Выбрать главу

Toria wychyliła się, uważnie przyglądając nieznajomemu, jakby chciała go przeniknąć na wskroś. Tamten wyczuł owo spojrzenie i uniósł głowę.

Pod oknem stał Egert Soll. Toria zrozumiała to w mgnieniu oka. Wczepiła się palcami dłoni w parapet, drapiąc go paznokciami i nie odczuwając bólu. Stojący pod oknem zrobił się trupio blady pod warstwą kurzu i opalenizny.

Zdawało się, że ujrzał najstraszniejszy widok w swym życiu. Zareagował, jakby zamiast panny w otwartym oknie zobaczył ognistą przepaść, z której wysunęła się paszcza pramatki wszystkich piekielnych bestii. Chwilę stał jak wryty, potem odwrócił się i rzucił do ucieczki, wywołując spłoszone okrzyki potrącanych kwiaciarek. Jeszcze moment i już go nie było na widoku. Zniknął w barwnym kręgu…

Dziewczyna długo stała w oknie, ssąc bezmyślnie skaleczony palec. Potem zaś, zapominając całkiem o wózku zawalonym książkami, opuściła bibliotekę.

Egert wszedł do miasta o świcie, kiedy tylko otwarto bramę. Liczne ochronne rytuały, jakie wcześniej wymyślił, pomagały mu poradzić sobie ze strachem. Trzymając mocno guzik koszuli, poruszał się zgodnie z zamierzonym planem od jednego kamienia milowego do drugiego, od latarni do latarni. Droga przez to się wydłużała, ale za to w duchu upewniał się, że zdoła tym sposobem uniknąć różnych niebezpieczeństw.

Jego wspaniały Kawarren okazał się w porównaniu z tym miastem maleńką, prowincjonalną mieściną. Zrozumiał to, błądząc zatłoczonymi ulicami, pełnymi przechodniów i powozów. Ten natłok wrażeń wywołał zamęt w głowie człowieka, który spędził dłuższy czas w odosobnieniu. Co rusz musiał opierać się o ścianę lub jakiś słup, aby odetchnąć, przymknąwszy zaczerwienione oczy.

Pustelnik zaopatrzył go na drogę w węzełek z serem i plackami. Droga do miasta okazała się długa, wypełniona trwogą. Placuszki skończyły się przedwczoraj, mężczyznę, więc mdliło z głodu.

Celem tej drogi przez mękę był uniwersytet. Soll dowiedział się, że może tam znaleźć prawdziwie wielkiego maga. Niestety, nie zdołał dowiedzieć się, jak się ów nazywa. Przypadkowi przechodnie, których odważył się zagadnąć, odsyłali go wszyscy na główny plac. Tam właśnie znajduje się uniwersytet i wiele innych ciekawych rzeczy, które mogą być ciekawe dla obcego… Ściskając guzik i wędrując od rogu do rogu ulicy, szedł więc dalej.

Wielki plac przypominał wrzący kocioł. Ze wszystkich sił starając się zapanować nad zawrotami głowy, mężczyzna przebijał się przez gęsty tłum. Przed oczami jawiły mu się tylko oderwane detale: grube wargi, zapaćkane sosem; zgubiona podkowa; wybałuszone końskie oko; zeschła kępa trawy w szczelinie między brukowcami. W końcu nieomal wpadł na okrągły, czarny słup. Kiedy uniósł głowę, stwierdził z lękiem, że stoi pod miniaturową szubienicą, a szklane oczy szmacianego wisielca martwo nań spoglądają.

Odskoczył, niemal potrącając osobnika w szarej opończy. Tamten obejrzał się ze zdziwieniem, jednak skryta pod kapturem twarz pozostała niewidoczna. Egert szedł dalej wśród tłumu. Tym razem wszedł prawie w drogę zbrojnemu patrolowi w czerwono-białych uniformach. Ci poważni, groźni osobnicy wyglądali tak, jakby tylko czyhali na takiego włóczęgę jak on. Przed oczyma Solla natychmiast objawiły się wizje aresztu, chłosty, długiej katorgi, uskoczył zatem w bok.

Grupka zakapturzonych mężczyzn stała w pobliżu, o czymś żywo rozprawiając. Egert zauważył, że ludzie obchodzili ich dookoła, na podobieństwo rwącej rzeki, opływającej skalistą wysepkę. Twarze tamtych również skrywały kaptury, co nadawało owym osobnikom prawdziwie złowieszczy wygląd. Mężczyzna wystraszył się ich bardziej niż strażników, ominął zatem grupę szerokim łukiem.

Nareszcie stanął przed gmachem uniwersytetu. Wstrzymał na chwilę oddech. Przed wejściem do świątyni nauki zastygły nieruchomo żelazna żmija i drewniana małpa. Nie wiedział, że symbolizowały one mądrość i pęd ku wiedzy.

Należało po prostu wejść po schodkach i nacisnąć miedzianą, wypolerowaną dotykiem licznych dłoni klamkę. Stal jednak dalej, nie będąc w stanie zrobić jednego kroku. Budynek przytłaczał go swym ogromem. Za tymi drzwiami kryła się tajemnica, tam właśnie znajdował się „wielki czarownik”, który wiedział, co przyniesie przyszłość nieszczęsnemu włóczędze… Przez głowę przemknęło zasłyszane gdzieś zdanie, że wszystkich studentów trzebiono dla dobra nauki. Osłabionemu wydało się, że żmija spogląda nań z pogardliwą nienawiścią, małpa zaś szczerzy się ironicznie.

Zlany potem, przestępował z nogi na nogę, gdy nagle nowe, trwożne przeczucie kazało mu podnieść wzrok.

Stojąca w otwartym na oścież oknie młoda kobieta spoglądała na Solla uważnie i przenikliwie.

Przepychał się między ludźmi, zbierając przekleństwa i szturchańce. Uciekał z placu jak najdalej, dalej od uniwersytetu i szeroko otwartego okna, gdzie ciągle bielało widmowe oblicze Torii, narzeczonej zabitego studenta. Byle dalej! Co za nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Nie powinien był odwiedzać tego miasta. Powinien teraz jak najszybciej je opuścić, wydostać się z sieci wąskich, przepełnionych uliczek…

Jednak atmosfera owego grodu, przepełniona sytą obojętnością i leniwym, odświętnym zadowoleniem, zawładnęła nim, niczym kimś przeznaczonym na ofiarę. Egertowi wydało się, że miasto przypomina monstrualny żołądek i zaczyna trawić go powoli lecz nieubłaganie, aby całkiem go unicestwić.

– Hej, odsuń się, włóczęgo!

Zaturkotały wielkie koła na kamiennej jezdni. W aksamitnym półcieniu karety przesunęło się nad Egertem czyjeś dumne lico. Spuścił oczy, dostrzegając w świeżej koleinie rozjechanego na miazgę insekta.

– Z drogi, włóczęgo!

Mieszczki wołały z okien, co pewien czas wylewając potok pomyj, a wówczas nawoływania zamieniały się w pyskówki.

Przekupnie nawoływali:

– Grzebyki kościane i szylkretowe! Cudowny preparat na porost włosów na głowie. Usuniesz nim także zbędne owłosienie spod pachy!

– Cyrulik! Bańki, pijawki, krwi upuszczanie! Golenie bród!

Banda uliczników zaczepiała i drażniła odzianego jak spod igły paniczyka. Pod ścianami kulili się żebracy. Wiatr szarpał strzępkami ich łachmanów, a wyciągnięte nieruchomo ręce zdawały się ogołoconymi, uschłymi gałązkami. Wodzili błagalnym wzrokiem za przechodniami, wydając jęki niemal nieruchomymi, zwiędłymi wargami:

– Daj, panie, daj…

Szybko do bramy. Egert skręcił w znajomy, jak mu się zdawało, zaułek, lecz ulica okazała się fałszywym tropem, gdyż wywiodła go na obudowany kamieniem kanał. Zielonkawa woda wionęła zgnilizną. Nad kanałem przerzucony był długi, szeroki most. Mężczyzna w ogóle nie przypominał sobie tego miejsca, więc najwyraźniej zabłądził.

Postanowił zapytać kogoś o drogę. Pierwsza osoba, jaką się odważył zagadnąć, stateczna mieszczka w wykrochmalonym czepeczku, życzliwie i drobiazgowo wyjaśniła mu, jak dojść do głównej bramy. Idąc za jej wskazówkami, minął parę uliczek, ostrożnie przeszedł przez zatłoczone skrzyżowanie, skręcił, gdzie mu doradzono i nieoczekiwanie wyszedł znów na ten sam most nad kanałem. Na zatęchłej wodzie podskakiwały wodomierze.

Przeklinając niewiastę w czepku, Egert znów zebrał się na odwagę i zapytał o drogę wątłą dzieweczkę w ubogim stroju służącej. Jej stłumione radosne westchnienie uświadomiło szybko Sollowi, że w jej oczach nie jest nędznym oberwańcem, lecz ewentualnym, całkiem atrakcyjnym konkurentem do ręki. Nie przyniosło mu to satysfakcji, raczej sprawiło przykrość. Dziewczyna dość szczegółowo wyjaśniła mu, jak dotrzeć do bramy, przy czym jej objaśnienia stanowiły kompletne przeciwieństwo tych, jakich wcześniej udzieliła niewiasta w czepku.