– Wiem, że jest ci trudno, Soll.
Dziekan znów siedział w fotelu. Soll napotkał jego wzrok i natychmiast oprzytomniał, jakby zlano go zimną wodą. Dziekan patrzył przenikliwie, jakby nawlekał rozmówcę na niewidzialną igłę.
– Rozumiem to, jednak droga doświadczeń nigdy nie jest łatwa. Nikt nie wie, czym się zakończy twoja podróż, ale postaram się pomóc, jak umiem. Torio – zwrócił się czule do córki – czy książka dotycząca klątw jest tutaj, czy w bibliotece?
Toria bez słowa podeszła do odpowiedniej półki i zdjęła z niej niewielką książeczkę w skórzanej oprawie z miedzianymi okuciami.
– O zaklęciach? – zapytała spokojnie. – Proszę…
Dziekan ostrożnie wziął książkę do ręki, drugą dłonią starł kurz i zdmuchnął resztki pyłu.
– Proszę, Egercie. Mam nadzieję, że ta książka pomoże ci… zrozumieć głębiej, co się z tobą stało. Nie musisz szybko zwracać, pożyczam ją na długi termin.
– Dziękuję – powiedział Egert nieswoim, drewnianym głosem.
Żył raz pewien człek, a był okrutny i chciwy. Pewnego razu, podczas ciężkiego mrozu, do drzwi jego domu zastukała kobieta z niemowlęciem. Pomyślał: dlaczego mam wpuścić tę żebraczkę? I nie otworzył drzwi. Kobieta z dzieckiem zamarzła podczas strasznej zamieci w wielkiej zaspie. Konając, wyrzekła straszne słowo w ludzkich ustach. Człowiek ten został przeklęty: nigdy więcej nie mógł rozpalić ognia. Drobna iskierka w palenisku, ognisko lub fajka z tytoniem, każdy ogień dymił i gasł natychmiast, kiedy tylko się doń przybliżał. Sam zaczął stygnąć i gasnąć, jak płomień w deszczu. Nie mogąc się rozgrzać, umierał, szepcząc: zimno mi…
Soll skulił się z zimna, westchnął i przewrócił kartkę.
W jednej wiosce zdarzyła się zaraza i wielu ludzi zmarło. Usłyszawszy o tym nieszczęściu, przybył do wsi znachor. Był jeszcze młody, lecz zdolny i doświadczony. Lecząc ludzi ziołami, wędrował od domu do domu. Zaraza mogła i jego dosięgnąć, lecz na szczęście nie tknęła. Część ludzi wyzdrowiała. Wszyscy pytali: jaką mocą dysponuje młody lekarz? Jaka niepojęta siła kryje się w jego dłoniach i ziołach? Dlaczego choroba go oszczędziła? Wystraszyli się nieznanej mocy i unicestwili ją razem z lekarzem. Okazało się jednak, że owa zbrodnia nie przeszła bezkarnie. W prędkim czasie wioska opustoszała, a nikt nie wiedział, gdzie podziali się mieszkańcy. Mędrcy powiadają, że wszyscy zostali przeklęci, od starego do małego, a przepadli w nieznanej otchłani, dopóki nie pojawi się ktoś i nie zdejmie klątwy.
Książka była stara i każda pożółkła stronica zawierała ponurą i straszną opowieść. Soll z trudem opanowywał nerwowe dreszcze, a jednak czytał dalej, ze wzrokiem jakby przykutym do czarnych szeregów liter.
Zdarzyło się, że na drodze trzech zbójów zatrzymało podróżnika. Był jednak biedny i nie zyskali żadnego łupu. Rozzłoszczeni, zbili go bezlitośnie… Umierając, rzekł im: Byłem łagodny i dobry, niczego złego wam nie zrobiłem, dlaczego więc mnie tak potraktowaliście? Przeklinam was: niechaj nie znosi was ziemia!
Wędrowiec zmarł. Gdy tylko opadły mu powieki, ziemia uciekła spod nóg rozbójników.
Przerażeni, zaczęli uciekać, lecz z każdym krokiem powierzchnia rozwierała się coraz mocniej i chwytała ich za nogi. Już w ziemi po kolana błagali o litość, lecz klątwa został rzucona, a usta przeklinającego zamarły na wieki. Ziemia nie chciała dłużej nosić rozbójników, więc ugrzęźli w niej po pas, później po pierś, aż wrzeszczące gęby zasypał piasek i tylko czarne dziury zostały w miejscu, gdzie oni…
Nie doczytał do końca. Z niewidocznego stąd placu dał się słyszeć smętny dźwięk z Wieży Zakonu Łaszą. Egert znów westchnął i przewrócił kartkę.
Szedł przez wieś czarodziej, zgrzybiały i złośliwy staruch. Potknął się o leżący na drodze kamień, upadł więc i połamał swe kruche kosteczki. Wrzasnął i przeklął kamień. Od tego czasu ludzie omijają owo miejsce. Kamień drga, jakby wstrząsany cierpieniem, a nieliczni śmiałkowie widzieli, jak ze szczeliny wycieka kropla po kropli ciemna posoka…
Odłożył na chwilę dzieło. Już od paru dni przed jego oczyma przebiegały w rzędach liter dziwne i przygnębiające historie, które niedowiarek nazwałby baśniami, lecz na pewno nie człowiek z krzywą szramą na policzku.
Był raz człowiek, który ożenił się z prześliczną dzieweczką i kochał ją z całej duszy. Młoda żona była jednak zbyt piękna, więc we śnie jawiły mu się koszmarne wizje jej zdrady. Przepełniony gniewem i strachem, wypowiedział słowa, które stały się przekleństwem: niechaj każdy mężczyzna, na którego ona spojrzy miłośnie chociaż przez chwilę, skona w okropnych mękach!
Młoda kobieta była mu jednak absolutnie wierna i ani razu nie spojrzała czule na innego mężczyznę. Mijały lata szczęśliwego małżeńskiego pożycia, a ich dzieci zaczęły podrastać. Najstarszy syn zmężniał, zamieniając się z chłopca w młodzieńca. Pewnego razu, oszołomiony pierwszą miłością, wrócił do domu o świcie. Czekająca na ganku matka, popatrzyła na syna, na jego lśniące oczy i szerokie ramiona, gibką sylwetkę i młodzieńczy zapał wzrokiem pełnym głębokiej miłości.
Klątwa spadła na syna, gdyż przekleństwo nie określało rodzaju uczucia. Oszalała z bólu rodzicielka wydrapała sobie oczy, skoro zabiły jej pierworodnego jednym spojrzeniem…
Na podwórzu uniwersytetu rozkwitała zieleń, kryjąca w swym gęstym wnętrzu donośnie grające świerszcze. Niewidoczne owady wznosiły hymny na cześć życia. Nastał czas popołudniowego lenistwa. Ciepły wiatr niósł zapachy świeżej ziemi i kwiatów. Przed Sollem leżała otwarta księga, obojętna jak niemy świadek.
Pewna bogata dama miała piękną córkę. Panna zakochała się w wędrownym śpiewaku, postanowiła więc uciec z domu, by wyjść za niego za mąż. Sprawa się jednak wydała. Odkrywszy zamiary zakochanej parki, matka wpadła w furię, a będąc obznajomioną z magią, rzuciła klątwę: Niech mężczyzna, który naruszy niewinność jej córki nie zazna szczęścia, nie ujrzy więcej świata i zapomni swego imienia!
Panna długo i gorzko płakała. Wędrowny śpiewak odjechał daleko i nikt nie chciał wysyłać swatów do posażnej i urodziwej dziewczyny. W końcu jednak pewien zubożały szlachcic zgodził się wziąć ją za żonę. Zaraz po weselu, w noc poślubną pan młody przywiódł do małżeńskiego łoża prostego, jurnego stajennego…
Następnego dnia okazało się, że stajenny oślepł i więcej nie zobaczył świata, ogłupiał i zapomniał swego imienia, aż usechł, nigdy nie zaznawszy szczęścia. Pan młody zaś cieszył się potem żoną i doczekał licznego potomstwa, choć niedługo trwało małżeńskie szczęście, ponieważ…
Do pokoju wleciał trzmiel. Pasiasta, puszysta kulka. Krążył pod skośnym sufitem, odbił się od ramy okiennej i spadł na pożółkłe stronice. Zahuczał gniewnie i wyfrunął przez okno. Soll przetarł dłonią zmęczone oczy.
Dlaczego dziekan Łujan życzył sobie, żeby on to wszystko przeczytał?
Od wieków spadały klątwy zarówno na złoczyńców, jak i czasem na ludzi niewinnych. Z tymi ostatnimi odczuwał Egert rodzaj solidarności. Był także ofiarą klątwy. Wszystkich owych żyjących przed wiekami ludzi dotknęło podobne nieszczęście. Na jego drodze zjawił się Tułacz i jednym ruchem szpady odmienił całe życie…
Wcześniej nie zdarzyło mu się tak długo studiować żadnej książki. Bolały go pochylone plecy a także przepracowane oczy. Pomyślawszy chwilę o odpoczynku, Egert westchnął i znowu sięgnął po książkę.
W domu samotnej wdowy ukrył się zbiegły włóczęga. Ścigali go książęcy strażnicy, lecz niewiasta pożałowała go i ukryła w piwnicy. Kiedy zjawili się u niej srodzy, uzbrojeni po zęby żołnierze, biedaczka wystraszyła się jednak i wydała uciekiniera. Strażnicy natychmiast go powiesili. Gdy miał już pętlę na szyi zdążył jeszcze powiedzieć: Coś uczyniła, niewierna! Niech już do końca życia nikt ci nie uwierzy!