Dziekan przestał pisać i odłożył pióro.
– Cytujesz z pamięci? – zdziwiła się Toria.
Dziekan uśmiechnął się z odrobiną samozadowolenia.
– Widziałam… jego – oznajmiła cicho.
Natychmiast pojął, że jego córka nie mówi o wielkim magu Baltazarze.
Jedna ze świec zaskwierczała. Toria wyprostowała się, wzięła z biurka szczypce i przycięła knot. Cicho spytała:
– A swoją drogą, kim był ten potężny i groźny mag, który według Esta tak lubił znoszoną odzież?
Dziekan uśmiechnął się.
– Nauczyciel Esta. Umarł sto lat temu.
Zamilkł i spojrzał pytająco na córkę. Zdawała się roztargniona, widział jednak, że wszystkie jej myśli krążą, niczym psy na uwięzi, wokół jednego przedmiotu. W końcu ów przedmiot objawił się tylko jednym słowem:
– Soll…
Urwała. Dziekan życzliwie czekał na ciąg dalszy. Panna odsunęła z trudem opasłą księgę i przysiadła na skraju biurka.
– To naprawdę robi wrażenie… Szrama i… cała reszta. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, jak bardzo się zmienił. Nie znałeś go wcześniej.
Zamilkła na chwilę, wiercąc stopką w wąskonosym pantofelku.
– Porucznik Soll… Błyszczący, nadęty pęcherz… Nic z tego nie zostało, jedynie cienka powłoka. Powiedz, ojcze, jak to…
Znowu urwała, próbując coś zrozumieć, w końcu wzruszyła ramionami.
– Rozumiem – stwierdził, tym razem ze smutnym uśmiechem. – Oczywiście nigdy mu nie wybaczysz.
Potrząsnęła głową.
– Nie o to chodzi: przebaczyć, czy nie przebaczyć. Gdyby tak Dinar zginął przygnieciony padającym drzewem albo spadającym ze skały kamieniem? Czy wtedy znienawidziłabym kamień?
Ojciec cicho gwizdnął.
– Według ciebie Egert Soll nie odpowiada za swoje postępki, całkiem jakby był zwierzęciem, drzewem albo kamieniem?
Toria poderwała się, najwidoczniej niezadowolona, że powiedziała zbyt wiele. Z rozdrażnieniem zerwała zwisającą nitkę z rękawa.
– Nie to chciałam rzec… Niegodzien jest mojej nienawiści. Nie mam zamiaru mu przebaczać lub wręcz przeciwnie. Jest jak pusta kukła, rozumiesz? Nie interesuje mnie. Obserwowałam go nie od dziś…
Przygryzła wargę. Niejeden raz wchodziła na najwyższy szczebel bibliotecznej drabinki, żeby zajrzeć w okrągłe okienko, wychodzące na Wielką Aulę. Egert siedział zawsze w tym samym miejscu, w ciemnym kącie, daleko od katedry. Obserwowała jego wysiłki, gdy próbował pojąć sens wykładu, potem zaś rozpacz i rezygnację. Zaciskając usta, próbowała wzniecić w sercu nienawiść i patrzeć na niego obojętnym wzrokiem. Czasem odczuwała jednak w stosunku do niego współczucie, czasem pojawiała się irytacja. Nie wiadomo dlaczego, właśnie w takich chwilach Soll unosił głowę i spoglądał w okienko, zdawało się, patrząc jej prosto w oczy, chociaż nie mógł jej przecież zobaczyć…
– Gdybyś ujrzała go tam, u studni – rzekł cicho dziekan – i co się z nim działo… Wierz mi, został głęboko zraniony.
Boleśnie szarpnęła opadający na czoło pukiel włosów. Przed jej oczami pojawiły się sceny, które wolałaby całkiem zapomnieć.
Dobrze pamiętała śmiech Egerta i protekcjonalny wyraz przymrużonych oczu podczas okrutnej, śmiertelnej zabawy z Dinarem… Poczerniały sztych szpady wystający z pleców ukochanego, kałużę krwi na piasku…
Dziekan czekał cierpliwie, aż córka zdoła zebrać myśli.
– Rozumiem – powiedziała w końcu – że ciebie zainteresował, niczym eksponat. Jako człowiek naznaczony przez Tułacza. Nosiciel jego klątwy. Dla mnie jednak pozostaje tylko oprawcą, którego pozbawiono rąk… Dlatego fakt, że teraz mieszka w bursie i chodzi po tych samych korytarzach, którymi chodził Dinar, właśnie dlatego…
Zmarszczyła twarz, jakby poczuła odór zgnilizny i zamilkła. Zwinęła niesforny kosmyk i zaczesała do góry, ale i tak opadł po chwili.
– Sprawia ci to przykrość – rzekł miękko ojciec. – Może nawet ból. Uwierz mi jednak, że to konieczne. Wycierp jeszcze trochę, proszę cię.
Znowu potargała w zadumie nieposłuszny lok, potem niby bezmyślnie wzięła z biurka nóż i odcięła pukiel.
Przywykła wierzyć ojcu we wszystko i do końca. Ufali mu ludzie, ufały zwierzęta, a nawet żmije. Kiedy była małą dziewczynką, widziała raz, jak wywołał gadzinę ze stogu siana, w którym buszowali wiejscy chłopcy. Żmija wydawała się mocno spłoszona. Łujan, który nie był jeszcze wtedy dziekanem, krzyknął ostro na wystraszonego chłopa, który pragnął zabić zwierzę. Schował żmiję do sporej kieszeni płaszcza i wyniósł do lasu. Toria szła razem z nim i wcale się nie bała. Było dla niej oczywiste, że wszystko, co robi jej ojciec, jest słuszne i nie ma w tym niczego niebezpiecznego. Położył żmiję na trawie, a potem długo i surowo ją napominał. Zapewne pouczał, że nie należy kąsać ludzi, myślała mała Toria. Gadzina nie śmiała odpełznąć, dopóki nie otrzymała specjalnego pozwolenia. Kiedy dziewczynka opowiedziała o tym matce, ta tylko zmarszczyła brew i przygryzła wargi. Mama nigdy nie wierzyła ojcu do końca.
Toria słabo pamiętała konflikty wstrząsające od czasu do czasu niewielką rodziną. Być może ojciec przewidująco się o to postarał, żeby pamiętała o matce wszystko, co najlepsze. Tak czy inaczej, od owego fatalnego wieczoru, gdy stała się półsierotą, zapomniała o tego rodzaju drobnostkach.
Znacznie później zaczęła pojmować, co oznaczało krótkie słowo „on”, wymawiane przez matkę z ironią, złością lub głuchym żalem. W jej ustach i tak dźwięczało zawsze tak samo. Tego wieczoru poróżniła się z „nim” mocno. Po raz pierwszy też Łujan, po wielu latach pobłażliwości dla żony, naprawdę się zbuntował.
Właściwie mówiąc, wyglądało to tak, jakby się zbuntował, gdyż najprawdopodobniej od początku wiedział, co z tego wyniknie. Najpierw prosił, potem groził, później zamknął żonę w pokoju. Rzucała mu w twarz takie słowa, że Toria, cała drżąca w łóżeczku za zasłonką, zalewała się łzami strachu i goryczy. W pewnym momencie Łujan zmienił zdanie i dał żonie zwyczajnie uciec. Pożegnalne trzaśniecie drzwiami było tak silne, że poleciały z nich drzazgi.
– Nie powinienem był jej na to pozwolić – mówił wiele lat później z goryczą do dorosłej córki. – Nie powinienem…
Toria dzieląc z ojcem ból i poczucie winy, przyciskała twarz do jego piersi.
Tamtą noc Łujan spędził bezsennie. Mała Toria, budząc się co pewien czas, widziała zapaloną lampę na biurku i przechadzającego się po pokoju ojca. Nad ranem ubrał się bez słowa i wyszedł z domu, jakby spiesząc komuś z pomocą, chociaż było za późno. Nawet magowie nie potrafią wskrzeszać zmarłych. Matka Torii była już martwa, kiedy wykopał ją z ogromnej zaspy na leśnej drodze…
– Nie powinienem był jej na to pozwolić… Zaślepiła mnie urażona duma, ale jaki sens obrażać się na niewiastę?
– Nie jesteś temu winien – odpowiedziała mu córka.
On jednak powtarzał z uporem:
– Jestem winien…
Lis wrócił o północy.