Выбрать главу

Egert wzdrygnął się i przestał wspominać. Z dziedzińca dobiegł długi przeciągły dźwięk, brzmiący jak wycie zakutego w stal potwora, samotnego i uwięzionego. Na ten zew Egert czuł ciarki chodzące po plecach, choć Lis dawno już mu wyjaśnił, że jest to odgłos cyklicznego obrzędu w Wieży Łaszą. Szare kaptury lubią tajemnice i czort jedyny wie, jakie tam odprawiają rytuały… Wieża huczała owym rykiem czasem raz, czasem dwa razy dziennie, zdarzało się jednak, że milkła na cały tydzień. Mieszczanie przyzwyczaili się do tych dziwnych dźwięków i nie zwracali na nie uwagi. Tylko Egert miał ochotę zatykać uszy w takim momencie. Jego reakcja wywołała uśmieszek Lisa.

– Mój tatko miał taką suczkę… Nie cierpiała gwizdka. Gdy tylko go słyszała, wpadała w szał. Całkiem jak ty, tyle że nie wyjesz…

Dźwięk umilkł. Egert odetchnął.

– Naprawdę nie wiesz, co oni wyprawiają w tej swojej Wieży?

Słudzy Łaszą byli z daleka rozpoznawalni w swych szarych opończach z opadającymi na twarz kapturami, wzbudzali w mieszczanach popłoch i uszanowanie, które Egert podzielał w całej pełni.

Lis zmarszczył nos.

– Różne sprawy – odparł w zadumie. – Samego prania mają sporo. Ich długie habity zmiatają z ulicy wszelki kurz i śmiecie. Są potem powalane i ubłocone, aż strach.

Soll parsknął z rozdrażnieniem.

– A ten dźwięk? – wydusił głucho. – To wycie?

Lis się ożywił.

– To ich praczka, jak znajdzie dziurkę, zaraz zaczyna wrzeszczeć… i wyzywać.

– Skąd wiesz? – zapytał Egert, zaciskając zęby.

– Trzeba chodzić na wykłady – odrzekł tamten z uśmiechem.

Egert westchnął. Od paru dni nie chodził na wykłady. Miał tego wszystkiego dosyć, lecz nie czuł się na siłach tłumaczyć to Lisowi.

Kajetan wydostał z kieszeni kurtki niezwykłych rozmiarów ogórek. Oglądając krytycznie swą zdobycz, kątem oka zerkał na kolegę, czy jest zainteresowany. Egert patrzył na warzywo ze źle skrywaną obawą.

Lis wyszczerzył zęby, a oczy błysnęły mu zapowiedzią nowego figla. Popuściwszy pasa, ukrył ogórek w spodniach, tworząc z przodu imponujące wybrzuszenie.

– Dzisiaj będę tańczył z moją śliczną Farri…

Obejmując niewidzialną partnerkę z romantycznym wyrazem twarzy, zrobił kilka tanecznych kroków. Sterczący ogórek podrygiwał pod spodniami w rytmie jego poruszeń, jak było zamierzone.

– Może być – stwierdził Lis i dodał z troską: – Żeby tylko nie wypadł, kiedy ją mocniej obejmę. Dobra, idę.

Schował warzywną protezę do kieszeni, ściągnął niemal w biegu swój połatany płaszcz z wieszaka, na progu się jednak zatrzymał i rzucił przez ramię:

– A tak przy okazji, pytał o ciebie pan dziekan. Bądź zdrowy.

Soll siedział nieruchomo, słuchając cichnących w korytarzu kroków kolegi. W jednej chwili zapomniał o Lisie z ogórkiem, nawet o wyciu dobiegającym z Wieży Łaszą.

„Pytał o ciebie pan dziekan”.

Dziekan odnosił się do Solla tak samo jak do wszystkich, jakby to nie on przyprowadził go pewnego ranka na uniwersytet, jakby nigdy nie zdarzyła się trudna rozmowa u studni. Egert był po prostu wolnym słuchaczem, lecz mieszkał w bursie jak każdy student. Nikt go nie poganiał w sprawie czesnego, dopóki on sam nie zagadnął w tej sprawie starego intendenta. Jego dobroczyńca, dziekan, kiwał mu na powitanie głową, do tego Toria była jego córką, co oznaczało, że zabity Dinar mógł zostać jego zięciem…

Od chwili pojawienia się Solla na uniwersytecie, dziekan nie okazywał mu większego zainteresowania. A teraz… Jednak zauważył jego nieobecność na wykładach. A może chodziło raczej o tamto pamiętne spotkanie w korytarzu?

Doszło do niego cztery dni wcześniej.

Egert przyszedł na wykład później niż zwykle. Zza przymkniętych drzwi dochodził skrzypiący głos rektora. Młodzieniec pojął, że się spóźnił, lecz nie odczuł z tego powodu irytacji ani skruchy, a tylko rodzaj ulgi. Zawrócił, żeby odejść i usłyszał turkot drewnianych kółek na kamiennej posadzce.

Ten cichy dźwięk niemal go ogłuszył. Zza węgła wynurzył się wózek biblioteczny, niewielki stolik na kółkach. Uginał się pod stosem książek. Egert jak zaklęty wpatrywał się w złocenia na okładkach. Na samym wierzchu spoczywał niewielki tomik, zamknięty na srebrną sztabkę. Przez chwilę go podziwiał, potem drgnął jak od szturchańca i podniósł wzrok.

Przed nim stała Toria. Mógł podziwiać każdy szczegół jej pięknej twarzyczki. Wysoki kołnierz czarnej sukni zakrywał szyję, włosy miała gładko sczesane i tylko jeden niesforny kosmyk spadał na wysokie, dumne czoło.

Egert zapragnął, by kamienne płyty posadzki rozstąpiły się pod nim i skryły go przed jej wyniosłym, wzgardliwym spojrzeniem. Podobnie jak podczas pierwszego spotkania w Kawarrenie, spoglądała nań ze spokojem, nawet z ironią. Dopiero potem, po pojedynku ze studentem, pojawiły się rozpacz i poczucie straty… Soll zadrżał na całym ciele, wspominając trzecie spotkanie, kiedy zobaczył w jej oczach chłodną, pozbawioną złości, odrazę.

Wielkie nieba! Był prawdziwym tchórzem, skoro najbardziej bał się spotkać z nią twarzą w twarz.

Panna nie spuściła oczu, on zaś nie mógł oderwać od niej wzroku, w zasadzie tego nie pragnąc. Zobaczył jak wyniosła duma w jej oczach zamieniła się w chłodne zdziwienie, a na jej czole pojawiły się dwie równoległe zmarszczki. Potem Toria pchnęła lekko wózek i zerknęła na niego jakby pytająco. Stał jak skamieniały, niezdolny ruszyć z miejsca. Westchnęła i kącik jej ust drgnął tak samo jak u dziekana, jakby zirytowała ją niedomyślność Egerta. Dopiero w tej chwili dotarło do niego, że stoi jej na drodze. Odsunął się, uderzając potylicą o ścianę, wciskając się w zimne kamienie mokrymi, drżącymi plecami. Toria przeszła obok niego. Wyczuł jej zapach, woń wilgotnej trawy…

Turkot wózka dawno już ucichł w głębi korytarza, a on stał ciągle, przyparty do muru i patrzył w ślad za nią.

Córka weszła do gabinetu ojca, cicho zamykając za sobą drzwi.

Dziekan siedział za wielkim, masywnym biurkiem. Trzy świece w wysokim lichtarzu roniły krople gorącego wosku na ciemny, wypalony miejscami blat. Gęsie pióro cicho skrzypiało. Przygotowane przez Torię zakładki zwisały z ksiąg kolorowymi kiściami.

Bez słowa stanęła za plecami Łujana.

Od dziecka miała ten niezbyt kulturalny zwyczaj: podkradała się do zajętego pracą ojca, zaglądała mu przez ramię, patrząc oczarowana na pióro zaczerniające biały papier. Matka krzyczała na nią z tego powodu. Nie wypada podglądać, a poza tym przeszkadza ojcu w pracy! Ojciec tylko się śmiał. Toria nauczyła się czytać, zaglądając przez ramię.

W danej chwili dziekan zajęty był ulubionym tematem, przyczynkami do historii magów. Toria zauważyła, widząc dwa ukośne krzyżyki na początku strony, że koncepcja nie pojawiła się od razu. Chwilę rozkoszowała się skrzypieniem pióra, aż wreszcie przed jej oczami litery ułożyły się w słowa: „… próżne domysły. Wydaje się jednak, że im mniejszą mocą obdarzony jest mag, tym bardziej usiłuje pokryć ten niedostatek zewnętrznymi efektami. Piszący te słowa znał kiedyś pewną starą wiedźmę, która obłożyła całą wioskę daniną, przy czym życzyła sobie być obdarowywana wyłącznie szczurzymi sercami. Trudno dociec, skąd wzięła się u staruszki owa dziwaczna potrzeba, autorowi wydaje się jednak, że martwe szczury służyły tylko jednemu celowi: podporządkowaniu dusz wszystkich wieśniaków czarownicy. Historia pełna jest poważniejszych przykładów. Często kuglarskie sztuczki wzbudzały respekt nie tylko u ciemnego chłopstwa. Przypomnijmy, co stwierdził Baltazar Est w swoich Krótkich zapiskach, które nawiasem mówiąc nie są wcale takie krótkie: Jeśli nad siedliskiem maga dzień i noc wiszą czarne chmury, jeśli okna goreją krwistoczerwonym światłem, jeśli w przedpokoju zamiast służącego spotkacie smoka na łańcuchu, zaniedbanego, a przez to niemile woniejącego, jeśli wreszcie naprzeciwko wam wyjdzie ktoś z przenikliwym spojrzeniem i zakrzywioną laską w ręce, możecie być absolutnie pewni, że macie przed sobą kiepskiego czarodzieja, wstydzącego się własnej słabości. Najmarniejszy ze znanych mi magów nigdy nie zdejmował wyszytego runami płaszcza, sądzę, że nawet w nim spał. Najpotężniejszy i najgroźniejszy z moich współbraci, którego imienia nie wymienię, wolał nosić prostą, nieozdobną odzież…”.