Studencka brać prędko doszła do wniosku, że Egert jest wyjątkowo zamkniętym w sobie osobnikiem i lepiej zostawić go w spokoju. Soll wielce był zadowolony z takiego obrotu rzeczy i nawet chodzenie na wykłady stało się dlań trochę mniej uciążliwe.
Studenci dzielili się na cztery kategorie w zależności od przebytych lat nauki. Pierwszoroczniaków zwano „dopytywaczami”, dlatego że w ciągu pierwszego roku objawiali więcej dobrych chęci niż wiedzy. Tych z drugiego roku zwano „rozumiejącymi”, trzeciego – „starającymi”, gdyż mogli pretendować już do pewnej uczoności. Najstarsi zwali się „wtajemniczonymi”, chociaż Lis twierdził, że tylko nieliczni adepci wiedzy mogli dostąpić owego zaszczytnego miana. Sporo z nich wykładało się podczas letniej sesji i wracało do domu niedoszłymi magistrami.
Kajetan był na drugim roku, był zatem „rozumiejącym”. Egertowi wydawało się, że przede wszystkim rozumiał zalety nocnych eskapad i wesołych zabaw. Studenci z różnych lat chętnie się ze sobą przyjaźnili i trzymali razem. Grupa co pewien czas chodziła na swoje zajęcia, lecz kiedy wszyscy spotykali się w Wielkiej Auli, każdy starał się zaczerpnąć jak najwięcej wiedzy od wykładowcy na właściwym dla siebie poziomie. Podobnie ze wspólnej miski, stojącej na chłopskim stole, dziadunio wyławia warzywa, dzieciak kaszkę, a pan domu kawałek mięsa.
Za każdym razem, gdy przekraczał próg sali wykładowej, Egert zaciskał szczęki i splatał palce w kieszeni, by zapanować nad strachem. Ogromne wnętrze wydawało mu się złowrogie. Z rzeźbionego sufitu spoglądały nań płaskie, kamienne twarze, a w ich białych oczach czytał ironię pomieszaną z groźbą. Kryjąc się w kącie, przekonał się, że ławka była bardzo niewygodna, drętwiały w niej plecy i kolana. Patrzył tępo na wysoką, rzeźbioną katedrę, tracąc wątek wykładu w ciągu kilku minut.
Pan rektor przemawiał skrzypiącym głosem, lecz dość sugestywnie o rzeczach tak trudnych i skomplikowanych, że Egert szybko zrezygnował z prób zrozumienia. Poddawszy się, wiercił się w ławce, wsłuchując się w stłumione szepty i śmieszki studentów, wpatrzony w taniec drobinek kurzu w smudze słonecznej, potem obserwował linie we wnętrzu swej dłoni i wzdychał, czekając na koniec wykładu. Niekiedy, sam nie wiedząc dlaczego, unosił oczy ku niewielkiemu, okrągłemu okienku pod sufitem, wychodzącemu chyba na bibliotekę.
Potężnej postury, obdarzony donośnym głosem wykładowca, wyglądał bardziej na rzeźnika niż uczonego. Z jego przemowy Egert wyławiał jedynie oddzielne słowa: „nawiasem mówiąc”, „jak widać”, „czego należało oczekiwać…”. Czasem profesor zajmował się całkiem osobliwymi sprawami. Mieszał jakieś ciecze w szklanych kolbach, podkręcał płomień palnika, zachowując się niczym jarmarczny kuglarz. Innym razem kroił żywcem żaby. Egert, który dawno już postradał męstwo, zakrywał dłońmi oczy i mruczał coś, przygarbiony.
Studenci słuchali wykładowcy z mniejszym lub większym zainteresowaniem, przycichając lub wiercąc się i szepcząc dla odmiany. Wśród studenterii trafiały się także gapy i bałwany, jednak zdaje się, nawet najgorszy z nich rozumiał z wykładu więcej od Egerta.
Najciekawsze były wykłady dziekana Łujana. Jego osobowość wywoływała w duszy Egerta sprzeczne uczucia: strach, nadzieję, ciekawość, pragnienie pomocy. Wzdrygał się pod jego spojrzeniem. Jakkolwiek Soll byłby zajęty sobą, nie mógł nie dostrzegać oznak szczególnej czci, jaka otaczała dziekana.
Wszelkie szmery i chichoty cichły natychmiast, gdy dziekan pojawiał się w auli. Egert widział na własne oczy, że spotykając go na korytarzu sam rektor kłaniał się z szacunkiem, studenci zaś dosłownie zamierali, jak króliki na widok węża, ci zaś, którym odpowiedział na powitanie lub obdarzył uśmiechem, uważali się za szczęśliwców.
Łujan był magiem. Szeptano o tym powszechnie, chociaż w jego wykładach nie było niczego magicznego. Opowiadał o dawnych czasach, miastach dawno obróconych w ruinę, wojnach, które wyludniały całe krainy… Egert słuchał, jak długo był w stanie, kiedy jednak pojawiało się zbyt wiele nazw i dat, które mu nic nie mówiły, męczył się, tracił wątek, nie mogąc niczego zapamiętać i rozpraszał uwagę. Pewnego razu zadał Lisowi pytanie: czy dziekan nie uczy studentów magii? Odpowiedzią było spojrzenie pełne współczucia i dosyć niegrzeczny gest, oznaczający, że Soll chyba zwariował.
Żaden student nie nosił broni. Jeśli Egert czuł się bezbronny, jakby nagi bez pasa obciążonego śmiercionośnym żelazem, nie zauważył, żeby tęsknił za tym któryś z jego nowych kolegów. Mieszkańcy bursy niemal co wieczór wyruszali odważnie do miasta, a ich hałaśliwe powroty o północy albo i nad ranem nieraz przerywały czujny sen Egerta. Pod sklepionymi stropami uniwersytetu rozlegały się doskonale znane studentom, lecz nie Sollowi, wesołe pieśni. Uczelnia tętniła swoim życiem, lecz on czuł się w niej obcy od stóp do białej czupryny, czuł się cudakiem, przybłędą.
Lis zwalił się ciężkim zadkiem na krzesło, które, dźwigając już w ciągu wielu pokoleń niejednego młodziana, zaskrzypiało ostrzegawczo. Egert uśmiechnął się blado w odpowiedzi na pytające spojrzenie złośliwych, piwnych oczek.
– Snujesz marzenia? – zainteresował się poważnie Lis. – Marzenia dobre są na śniadanie, na obiad przydałoby się coś bardziej konkretnego… No nie?
Soll znowu uśmiechnął się z przymusem. Obawiał się trochę tego chłopaka. Rudy syn aptekarza potrafił być dokuczliwy i bezlitosny jak osa. W pełni zasłużył na swoje przezwisko i nawet do Egerta dochodziły słuchy o jego wyskokach. Jeden z jego figli rozegrał się na oczach Solla.
Był sobie student, niejaki Honza, syn zubożałego arystokraty z zapadłej prowincji, chłopak wiecznie skwaszony i ciągle z czegoś niezadowolony. Egert nie wiedział, czemu akurat jego Lis obrał sobie za swą ofiarę. Kiedy jednak zjawił się w auli, wyczuł silną, choć starannie skrywaną uciechę. Koledzy mrugali do siebie i zatykali usta, żeby nie parsknąć śmiechem. Soll jak zawsze zaszył się w swym kącie i zaobserwował zeń, że centrum owego rozbawionego podniecenia jest właśnie Lis.
Kiedy wszedł Honza, na sali wykładowej rozległ się normalny, codzienny rwetes. Kolega z ławki przywitał wchodzącego i nagle odskoczył zdumiony. Zapytał o coś półgłosem. Honza również spojrzał nań ze zdziwieniem.
Istota konceptu Lisa objawiła się Egertowi trochę później, tymczasem jednak przyglądał się, nie rozumiejąc, jak wszyscy spoglądający na Honzę otwierają szeroko oczy i zaczynają szeptać teatralnie z siedzącym obok kolegą. Honza zadrżał i nie wiedzieć czemu chwycił się za nos.
Sprawa była prosta: wszyscy obecni po kolei, jedni z troską, inni ze złośliwą radością, wypytywali nieszczęsnego, co takiego stało się z jego nosem, iż wyrósł taki długi?
Honza opędzał się i odgryzał złośliwcom, coraz bardziej ponuro. Następnego dnia powtórzyło się to samo. Studenci, natknąwszy się na niego w holu, chmurzyli lica i odwracali oczy. Doprowadzony do ostateczności biedaczek zwrócił się w końcu do Solla:
– Posłuchaj, kolego… Chociaż ty mi powiedz… czy coś stało się z moim nosem?
Egert przestąpił z nogi na nogę, wpatrując się w pytające oczy tamtego. W końcu wykrztusił:
– No, rzeczywiście… Trochę przydługi…
Honza splunął i odszedł. Wieczorem roześmiany Lis, który uznał Solla za wspólnika spisku, opowiedział, jak nieszczęsny prowincjusz zdobył kawałek sznurka i zmierzył nim niesforny nos. Ukrył miarkę pod pierzyną, lecz jego pokój pod nieobecność właściciela, nawiedził Kajetan i nieco skrócił sznureczek.
Łatwo sobie wyobrazić, jak zareagował Honza, gdy postanowił zmierzyć nos ponownie! Niemal cały uniwersytet, przyczajony pod oknami jego pokoiku, usłyszał przeraźliwy wrzask. Przeklęty nos wydłużył się mniej więcej na pół paznokcia…