.

Rozpoznała twarz tego dziwnego człowieka. Przynajmniej tak się jej wydało w pierwszej chwili. Po chwili, przygryzając dolną wargę, stwierdziła w myśli: to On.

I zarazem nie on. Tamten nie miał szramy na policzku, a przede wszystkim jego oczy nie błyszczałyby taką zgryzotą i smutkiem. To nie mógł być On, taki brudny, obszarpany i wycieńczony. A jednak, chociaż znikły oznaki szlachectwa i bogactwa, widać wciąż było ślady niegdysiejszej urody. Toria skrzywiła usta z odrazą. Jest przystojny jak Tamten…

Włóczęga podszedł całkiem blisko. Wiosenny wiatr rozwiewał jego splątane, jasne włosy. Stał nieruchomo przed gmachem uniwersytetu, jakby nie mając odwagi przekroczyć progu.

To nie on, powiedziała do siebie. Na pewno nie, powtarzała rozumnie, chociaż przeczyło temu ciągle mocno bijące serce. Zapadnięta, udręczona twarz ze straszną szramą na policzku, niepewność ruchów, brudne łachmany…