Pospiesznie dziękując nieco rozczarowanej służącej, Egert znów ruszył w drogę. Rozglądając się niespokojnie, mijał kamienne ławy, aptekę z żywymi pijawkami w słojach i ziółkami w puzdrach, sklep z galanterią, gdzie na witrynie błyszczały guziki srebrne, kościane, perłowe. Ciemny zaułek z pustymi ścianami okazał się jaskinią rozkoszy. Co pewien czas wychylała się ku mężczyźnie z półmroku słodka twarzyczka, lecz znikała zaraz, gdy bezbłędnie rozpoznawała nędzarza, nie zaś potencjalnego klienta. Jedwabne podwiązki, poprawiane na pończoszkach, trzaskały zachęcająco i odstręczająco zarazem.
Zaułkiem tym wyszedł na okrągły placyk z niewielkim pomnikiem pośrodku. Głowę figury skrywał kamienny kaptur. Przypomniawszy sobie przerażających go ludzi w podobnych strojach, nie od razu zdecydował się podejść bliżej i przeczytać napis wykuty na cokole: „Święte Widziadło Łaszą”.
Od dziecka słyszał o tym Świętym Widziadle, lecz wyobrażał je sobie trochę inaczej, chyba wspanialej. Nie w głowie mu było teraz się nad tym zastanawiać. Nabrał powietrza w płuca i znowu zapytał o drogę, tym razem niewysokiego sprzedawcę lemoniady. Młodzieniec twierdził, że do bramy były już tylko dwa kroki. Uradowany Egert ruszył szeroką, niezbyt tłoczną ulicą. Minął dom kręgarza, z przytwierdzoną nad drzwiami sporej wielkości drewnianą kulą, dom końskiego weterynarza z trzema ogonami w szyldzie, piekarnię i całkiem wykończony, po raz kolejny znalazł się przy tym samym moście nad cuchnącym kanałem.
Zdawało się, że jakaś niewidzialna moc nie chciała wypuścić go z zaklętego kręgu. Załamany, wsparł się o kamienną balustradę. Gdzieś wysoko nad jego głową okiennica uderzyła o ścianę i ktoś otworzył okno. Egert spojrzał do góry.
Z małego okienka wychylała się dziewczyna. Sollowi pociemniało w oczach. Blade policzki, jakby wyciosane z marmuru, ciemne włosy, gwiazdozbiór pieprzyków na szyi… Cofnął się gwałtownie i w tym samym momencie zorientował się, że to nie Toria, że w rzeczywistości ujrzał niewiastę z licem krągłym I pomarszczonym, o włosach koloru zbutwiałej słomy…
Z trudem ruszył w drogę powrotną. Na skrzyżowaniu zapytał kolejno dwóch ludzi, którzy życzliwie i chętnie wskazali mu dwie kompletnie różne drogi.
Zaciskając zęby, ruszył przed siebie, polegając już tylko na wyczuciu i licząc na łut szczęścia. Minął kilka ulic i z niepokojem zauważył dwóch małych uliczników, idących w ślad za nim w bezpiecznej odległości.
Oglądał się na nich coraz częściej. Umorusane, lecz skupione liczka malców migały w tłumie coraz bliżej. Coraz bardziej spięty Egert odwrócił się kilkakrotnie w ich stronę. Chłopcy nie cofnęli się, zdawało się, że jest ich więcej. Spierzchnięte wargi rozciągały się w uśmieszkach. Teraz szła za nim cała rozradowana banda.
Przyspieszył kroku. Strach w nim narastał, zaciskając zimne kleszcze na krtani i sprawiając, że miał nogi jak z waty. Coraz bardziej czuł się kozłem ofiarnym, a owo poczucie zdawało się także udzielać jego prześladowcom, zachęcając ich do nagonki.
Rozpoczęła się obława.
Nawet się nie zdziwił, kiedy poczuł uderzenie kamienia na plecach, przeciwnie, zrobiło mu się lżej, że nie musi dłużej czekać na cios, który nastąpił… Potem nastąpiły kolejne.
– Ho, ho! – rozległy się uradowane okrzyki w ulicy. Przechodnie oglądali się z niechęcią i szli dalej, zajęci swoimi sprawami.
– Ho, ho, ho… Stary, daj nam niuch tabaki… Obejrzyj się, stary!
Egert prawie biegł. Resztki godności nie pozwalały mu zwyczajnie uciec.
– Stary, masz portki dziurawe! Zobacz!
Kilka małych kamyków wylądowało na jego udach, plecach i karku. Po chwili prześladowcy go dogonili i czyjaś silna dłoń złapała go za rękaw, aż trzasnęły szwy.
– Ej, ty! Mówi się do ciebie!
Mężczyzna zatrzymał się. Okrążyli go zwartym kręgiem chłopaków w różnym wieku od ośmiu do czternastu lat. Nie którzy mieli szczerby po wybitych zębach, niektórzy ocierali smarki rękawami, ale wszyscy błyskali wrogo oczami spod zmrużonych powiek. Zmieszanie ofiary najwidoczniej cieszyło ulicznych myśliwych, tym bardziej że najstarszy z nich ledwie dorastał Sollowi do piersi.
– Stary… Kup od nas bułeczkę… Daj pieniążek! Poczuł ukłucie czegoś ostrego i cienkiego na plecach, jakby szpilki lub igły. Szarpnął się, a wtedy banda zaniosła się gromkim śmiechem.
– Patrzcie, jak skacze!
Kolejne ukłucie. Ból sprawił, że w oczach Egerta pojawiły się łzy.
Dorosły, silny mężczyzna stał w kręgu słabszych odeń malców, upajających się w danej chwili poczuciem totalnej bezkarności. Nie wiadomo jakim sposobem wyczuli jego tchórzostwo, czyniące go idealnym materiałem na ofiarę, uosabiali zatem bezwiednie zasadę niepisanego prawa, że każda ofiara znajdzie swojego kata.
– Zatańcz jeszcze raz… Śmieszny dziad… Hej, dokąd to!
Kolejne ukłucie okazało się nie do zniesienia. Egert runął na oślep, zwalając jednego z nóg. W ślad za nim poleciały kamienie i nawoływania:
– Łapcie go! Łapcie!
Długonogi Soll biegł oczywiście szybciej niż najbystrzejszy z miejscowych malców, lecz ulica wiła się zdradliwie przed jego oczami, wiodła do ślepych zaułków albo zamkniętych bram. Ścigający rzucali mu się pod nogi, wyskakując z sobie tylko znanych przejść. Cały czas ciskali weń kamieniami, nawołując się wzajem. W pewnej chwili Egertowi wydało się, jakby brał udział w czyimś koszmarnym śnie. Bolesne uderzenie w kolano przekonało go jednak, że tak wygląda teraz jego realne życie.
Nareszcie umknął pogoni.
Przedzierał się przez jakieś chaszcze, spotkał też po drodze pomarszczoną, bezzębną staruszkę, zażywającą tabakę z wielkiej tabakiery, która wskazała mu zakrzywionym palcem labirynt ciasnych uliczek. Towarzyszyły mu teraz niezmierne zmęczenie, nieco przytępiony strach, wreszcie chwilowa radość na widok miejskiej bramy…
Którą właśnie zamykano.
Jej ciężkie skrzydła powoli się do siebie zbliżały, popychane przez poczerwieniałych z wysiłku wartowników. W zmniejszającej się przerwie znikały skrawek nieba i drogi.
Co się dzieje, pomyślał Egert.
Ostatkiem sił przebiegł placyk, lecz podwoje zawarły się już z łoskotem, brzęknęły wrzeciądze, zatrzasnęła ogromna kłódka.
Soll stał u żelaznej bramy, ozdobionej odpychającymi figurami smoków i innych gadów. Zdawało się, że ich ślepia spoglądają na niego z ponurą obojętnością. Dopiero teraz spostrzegł, że zapadał już zmierzch i zrozumiał, iż brama będzie zamknięta całą noc.
– Hej, ty! – Ostry okrzyk postawił go z nawyku na baczność. – Czego tu chcesz?
– Chciałbym… wyjść – wybełkotał z wysiłkiem.
– Czego?
– Wyjść… z miasta.
Tłustawy, raczej dobroduszny z wyglądu wartownik uśmiechnął się szeroko.
– Jutro, przyjacielu. Trochę się spóźniłeś… Zdarza się. Z drugiej strony, co za przyjemność wędrować nocą po lesie? To zła godzina. Zaczekaj, wędrowcze, aż wzejdzie słoneczko. O świcie bramę otworzymy.
Egert odszedł bez słowa. Było mu już wszystko jedno. Rankiem wrota się zaklinują albo nie wzejdzie słońce, albo stanie się coś jeszcze innego… Skoro nieznana, wroga siła, igrająca z nim cały dzień od chwili niespodziewanego spotkania z Toria, nie miała zamiaru wypuścić go z miasta, nie zdoła z niego wyjść i umrze tutaj żałosną śmiercią tchórza…
Placyk przed bramą opustoszał. Egert miał ochotę legnąć gdziekolwiek z zamkniętymi oczami i przestać myśleć.
Odszedł od bramy ledwie powłócząc nogami.
Z szerokiej bocznej ulicy wypadła szumna kawalkada kilku młodych jeźdźców na pysznych rumakach. Egert odruchowo ocenił wartość każdego wierzchowca i zauważył dobrą postawę jadących. Czekał aż przejadą. Nagle jeden z młodzieńców, siedzący na wielkim, karym koniu, oddzielił się od reszty i podjechał wprost na Egerta.