Zmarłego pochowano blisko domu wdowy, niemal pod oknem. Od tej chwili ludzie odwrócili się od niej, ponieważ jej nie wierzyli, ani słowom jej, ani postępkom, toteż zasłynęła w okolicy jako zła wiedźma…
Zdarzyło się jednak, że przez wioskę przejeżdżał biały jak gołąbek staruszek. Zaszedł do domu nieszczęsnej i rzekł jej: Wiem, jakie cię spotkało nieszczęście, chociaż nie do końca zawinione. Powiem ci, jak można zdjąć ową klątwę!
Wysłuchała go. Doczekawszy północy, wyszła przed dom na mogiłę, która porosła tymczasem pokrzywą i ostem. W jednej dłoni niosła dzban wody, a w drugiej ostry sztylet, który zostawił jej starzec. Stanęła nad grobem, spojrzała w twarz księżycowi w pełni i rzekła martwemu w ziemi: Oto woda, a to ostra stal. Dam ci się napić, lecz zdejmij ze mnie czar!
Wyrzekłszy te słowa, wbiła głęboko ostrze w grzbiet nagrobka, aż po rękojeść. Potem polała mogiłę wodą i wróciła do domu. Rano ujrzała, że na grobie wyrosło młode drzewko, olcha. Kobieta zrozumiała, że klątwa została zdjęta i wielce się uradowała. Od tego dnia żyła w szczęściu i spokoju, o drzewko zaś dbała niby o własne dziecię…
Soll z trudem oderwał wzrok od równych linijek: „klątwa została zdjęta, klątwa została zdjęta”. Wciąż powtarzał te słowa, słysząc je w poszumie wiatru, świergotaniu ptaków, w czyichś krokach na korytarzu bursy. Klątwa została zdjęta.
Wielkie nieba! Warto było noce i dni garbić się nad tą okropną książką, żeby jakby mimochodem natknąć się wreszcie na historię ze szczęśliwym zakończeniem. Dziekan Łujan jest niezwykle mądrym człowiekiem. Klątwa została zdjęta… KLĄTWA MOŻE BYĆ ZDJĘTA.
Głupkowato uśmiechnięty, spoglądał w okno, obserwując jak wśród traw ściga motyla jakiś bezpański pies. Zapomniał o zimnych nocach pod mostami i kłującym zmęczeniu nóg. Teraz w duszy uganiał się jak ten szczeniak za motylkiem. Był szczęśliwy.
Jestem szczęśliwy, pomyślał. Wstał i zataczając się jak pijany, wszedł na parapet.
Nadchodził ciepły, wiosenny wieczór. Nad podwórcem uniwersyteckim widniał kwadrat błękitnego, przedwieczornego nieba, po którym powoli, jakby na pokaz, krążyły gołębie. Oświetlone promieniami zachodzącego słońca białe ptaki wydawały się różowe, jak owocowe lizaki. Mężczyźnie chciało się płakać i krzyczeć na całe gardło, tak jakby ciężar klątwy już przestał istnieć i blizna zniknęła z policzka, zmyta jak brudna plama. Nie mając odwagi śpiewać, ograniczył się do tego, że radośnie uśmiechnął się do psa biegającego po trawie.
– Hej, Soll! – usłyszał za plecami zdziwiony okrzyk.
Wciąż jeszcze uśmiechnięty Egert odwrócił się w stronę drzwi. Na progu stał Lis, wytrzeszczając oczy i także szczerząc się od ucha do ucha.
Przed bystrymi oczami aptekarskiego syna nic się nie mogło ukryć, toteż zauważył szczególne względy, jakimi obdarzył dziekan Łujan wolnego słuchacza Solla, powierzając mu cenne dzieło. Już od paru dni skręcała Lisa ciekawość, lecz ponieważ odnosił się do dziekana z lękliwym szacunkiem, nie odważył się zajrzeć do książki ani zadać wprost pytania Egertowi. Obserwując, jak Soll spędza całe noce i dni nad pożółkłymi stronicami traktującymi o magii, poczuł respekt także do niego. W sumie uradowała go zmiana nastroju współlokatora, toteż ucieszył się, kiedy kolega zgodził się wybrać wraz z nim tego dnia na miasto.
Przy głównym wejściu do uniwersytetu Lis nie omieszkał poklepać zadek drewnianej małpy, wygładzony setkami dłoni. Soll zebrał się na odwagę i poszedł za przykładem kolegi.
Ten tradycyjny gest dodał mu pewności siebie. Wieczór był ciepły, pełen przyjemnych dźwięków i zapachów, nieco przytłumionych nadciągającym zmierzchem. Niebo ciemniało, lecz daleko jeszcze było do nadejścia nocy. Egert szedł z głową odchyloną do tyłu, czując jak wiatr igra z jego włosami i całym ciałem odczuwając niemal zapomniane wrażenie radosnego spokoju.
Spotkali po drodze hałaśliwą grupkę studentów. Egert rozpoznał znajome twarze. Lis na jeden uścisk dłoni poświęcił prawie pół godziny. Dalej poszli razem. Soll starał się trzymać blisko Lisa i starannie wykonywał rytuały ochronne: zaciskał w pięść prawą dłoń, lewą zaś chwycił za guzik.
Na początek zawadzili o niewielką traktiernię z jednym sporym stołem w centrum, z podwieszoną pod sufitem klatką, w której siedział tłusty, flegmatyczny królik. Przybytek zwał się „Pod Zającem”. Weseli studenci osuszyli szklanice wina. Kwaśny cienkusz sprawił Sollowi znacznie większą przyjemność niż wszelkie wykwintne trunki, jakie pił dawniej.
Rozradowana grupa wytoczyła się na ulicę. Lekko podchmielony Egert poczuł się na tyle pewnie, że zapomniał o ochronnych zabiegach. Lis kroczył przodem, jako prowodyr. W jakimś zaułku wyłowili dwie bystrookie dziewki, toteż kompania szła dalej przy akompaniamencie ich nieustannego pisku i chichotu.
Następna tawerna zwała się „Upojenie” i zatrzymali się w niej dłużej. Egert nie wylewał za kołnierz, zaś dziewczynki, nieomylnym instynktem wyłuskawszy najprzystojniejszego studenta, kłębiły się wokół niego jak rybki wokół nadzianego na wędkę smakowitego kąska.
Coś ich pędziło dalej. Ujrzawszy światełko w oknie na parterze, Lis z niespodziewaną dla tak wątłego ciała siłą podniósł na rękach chętną dziewkę i zręcznie podwinąwszy jej spódnicę, przykleił obnażoną częścią do szyby. Dziki wrzask, jaki rozległ się z wewnątrz, wywołał niepohamowany rechot studenterii, która aż trzymała się za brzuchy. Wziąwszy dziewczynę pod ramię, przywódca poprowadził dalej swoje stadko, nie czekając, aż wyskoczy z domu rozsierdzony obywatel.
Figiel wszystkim się bardzo spodobał. Lis powtórzył go wielokrotnie z pomocą przyjaciół, chwytając na zmianę panienki. Za którymś razem trzeba było salwować się ucieczką, gdyż gospodarz poszczuł ich psem. Ten incydent był szczególnie niemiły dla Solla, gdyż znany mu dobrze strach przypomniał o sobie lodowatą kulą w żołądku i mięknącymi nogami. Biegł jednak za pozostałymi, Lis zaś tak pociesznie naśladował bezsilnego łańcuchowego burka, że Egert w końcu przestał się bać.
Tawerna „Miła Fantazja” wbrew nazwie nie zachęcała, by w niej dłużej posiedzieć. Egert doszedł do wniosku, że wesołą kompanię wypłoszyły przede wszystkim zasiadające w kącie ponure, zakapturzone postaci w szarych opończach. Chociaż Sług Łaszą było tylko trzech, studenci bez słowa zawrócili i wyszli. Soll udał się w ślad za nimi, z lekka żałując owej decyzji. Jak się wkrótce okazało, niepotrzebnie, gdyż następna karczma „Jednooka Mucha” okazała się lepsza niż dotychczas odwiedzane.
Przybytek ów służył za miejsce spotkań niejednemu pokoleniu żaków. Jakby przez analogię do Wielkiej Auli wzdłuż sporej izby ciągnęły się długie ławy i stoły, w kącie zaś znajdowało się coś na kształt uniwersyteckiej katedry. Przysiadając swoim zwyczajem na skraju ławki, Egert wsłuchiwał się w niezliczone sprośne kuplety, których jego nowi koledzy znali całą masę. Rumieniąc się jak niewinna panienka, to znów pokładając się ze śmiechu, Soll podchwycił w końcu refren:
Nie trać czasu, miły, nie gadaj!
Cała płonę, bo dziurka niesmarowana!
Wracali w całkowitej ciemności. Egert trzymał rękaw Lisa, żeby nie zabłądzić. Obaj byli mocno pijani. Kiedy wtoczyli się do swego pokoju, Lis przede wszystkim postarał się skrzesać ognia, przy czym upuścił na podłogę sprzączkę od płaszcza. Siadł na łóżku i oznajmił, że droga jego życia jest wyschła i chropawa jak psi język. Współczując druhowi i pragnąc mu dopomóc, Soll zaczął szukać sprzączki na czworakach, trzymając świecę w zębach. Kiedy zajrzał pod swoje łóżko, zauważył pod ścianą ciemny, zakurzony przedmiot.