Odechciało mu się dalszego oglądania. Odskoczył od półki i spojrzał nieśmiało na dziekana.
Ten zaś powoli uchylił skraj portiery, wpuszczając więcej światła do wnętrza. Niedbale zasiadł w jednym z foteli.
– No cóż, Egercie… najwyższy czas porozmawiać.
Zachęcony gestem, Soll przysiadł posłusznie na samej krawędzi drugiego fotela. W częściowo odsłoniętym fragmencie okna dostrzegł kawałek błękitnego nieba.
– Jakiś czas temu – zaczął powoli dziekan – niedawno, według skali ludzkiego życia, żył pewien człowiek. Był młody i utalentowany w magii z łaski niebios. Stałby się z czasem magiem o niezwykłej mocy, gdyby nie pewne niespodziewane i przykre wydarzenie w jego życiu…
Przerwał na chwilę, jakby oczekując, że słuchacz odnajdzie w jego słowach jakiś sekretny zamysł. Soll zacisnął palce na drewnianych podłokietnikach.
– Zdarzyło się – podjął dziekan – że w swym zadufaniu przekroczył granicę oddzielającą żart od zdrady i ciężko uraził przyjaciół. Został za to odpowiednio ukarany, pozbawiony przez trzy lata ludzkiej powierzchowności, utracił także magiczny talent. A przecież ów dar zdawał się być częścią jego duszy, jego świadomości, jego istoty! Tak więc, poniżony i odtrącony, utraciwszy wszystko, udał się w drogę prób i błędów…
Znowu urwał, jakby chciał skłonić słuchacza, by dokończył historię za niego, lecz Egert milczał, próbując zrozumieć, jaki związek ma ta opowieść z jego własnym losem.
Łujan uśmiechnął się lekko.
– Tak, Egercie, prób i błędów… Taka droga się przed nim otwarła i przeszedł ją do samego końca. Ty także znalazłeś się na podobnej drodze, tylko… to jednak inna droga i nikt nie wie, co cię czeka na końcu. Człowiek, o którym opowiadałem, nikogo nie zabijał…
Egert poczuł się jak przypalony gorącym żelazem. Ból przeszył go na wskroś, choć w spokojnym głosie dziekana nie było nawet cienia wyrzutu. Błękit nieba za szybą pociemniał nagle. Gdzieś na dnie świadomości przemknęła myśclass="underline" Dokonało się. Teraz trzeba będzie za wszystko zapłacić. Skoro Toria jest jego córką, a Dinar miał być jego zięciem…
– Ale – wybąkał – ja przecież tego nie chciałem… To był uczciwy pojedynek, przecież nie chciałem go zabijać, panie dziekanie… Wcześniej także…
Zreflektował się nagle i urwał. Mag wciąż spoglądał nań wyczekująco, więc poczuł się zmuszony kontynuować:
– Wcześniej także zabijałem w pojedynkach. Dwa razy. Za każdym razem uczciwie. Ludzie, którzy zginęli od mojej szpady, także mieli rodziny, przyjaciół… Ich krewni jednak przyznali, że śmierć w pojedynku nie jest hańbą, a zwycięzca nie jest mordercą.
Dziekan wstał, milcząc. Zamyślony przeszedł się wzdłuż półek z książkami, muskając co pewien czas ozdobne grzbiety. Egert obserwował go z głową wciśniętą w ramiona, gotów na wszystko: błyskawicę z czubków palców lub zaklęcie zamieniające go w płaza.
Mag odwrócił się w końcu do niego i spytał szorstko:
– Wyobraź sobie, że spotkasz Tułacza. Co mu powiesz? To, co przed chwilą słyszałem?
Egert spuścił głowę.
– Nie wiem, co mu powiedzieć – przyznał szczerze. – Miałem nadzieję… Może pan mnie nauczy, jak powinienem…
Znowu zamilkł, gdyż własne słowa wydały mu się żałosną, bezsensowną paplaniną. Chciałby rzec, iż doskonale rozumie, że dziekan ma powody nienawidzić zabójcę studenta Dinara. Być może okazane mu miłosierdzie było jedynie odroczeniem nieuniknionej kary. Chciał powiedzieć, że pojmuje, iż ojciec Torii nie ma żadnego obowiązku pomagać mu w spotkaniu z Tułaczem, przeciwnie, dziekan ma prawo uznać, że klątwa tchórzostwa spadła nań sprawiedliwie i że Soll powinien nosić szramę do końca swoich dni… I w końcu Egert gotów był przyznać, że bardzo mocno, choć beznadziejnie, liczy na jego pomoc.
Chciał to wszystko powiedzieć, lecz język odmówił mu posłuszeństwa.
Dziekan podszedł do biurka i podniósł wieko sporego piórnika. Egert patrzył bezmyślnie na niezwykłego kształtu kałamarz, piasecznicę z miedzianą kulką na wieczku, wiązkę różnobarwnych piór i parę nożyków do ich zaostrzenia.
Dziekan uśmiechnął się.
– Nie bez powodu opowiedziałem ci o czarodzieju, który stracił magiczny dar. Być może wiedza o jego losie pomoże ci w jakiś sposób. A może i nie.
Wydobył z wiązki piór jedno wyjątkowo długie, wygładził je z lubością i zaczął ostrzyć nożykiem.
– Pół wieku temu byłem małym chłopcem, mieszkającym na przedgórzu. Moi rodzice i wszyscy krewni pomarli podczas Czarnego Moru. Najważniejszym człowiekiem w mym życiu stał się mój mistrz, Orlan. Jego domek był przyklejony do skały niczym gniazdo jaskółcze. Byłem pisklęciem w tym gnieździe. Pewnego wieczoru mój nauczyciel spojrzał w Wodne Zwierciadło. Widzisz, Egercie… Mag, który osiągnął odpowiedni stopień mocy, nabrawszy wody z pięciu źródeł i wymawiając zaklęcie, może ujrzeć w owym zwierciadle to, co jest skryte przed oczami zwykłych ludzi. Mój mistrz spojrzał… i umarł, gdyż pękło mu serce. Nigdy się już nie dowiem kogo lub co zobaczył. Zostałem sam, mając trzynaście lat, lecz pochowawszy Orlana jak nakazywał obyczaj, nie szukałem nowego mistrza. Jakiś czas potem zdołałem samodzielnie stworzyć Wodne Zwierciadło. Długo pozostawało mroczne i gotów byłem już popaść w rozpacz, kiedy pewnego razu tafla się rozjaśniła i zobaczyłem…
Dziekan odłożył naostrzone pióro i wziął następne.
– Zobaczyłem nieznajomego, stojącego przed ogromnymi, okutymi żelazem wrotami. Wizja trwała przez chwilę, zdążyłem jednak zauważyć zardzewiałą sztabę, odsuniętą do połowy. Słyszałeś kiedykolwiek o Wrotach Wszechświata?
Spojrzał badawczo na słuchacza. Wiercąc się w fotelu, Egert poczuł się głupi jak but. Wzruszył ramionami. Dziekan się zaśmiał.
– Nie pojmujesz, dlaczego ci to wszystko opowiadam? Być może niepotrzebnie. Lecz jeśli pragniesz rozmawiać z Tułaczem… Bo przecież wciąż tego chcesz?
Drzwi wejściowe skrzypnęły cichutko, lecz ten dźwięk rozległ się w uszach Solla jak wystrzał. Do gabinetu weszła Toria.
Egert wcisnął się głębiej w fotel. Dziewczyna zatrzymała się chwilkę na widok gościa, potem jak gdyby nigdy nic podeszła do biurka i postawiła na nim niewielką tackę z kawałkiem chleba i szklanką mleka. Porozumiawszy się wzrokiem z dziekanem, przysiadła na skraju mebla, kręcąc stopką w wąskonosym trzewiku.
– Nieźle namieszałem w głowie panu Sollowi swymi opowieściami – oznajmił dziekan, zwracając się do córki.
Ta uśmiechnęła się kwaśno.
Dziekan znowu zwrócił się do Egerta, który nie rozumiał ani słowa z tej wypowiedzi, nie mogąc doczekać chwili, kiedy będzie mógł wstać i wyjść. Nie patrząc na Torię, czuł na sobie jej obojętne spojrzenia, jakimi co jakiś czas go mierzyła.
Minęło kilka minut, zanim Soll odzyskał zdolność pojmowania tego, co mówił dziekan.
– To moje najważniejsze dzieło, trud całego życia… Na razie nosi tytuł Historia magów. Do tej pory nikt nie miał takich jak ja możliwości zebrania całej wiedzy o wielkich magach z przeszłości. Sporo z nich przeszło do legendy, niektórzy żyli całkiem niedawno, są też żyjący nadal. Byłem uczniem Orlana, któremu poświęciłem obszerny rozdział, i znałem dobrze Larta Legiara… Tobie naturalnie nic te imiona nie mówią, lecz nawet pomniejszy mag odczuwa wielki szacunek, słysząc o nich…
Egert poczuł, że głowa zaczęła mu ciążyć, jakby była z ołowiu. Zdało mu się, że gabinet zawirował wokół, a nieruchoma pozostała tylko, jak alabastrowa maska, twarzyczka Torii.