Trząsł się jak w napadzie furii.
– Za jakiegoś studenta… Tak, zabiłem! Ale to był pojedynek… Z Tułaczem również! Lepiej, żeby mnie zabił! Stałem przed nim bezbronny… Śmierć za śmierć. To jednak, co mi zrobił, jest gorsze od śmierci. Zazdroszczę tamtemu studentowi! Umarł godnie, z bronią w ręku… I był… kochany…
Zaciął się w tym momencie. Wydało mu się, że dostrzegł jakiś cień, który zjawił się na chwilę na twarzy rozmówcy. Na dnie zmrużonych oczu zapłonęły chłodne ogniki. Ich spojrzenie zgasiło cały zapał Egerta.
– Powinienem znaleźć tego… Tułacza – powtórzył głucho. – Odchodzę. Znajdę go albo gdzieś zdechnę pod płotem.
W ostatnich słowach zadźwięczała odrobina nadziei. Dziekan jednak pokręcił głową z powątpiewaniem.
– Wszystko może się jeszcze zdarzyć, rzekła rybka do patelni…
Po czym odwrócił się i odszedł. Egert patrzył za nim bezradnie.
Przy bramie zagrano na trąbie, oznajmiając nowy dzień. Miasto dawało sygnał mieszkańcom i przybyszom, że najwyższy czas zająć się swoimi rozlicznymi sprawami.
Odchodzący dziekan zatrzymał się nagle. Obejrzał przez ramię, potarł czoło, jakby się nad czymś zastanawiając. Uśmiechnął się w końcu niepewnie. Egert przyglądał się mu szeroko rozwartymi oczami.
Uczony zawrócił, idąc powoli, nadal zamyślony.
– W zasadzie wcale nie trzeba szukać Tułacza – wycedził, pokasłując z zakłopotaniem. – Odwiedza nasze miasto co roku w wigilię Dnia Wszelkiej Radości.
Egert zamarł na chwilę. Oblizał wyschnięte wargi i spytał szeptem:
– I spotkam go tutaj?
– Niekoniecznie – odparł z uśmiechem dziekan – ale to całkiem możliwe.
Egert usłyszał łomot własnego serca.
– Dzień Wszelkiej… Radości? Kiedy?
– Jesienią.
Poczuł jak jego serce zamarło.
– Tak długo czekać – szepnął niemal z płaczem. – Tak długo…
Dziekan ponownie potarł czoło w zadumie, potem uśmiechnął się kącikiem ust i ujął Egerta za ramię, jakby podejmując decyzję.
– Wiesz co, Egercie… Załatwię ci status wolnego słuchacza na uniwersytecie, lecz otrzymasz wikt i opierunek jak pełnoprawny student. Do ewentualnego spotkania z twoim przyjacielem Tułaczem pozostało pół roku. Dobrze byłoby wzbogacić tymczasem swą wiedzę, żeby zechciał w końcu z tobą rozmawiać. Niczego nie obiecuję, ale chcę ci pomóc, rozumiesz?
Egert milczał. Propozycja dziekana bardzo go zaskoczyła. Przez głowę przemknął mu widok kobiety w otwartym oknie.
– A przede wszystkim – dodał dziekan, widząc jego rozterkę – w uniwersytecie będziesz całkowicie bezpieczny. Rozumiesz?
W otwartą bramę wjeżdżały sznurem furmanki. Powożący chłopi z okolicznych wiosek rozglądali się, oganiając od natrętnych malców, których oczy i lepkie dłonie chciwie szukały zdobyczy leżącej na wozach. Egert spochmurniał, przypomniawszy sobie wczorajszy incydent.
– Nad czym się tak długo zastanawiasz? – spytał łaskawie dziekan.
– Tak? – odparł Egert, wzdrygając się. – Przecież powiedziałem, że… że się zgadzam.
Rozdział 5
Dwa łóżka z wysokim, drewnianym oparciem i stary stolik pod wąskim okienkiem, to wszystko, co mogła pomieścić nędzna klitka z niskim, spadzistym sufitem. Okno wychodziło na wewnętrzny dziedziniec uniwersytetu. W tej chwili było tam pusto, tylko niestrudzona staruszka, sprzątająca dwa razy w tygodniu, przemierzała go w różne strony ze szmatą lub miotłą.
Egert zeskoczył z parapetu i wrócił na swoje łóżko. Miał obecnie mnóstwo czasu, by rozmyślać, leżąc na wznak i wpatrując się w szare zacieki na suficie.
Miną wiosna i lato, potem nadejdzie jesień. Egert odginał palce, odliczając kolejne miesiące. Przyjdzie Dzień Wszelkiej Radości, a wówczas do miasta przybędzie człowiek o przenikliwych oczach i bezrzęsych powiekach, z drgającymi nozdrzami i niebezpieczną szpadą w pochwie. Człowiek dysponujący niewidzialną, a przez to jeszcze bardziej groźną mocą…
Soll westchnął i obrócił się twarzą do ściany. Po ciemnym kamieniu wędrował niewielki pajączek, unosząc wysoko cienkie, wygięte w stawach nogi.
Brać studencka była bardzo różnorodna. W bursie mieszkali i stołowali się najbiedniejsi. Zamożniejsi młodzieńcy, których także było niemało, wynajmowali stancje na mieście. Egert unikał jednych i drugich. Po kilku dniach pobytu w uniwersytecie, napisał do Kawarrenu, do ojca. Nie wdając się w szczegóły, oznajmił tylko w liście, że jest cały i zdrów oraz prosi o przysłanie pieniędzy.
Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewał, najwidoczniej poczta działała sprawnie. Nie otrzymał z domu ani jednego słowa współczucia, czy pocieszenia na skrawku papieru. Mógł za to zapłacić za stołówkę i pokój, kupić nowe ubranie i naprawić zniszczone buty. Pozycja wolnego słuchacza nie dawała mu prawa noszenia chlubnej ozdoby studentów: trójgraniastego kapelusza ze srebrnym frędzlem.
Owe drobiazgi wcale nie zajmowały jego myśli, kiedy błądził wzrokiem po skośnym suńcie ciasnego pokoiku. Oczyma duszy spoglądał na dom z herbem nad bramą. Konny posłaniec przywozi list… Ojciec otwiera wymiętą kopertę drżącymi dłońmi… Na progu czeka matka, wyczerpana, posiwiała, z szalem zsuwającym się z pleców…
A może wcale tak nie było. Może ojcu wcale nie drżały ręce, gdy pod łąkową pieczęcią ujrzał imię syna. Może tylko uniósł brew i zaciskając zęby, rozkazał służącemu wysłać pieniądze temu nieudacznikowi, plamiącemu honor rodziny…
Drzwi do pokoju otworzyły się. Soll drgnął, odwrócił się i usiadł na łóżku.
Współlokator Egerta, syn aptekarza z przedmieścia, uśmiechał się wesoło.
Nazywał się Kajetan, lecz w całym uniwersytecie i niemal całym mieście zwano go Lisem, najpierw za plecami, później w oczy. Cztery lata młodszy od kolegi, wyglądał jak chłopaczek z powodu niskiego wzrostu, wąskich ramion i dziecięco gładkiej, pyzatej fizjonomii. Chwacko zadarty nosek pokrywały niezliczone piegi, a małe piwne oczka umiały w jednej chwili zmienić częsty złośliwy wyraz w rozbrajająco naiwny.
Lis był jedynym człowiekiem w uniwersytecie, z którym Egert zdołał zamienić parę słów, nie licząc oczywiście dziekana Łujana. Pierwszego dnia, pokonując nieśmiałość, zapytał kolegę, czy widział tutaj panienkę o ciemnych włosach. Niełatwo mu to przyszło, ale nie mógł dłużej znieść niepewności. W pierwszej chwili obawiał się, że Lis wybuchnie śmiechem i odpowie, że na porządną uczelnię dziewcząt się nie dopuszcza. Istotnie się roześmiał.
– Coś ty, brachu! Za wysokie dla nas progi!… Na imię ma Toria i jest córką dziekana. Ładna, prawda?
Lis gadał dalej, Egert zaś słyszał jedynie łomot własnej krwi w skroniach. W pierwszym odruchu chciał uciekać stąd, dokąd oczy poniosą, opanował się jednak ogromnym wysiłkiem woli. Przypomniał sobie rozmowę u studni…
Dziekan stał mu się ojcem. Co za los!
Spędził bezsenną noc z powodu tego odkrycia, chociaż po raz pierwszy od dawna leżał w czystej pościeli. Głowę przykrył kołdrą, aby odizolować się od przepełnionej groźnymi szelestami ciemności, tarł zaczerwienione oczy i myślał gorączkowo: a może to wszystko jest tylko czarodziejską sztuczką? Miasto, uniwersytet, dziekan – to nie może być dziełem przypadku. Zwabili go w pułapkę i zamknęli w niej, by się zemścić…
Następnego dnia spotkał w wąskim korytarzyku dziekana. Zapytał o coś nieistotnego. Czując na sobie spokojne spojrzenie tamtego, zrozumiał, że jeśli naprawdę znalazł się w pułapce, jest zbyt słaby, aby się z niej uwolnić.
Przyglądano mu się z ciekawością. Musiał odpowiadać na wiele pytań, powtarzać swe imię niezliczoną liczbę razy, wzdrygając się z powodu nieoczekiwanych dotknięć. Bardzo pomagały mu rytuały ochronne, obawiał się jednak przy tym, że zostaną zauważone i stanie się pośmiewiskiem.