Najpierw dał się słyszeć pod oknem stłumiony chichot i nieczytelny bełkot, potem ktoś zawył żałośnie jakąś pieśń, gwałtownie przerwaną, jakby niefortunny śpiewak dostał kułakiem po karku.
Potem zmącił ciszę odgłos kroków na korytarzu i zaskrzypiały drzwi. Lis wtoczył się do pokoju, nie bacząc na kompletną ciemność.
Drewniane łóżko zatrzeszczało pod ciężarem jego ciała, ubranie zaszeleściło, a na podłogę upadły buty, jeden po drugim. Lis przeciągnął się i ziewnął słodko, wspominając zapewne dzisiejsze sukcesy, w których niepoślednią rolę odgrywała ogórkowa proteza. Zaczynał zasypiać, kiedy rozległ się cichy głos kolegi.
– Kajetanie…
Łóżko Lisa znów zatrzeszczało, kiedy zdziwiony przewrócił się na bok.
– Czemu nie śpisz?
Błoga senność w głosie Lisa była z pewnością efektem wypitego dzisiaj wina.
– Kajetanie – powtórzył Soll, wzdychając – opowiedz mi wszystko, co wiesz o naszym dziekanie.
Zapadła cisza tak głęboka, że słychać było cykającego w oddali świerszcza. Stuknęła gdzieś okiennica, potem znowu było cicho.
– Głupiec jesteś, Soll – odezwał się w końcu Lis całkiem trzeźwo. – Nie masz o czym gadać w środku nocy…
Zamilkł na chwilę, sapiąc z irytacją, w końcu podjął rozdrażniony:
– Jesteś chyba bliżej niego… To twój znajomy, tak jakby…
– Tak jakby – odparł Soll szeptem.
– No więc… lepiej śpij.
Łóżko Lisa znowu jęknęło rozpaczliwie, gdy odwrócił się twarzą do ściany.
O szybę tłukła się rozpaczliwie ćma. Ciche uderzenia jej maleńkich skrzydełek to zamierały, to znów ożywały z nową siłą. Bez względu na to, czy się miało oczy zamknięte, czy otwarte, widziało się jednakową, gęstą ciemność. Egert przycichł, tym bardziej, że w mroku czuł się bardzo nieswój.
Znowu trzasnęło łoże Kajetana, tym razem bardziej dobitnie.
– A czego chcesz od pana dziekana? – rozległ się jego świszczący głos w ciemnościach. – Co masz do niego? I co jemu do ciebie?
Soll podciągnął kołdrę pod brodę i odpowiedział w stronę niewidzialnego sufitu.
– Obiecał mi… pomóc. A ja… sam nie wiem. Boję się go. Do tego jeszcze ona…
– Jaka ona? – zainteresowała się ciemność.
– Ona… Toria.
Wargi Egerta z trudem wymówiły to imię.
– Toria? – powtórzył pytająco Lis, zarówno lękliwie jak i marzycielsko.
Głęboko westchnął i rzucił ze smutkiem:
– Zapomnij.
Gdzieś daleko w mieście nawoływała się nocna straż.
– Ojciec uczy ją… czarów? – spytał Egert z zamierającym sercem.
Lis miotał się znów rozdrażniony w pościeli.
– Głupi się urodziłeś i głupi umrzesz… On nikogo nie uczy magii! To nie arytmetyka ani jakieś rzemiosło…
Znowu chwila ciszy, mącona tylko trzepotaniem ćmy i poirytowanym sapaniem Lisa.
– Ale przecież jest magiem? – znowu zapytał Soll, przełamując nieśmiałość. – Wielkim magiem? Właśnie dlatego ja…
Chciał powiedzieć, że właśnie dlatego przyszedł do tego miasta, żeby spotkać wielkiego maga, o którym słyszał po drodze i w gospodach. Chciał to powiedzieć, lecz zaciął się, obawiając się mówić o sobie więcej, niż należało. Na szczęście Lis tego nie zauważył. Teraz jego łóżko całe chodziło.
– Ja… – zaczął znowu Soll, lecz kolega mu przerwał.
Głos rudego Kajetana zabrzmiał niezwykle jak na niego poważnie, a nawet patetycznie.
– Jestem drugi rok na uniwersytecie… Mogę ci powiedzieć, że dziekan Łujan… być może nie jest do końca człowiekiem.
Wciągnął głęboko powietrze.
– Nie czyni nikomu zła. Na pewno nikt na świecie nie zna lepiej od niego historii. Masz jednak rację, że się go boisz, Soll. Raz się zdarzyło… Tylko o tym nie rozpowiadaj!… Widziałem to na własne oczy! Na placu pojawiła się starucha z bębnem. Bębniła, żebrząc o jałmużnę. Mówiono o niej, że ma złe oko i lepiej ją omijać z daleka. Byłem tego ciekaw i kiedyś podszedłem bliżej… Nagle patrzę: nadchodzi dziekan. Kiedy mijał staruchę, obejrzał się nagle i spojrzał… Stałem w pobliżu i niemal mnie ten wzrok powalił! Wiedźma przestała bębnić i jak zasyczała! Coś tam szeptała niezrozumiale, zgrzytliwie jak zardzewiały mechanizm. Wtedy dziekan jej odpowiedział jednym słowem, lecz w taki sposób, że potem słyszałem je w głowie jeszcze trzy dni. Poprowadził ją za sobą. Nie chwycił dłońmi, lecz jakby na niewidzialnej smyczy. Poszedłem za nimi jak głupi na miękkich nogach. Skręcili do bramy i wtedy starucha… zniknęła, a na jej miejscu skręcała się wielka żmija z rozwartą paszczą… Dziekan uniósł dłoń i z tej dłoni…
Lis urwał nagle. Soll z trudem opanowywał nerwowe dreszcze.
– I co? – wykrztusił w końcu.
Lis podniósł się i wstał z łóżka. Macał dłońmi po stole w poszukiwaniu krzesiwa.
– I co?! – nalegał Egert.
– I – rzekł głucho Kajetan, krzesząc iskry – dziekan zapytał: Czego chcesz? A ona zasyczała: wolnego słuchacza Solla na pożarcie…
Zapłonęła jedyna świeczka. Egert, spocony jak mysz, przełknął ślinę i odetchnął z ulgą. Bez wątpienia etatowy uczelniany żartowniś wszystko to zełgał.
Lis stał pośrodku pokoju ze świecą w lekko trzęsącej się dłoni, a wraz z nim drżał na ścianie jego cień.
Obaj udawali śpiących aż do świtu. Rankiem, spędziwszy kilka minut na kontemplacji krzywej blizny na zarośniętym policzku, Egert przełamał się i udał na wykład.
Dziekan opuścił swój gabinet trochę wcześniej niż zwykle. Ujrzawszy go w drugim końcu korytarza, młodzieniec uskoczył do najbliższej ciemnej niszy. Łujan przeszedł obok nie zauważając go albo nie chcąc zauważyć. W tym momencie dogonił go Lis.
Egert go nie widział, słyszał tylko dziwnie nieśmiały, potulny głos Kajetana, jakby prosił o wybaczenie.
– Przeklęty długi język – dotarło do Egerta. – Sam nie wiem, jak to się stało. Przysięgam, będę odtąd milczał, jak grób!
Dziekan odpowiedział coś spokojnie i łagodnie. W głosie Lisa pojawiła się weselsza nutka. Dał się słyszeć stukot jego oddalających się kroków.
Dziekan postał chwilę zadumany, potem zawrócił i zatrzymał się na wprost wnęki. Spojrzał w jej głąb i rzekł cicho:
– Egercie…
Gabinet dziekana wydawał się ogromny, niewiele mniejszy od Wielkiej Auli. Słoneczne światło tonęło w ciężkich portierach, aksamitne zasłony spoczywały na oknach niczym ciężkie powieki na zmęczonych oczach, pogrążając komnatę w półmroku.
– Spójrz, Egercie… Na pewno jesteś ciekaw, więc rozejrzyj się…
Pośrodku pokoju znajdowało się biurko z potrójnym mosiężnym kandelabrem. Po obu jego stronach stały dwa fotele z wysokimi, rzeźbionymi oparciami, z tyłu zaś, na pustej, gładkiej ścianie pobłyskiwało rozwinięte ptasie skrzydło, wykonane z metalu.
– To pamiątka po moim mistrzu. Nazywał się Orlan. Opowiem ci o nim później.
Egert, ostrożnie stąpając, przeszedł się wzdłuż ściany. Blade, naznaczone szramą oblicze odbiło się na mętnym szklanym kloszu z płonącą świecą w środku. Obok, na okrągłym, koślawym stoliku znajdowały się srebrne figurki ludzi, zwierząt i ogromnych owadów. Wykonane z wielkim artyzmem, zdawały się wszystkie spoglądać w jeden punkt. Egert przyjrzał się im bliżej. Spojrzenia figurynek utkwione były w czubku krawieckiej igły, sterczącej z bezforemnej bryłki smoły drzewnej.
– Możesz się przyglądać. Tylko niczego nie dotykaj.
Wielkie nieba! Egert prędzej odgryzłby sobie palec, zanim odważyłby się dotknąć wypchanego szczura, zakutego w prawdziwy łańcuch. Obnażone zęby dawno zabitego gryzonia zdawały się błyszczeć świeżą śliną.
Dwie wielkie szafy, nieprzystępne jak wartownicy, zamknięte były na solidne, masywne zamki. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki z księgami, zapewne magicznymi. Egert drgnął, kiedy zauważył, że grzbiet jednego z tomów porastał gęstą, lśniącą sierścią.