Выбрать главу

Trwało to sekundę i całą wieczność zarazem. Soll nie był w stanie się poruszyć.

Nogi miał jak wrośnięte w ziemię. Czuł się jak drzewo, czekające na zbliżającego się drwala. Koń biegł lekko i zgrabnie, jakby płynął w powietrzu, tylko ziemia pod jego kopytami trzęsła się coraz bardziej. Soll widział coraz bliżej wroni łeb ogiera i jego szalone ślepia, odrobinę spieniony pysk, szeroką i silną pierś, mogącą zgnieść człowieka w jednej chwili.

Uderzył go w nozdrza ostry odór, gdy rumak powoli stanął dęba.

Patrzył, jak tuż przed jego twarzą zawisły koński łeb i przednie kopyta, na których widział dokładnie wszystkie gwoździe w podkowach… Kopyta uniosły się wysoko nad jego głową i zobaczył okryty potem brzuch z kosmatą kitą na podbrzuszu… Podkowy tratowały niebo, gotowe w każdej chwili go zmiażdżyć.

Stracił na chwilę zmysły, mniej więcej na pięć sekund.

Stał jak poprzednio pośrodku placu. Tętent kopyt niknął w pobliskim zaułku, podobnie jak gromki śmiech. Po nodze Egerta ściekała powoli cienka strużka ciepłej cieczy.

Lepiej już było zginąć.

Zza pleców słyszał chichot strażników. Zdawało mu się, że boleśnie rozsadza jego czaszkę. Szacunek do siebie, resztki godności i woli Egerta Solla kurczyły się i niknęły w ogniu całkowitego poniżenia.

Niebo wirowało mu nad głową, ziemia kołysała się pod nogami, jakby znalazł się między ogromnymi żarnami, które miały go zetrzeć na proch.

– Egercie – szeptały doń wola i duma – to już koniec. Przypomnij sobie oślizgłe błoto na twarzy i tamtą dziewczynę w dyliżansie… Przypomnij sobie prawdziwego Solla i odpowiedz: dlaczego taki mężczyzna, jak ty, godzi się żyć dalej w takim bydlęcym stanie?! Doszedłeś na skraj przepaści. Jeszcze krok i całe twoje życie, wraz z dobrymi wspomnieniami o domu i rodzicach, zaprą się ciebie i wyklną na wieki. Dopóki pamiętasz jeszcze, jaki powinien być prawdziwy mężczyzna, powstrzymaj zżerającego cię od środka potwora!

Wartownicy dawno już o nim zapomnieli i nastała ciemna, bezksiężycowa noc, rozświetlona tylko nielicznymi latarniami. Pod jedną z nich czerniało szerokie koryto u studni, z którego przybywający do miasta poili zmęczone wierzchowce. Obecnie było przy nim pusto.

Egert podszedł bliżej. Kamienne ścianki przenikały dłonie chłodem i zachęcały by zajrzeć do wionącego wilgocią wnętrza. Gładka powierzchnia wody odbijała światło latarni, mroczne niebo i człowieczą sylwetkę, jakby wyciętą z zakopconej blachy.

Rozejrzał się pospiesznie. W pobliżu znalazł odłamek brukowca, chłodny i ciężki jak płyta nagrobna. Chciał go czymś uwiązać u swojej szyi, lecz nie miał sznura, a pasek się wciąż ześlizgiwał. Jęcząc i trzęsąc się ze strachu Soll w końcu rozchylił koszulę i wsunął głaz za pazuchę. Zimny dotyk kamienia na obnażonej piersi sprawił, że się wzdrygnął.

Podtrzymując go dwojgiem rąk, wszedł na drewnianą kładkę i stał jakiś czas, odpoczywając. Miasto spało, gdzieś tam w ciemności skrzypiały drewniane chorągiewki od wiatru, a z dali dobiegało nawoływanie nocnej straży: „Śpijcie dobrze, cni mieszczanie…”.

Śpij dobrze, powiedział sobie Egert. Przycisnął kamień do piersi jak ulubionego kotka i przełożył nogę przez ściankę studni. Siedział teraz okrakiem na cembrowinie. Jeszcze jeden wysiłek i druga noga, choć zdrętwiała i sztywna, zawisła nad wodą. Wspierał się teraz brzuchem o krawędź, podczas gdy nogi nie miały żadnego oparcia. Pozostało tylko odepchnąć się od murowanej cembrowiny dłońmi i kolanami. Ciało spadnie w dół, zanurzy się w wodzie, skryty za pa zucha kamień pociągnie na dno, a głębia zmyje z Egerta lęk i upokorzenie. Jeszcze tylko…

Mięśnie drżały konwulsyjnie. Starając się zdławić strach wszelkimi siłami, próbował rozprostować zsiniałe palce, wczepione kurczowo w krawędź. Gdyby tak ktoś ściął za jednym zamachem szabli te przeklęte dłonie… Egert nie miał jednak pomocnika, natomiast kamień za pazuchą utrudniał kąsanie rąk, które wtedy mogłyby się rozewrzeć. Jeszcze jeden wysiłek…

W końcu strach przed śmiercią całkowicie zerwał zaporę.

Soll wtopił się w ścianę całym ciałem, łokciami, stopami i kolanami. Nie do końca jeszcze sobą władając, podciągnął się ku górze, rozpaczliwie chwytając powietrze. Pragnął wyskoczyć ze skóry i uciekać, byle się tylko ratować… Zachłystując się ze strachu, przewalił się przez krawędź i upadł na ziemię. Kamień wytoczył się na jezdnię, a oszalały Soll odczołgał się na bok, drżąc i szlochając.

Wartownik wychylił się z budki strażniczej i schował się ponownie, nie dostrzegając niczego szczególnego. „Spijcie dobrze, cni mieszczanie…” – nawoływała straż.

Egert oparł się plecami o latarnię i zdołał w końcu zapanować nad sobą. Sprawiło to jednak, że uświadomił sobie do końca całą okropność swego położenia.

Przestał być panem samego siebie. Strach uczynił jego życie nieznośnym, a śmierć niemożliwą. Nie ucieknie przed tym. Przez całe życie, aż do śmierci, będzie bał się wszystkiego, godził na męki poniżenia, nienawidził siebie samego i gnił za życia, dopóki nie zwariuje…

– Nie! – krzyknęło coś w jego duszy. – Nie!!!

Przy koszuli nie było już ani jednego guzika. Egert chwycił ponownie kamień brukowy i rzucił się z nim do studni. Jednym skokiem był przy krawędzi…

Gdy jednak znów spojrzał na ciemną wodę, strach przed śmiercią złamał jego wolę, jak cienką gałązkę. Oprzytomniał leżąc na ziemi, mokry jak zgoniona mysz…

Płakał, gryząc palce. Wzywał niebiosa na świadka, lecz były mroczne i milczące, jak to zazwyczaj w nocy. Pragnął umrzeć i chciał zatrzymać serce samą myślą, lecz ono biło dalej, chociaż boleśnie nierówno.

Nagle poczuł czyjeś spojrzenie na sobie.

Było tak silne, że wyczuł je całym ciałem. Spiął się wewnętrznie, nie śmiejąc poruszyć się, lecz cudzy wzrok nie spopielił go, wbrew nadziei. Zdawało się, że spoczął na jego ramionach niczym ciężkie dłonie. Soll zacisnął zęby i podniósł powoli głowę.

W odległości kilku kroków stał w świetle latarni nieznajomy, siwowłosy mężczyzna. Twarz miał niemłodą, chociaż bez brody, pokrytą siecią zmarszczek. Zdawała się nieprzenikniona jak maska. Stał nieruchomo i przyglądał się Sollowi z trudno uchwytnym wyrazem oczu spod przymrużonych powiek.

Egert westchnął. Z jakiegoś powodu od razu zrozumiał, że obcy nie skrzywdzi go w żaden sposób, lecz zarazem odczuł tlący się na dnie duszy nieokreślony niepokój. Wolałby, żeby świadek jego hańby i rozpaczy przepadł czym prędzej w mroku. Odwrócił się, dając do zrozumienia, że nie życzy sobie niczyjego towarzystwa.

Minęła krótka chwila. Przenikliwe spojrzenie wciąż spoczywało na Egercie.

Soll cierpiał, jakby przypiekano go gorącym żelazem. W końcu nie wytrzymał i zaczął:

– Ja…

Zaciął się zaraz, nie znajdując słów. Nieznajomy wciąż patrzył, lecz nie zamierzał przyjść mu z pomocą.

– Pan… – zaczął znowu Egert, tknięty nagle jedną myślą. – Pan – podjął trochę pewniej – mógłby mi jakoś pomóc?

Tamten zamrugał oczami.

– Pomóc? – odpowiedział uprzejmym pytaniem.

Soll podniósł się z trudem i podszedł do studni, znowu biorąc do rąk ciężki kamień.

– Tylko trochę popchnąć… do wody.

Nocny przechodzień milczał.

– To się zdarza, prawda? – dorzucił pospiesznie Egert. – Bardzo tego chcę… Proszę mi pomóc.

Tamten przesunął spojrzeniem po kamieniu, potem przeniósł je na twarz Egerta, później na studnię, wreszcie znowu na młodego mężczyznę.