Выбрать главу

– Bardzo chcę – podjął błagalnie Egert. – To konieczne… Muszę… Sam nie jestem wstanie. Proszę…

– Obawiam się, że nie mogę panu pomóc – odrzekł powoli nieznajomy.

W duszy Solla zgasła świeżo zbudzona nadzieja.

– Więc – powiedział cicho – proszę stąd odejść. Będę musiał znowu spróbować sam.

Nieznajomy pokręcił przecząco głową.

– Nie sądzę, aby się to panu udało, Egercie.

Soll upuścił kamień. Przełknął z trudem gęstą ślinę, spoglądając na obcego ze strachem.

– Pan Egert Soll, jak sądzę? – zapytał tamten, jak gdyby nigdy nic.

Egert mógłby przysiąc, że nigdy wcześniej nie spotkał tego człowieka. Obcy uśmiechnął się, jakby czytając w jego myślach.

– Nazywam się Łujan i jestem dziekanem tutejszego uniwersytetu.

Soll milczał. Przed oczami mignęły mu przez moment wielki gmach i dziewczyna w szeroko otwartym oknie. Dziekan tymczasem podszedł do studni i niefrasobliwie przysiadł na krawędzi cembrowiny.

– No cóż, porozmawiajmy, Egercie…

– Skąd pan mnie zna? – wykrztusił Soll.

Białe zęby dziekana błysnęły w świetle latarni. Uśmiechnął się i potrząsnął głową, jakby zdumiony naiwnością pytania.

– Jest pan czarownikiem?! – spytał młodzieniec, w przebłysku nagłej iluminacji.

– Jestem magiem – skorygował dziekan. – Magiem i wykładowcą. A ty kim jesteś, Egercie Sollu?

Egert wpatrywał się z natężeniem w spokojne, nieprzeniknione oblicze. Przybył do tego miasta spotkać się z magiem, miał nadzieję na owo spotkanie i obawiał się go zarazem, lecz pojawienie się Torii wszystko poplątało. Stracił już wszelką nadzieję i oto nagle stał przed tym siwym mężczyzną w czarnej szacie dziwnego kroju, przypadkowym lub może nieprzypadkowym obserwatorem jego żałosnych prób samobójczych. Język odmówił mu posłuszeństwa, a rozum nie znalazł odpowiedzi na proste pytanie uczonego.

Dziekan westchnął.

– No cóż, Egercie. Wiem mniej więcej, kim byłeś dawniej. A teraz?

– Teraz… – zająknął się i zaczął znowu – teraz chcę umrzeć.

Dziekan znów się uśmiechnął, tym razem nieco pogardliwie, jak się wydało Sollowi.

– Nic z tego nie będzie, Sollu. Człowiek, który naznaczył cię ową szramą, nie pozostawił ci wyboru.

Dłoń Egerta drgnęła, końce palców musnęły znamię na policzku. Dziekan uniósł się lekko. Nie ustępował wiele wzrostem wysokiemu rozmówcy.

– Wiesz, jaka to szrama, Egercie?

Zbliżył się doń tak bardzo, że młodzieniec się cofnął. Dziekan skrzywił się z irytacją.

– Nie bój się…

Ujął ostrożnie twardymi palcami podbródek Egerta i obrócił ku światłu okaleczony policzek. Przyglądał się mu dłuższą chwilę, potem puścił podbródek, westchnął zatroskany i znowu przysiadł na krawędzi studziennej cembrowiny.

Egert stał niczym żywy posąg. Jego rozmówca potarł skroń w skupieniu.

– Spoczywa na tobie klątwa – oświadczył w końcu, patrząc gdzieś w bok. – Potężna i straszna. Szrama jest jej znakiem, symbolem. Tylko jeden człowiek mógł pozostawić ci taką pamiątkę, lecz o ile wiem, nader rzadko wtrąca się on w cudze sprawy… Czym mu tak bardzo się naraziłeś?

– Komu? – szepnął Soll, nie rozumiejąc nawet w połowie słów dziekana.

Tamten znowu westchnął, zmęczony, ale cierpliwy.

– Dobrze pamiętasz wygląd tego, który cię zranił?

Egert stał, patrząc w ziemię. Drgnął potem i uniósł głowę.

– Klątwa?

Dziekan skrzywił się samym kącikiem warg.

– Nie domyślałeś się tego?

Soll przypomniał sobie w tej chwili starego pustelnika i wiejską wiedźmę, która wpadła w panikę, zbadawszy jego bliznę.

– Tak… – zaszeptał, znowu spuszczając oczy.

Latarnia zamigotała, tknięta porywem wiatru.

– Tak – powtórzył Egert. – Wydawał się starcem, ale walczył jak… Teraz wszystko jasne. Był czarodziejem? To znaczy… magiem, jak pan?

– Czym się mu naraziłeś, Sollu? – zapytał ponownie dziekan, marszcząc brwi.

Egert poruszał bezdźwięcznie wargami. Przed oczyma wciąż mu się przesuwała scena ostatniego pojedynku z lokatorem „Wspaniałego Miecza”.

– Niczym – odrzekł w końcu. – Nie chciałem pojedynku. To on…

Uczony pochylił się w jego stronę.

– Musisz zrozumieć, że ten człowiek nie zajmuje się głupstwami. Musiałeś zrobić coś, co jego zdaniem zasługiwało na srogą karę. Pytam więc: co to było?

Soll milczał. W głowie miał mętlik wspomnień, przepływających chaotycznie, ogłuszających go brzękiem stali, śmiechem Karwera, wrzaskiem gawiedzi, cienkim głosikiem Torii: „Dinarze?!”…

Siwy nieznajomy był przy tym. A odchodząc, rzucił mu przeciągłe spojrzenie…

Potem była tawerna przy bramie. Co rzekł wtedy ten dziwny człowiek? Czoło Solla pokryło się potem, gdyż słowa te wryły mu się w pamięć, jakby zostały wypowiedziane przed chwilą: „Piję zdrowie porucznika Solla, bohatera podszytego tchórzem!” Bohatera podszytego tchórzem…

– Kim on jest? – zapytał głucho.

Dziekan nie odpowiedział. Egert podniósł głowę i zrozumiał, że tamten oczekuje odpowiedzi na dwukrotnie zadane pytanie.

– Zabiłem człowieka w pojedynku – przyznał Egert, ciągle tym samym tonem. – Wszystko odbyło się zgodnie z regułami.

– To wszystko? – spytał oschle uczony.

Soll skrzywił się boleśnie.

– To był głupi przypadek… Tamten chłopak nawet nie miał szpady… Nie chciałem go zabić… ale tak wyszło.

Spojrzał z rozpaczą w oczy uczonego i zobaczył, jak bledną odblaski latarni na jego surowym obliczu. Czarne niebo szarzało powoli, a w rzednącej ciemności pojawiały się kontury domostw.

– Zapłaciłeś – rzekł dziekan wciąż bardzo chłodno – za bezzasadne okrucieństwo. Ten, który rzucił klątwę, obdarzył cię wiecznym tchórzostwem. Być może nawet nie myślał o karze, tylko chciał ciebie unieszkodliwić. Uchronić tych, którzy wejdą ci w drogę… Tych, którzy zazwyczaj nie noszą szpady…

Nad miastem świtało. Dziekan wstał z pewnym wysiłkiem, jakby historia Egerta go wyczerpała.

– Panie dziekanie! – zawołał Soll, przerażony, że uczony zaraz go zostawi. – Jest pan przecież wielkim magiem. Tyle już przeszedłem… Szukałem… Szukałem u pana pomocy. Błagam, niech mi pan powie, co trzeba zrobić. Przysięgam, zrobię wszystko, tylko proszę zdjąć ze mnie tę… tę szramę.

Latarnia zgasła. Z budki wytoczył się zaspany wartownik i spojrzał ze zdziwieniem na włóczęgę rozmawiającego pośrodku placu z dobrze ubranym jegomościem. Gdzieś tam otwierały się z trzaskiem okiennice, nawoływała mleczarka. Plac ożywiał się powoli, zapełniał różnorodnym tłumkiem, czekającym na otwarcie bramy.

Dziekan pokręcił ze smutkiem głową.

– Nie zrozumiałeś mnie, Egercie… Nie zrozumiałeś, z kim wtedy zetknął cię los. Klątwę, rzuconą przez Tułacza, może zdjąć tylko Tułacz.

Wrzeciądze opadły z bramy. Tłumek stojący pod nią ożywił się. Stalowy łańcuch zagrzechotał w obejmach. Nowi strażnicy, którzy właśnie przybyli, zaczęli rozwierać ciężkie skrzydła.

– I co mam teraz zrobić? – zapytał szeptem Egert. – Szukać tego… Tułacza? Kim on jest? I gdzie mogę go znaleźć?

Szczyty dachów zabłysły w słońcu, kiedy promienie zaigrały na blaszanych i miedzianych dachówkach.

– Nikt nie wie tak naprawdę, kim jest – odparł dziekan z wyrozumiałym uśmieszkiem. – A co do poszukiwania… Skąd ta pewność, że zechce z tobą rozmawiać?

Egert potrząsnął głową.

– No, jak to… On ze mną tak postąpił… Zrobił mi to… I nie będzie chciał ze mną gadać?!