Выбрать главу

– Hej! – zaciekawił się Lis. – Co tak pod łóżkiem buszujesz?

Egert podniósł się z książką w dłoni.

– No proszę – skonstatował jowialnie kolega, ściągając trzewik. – To pewnie tego chłopaka, który tu mieszkał przed tobą. A sprzączki nie znalazłeś?

Soll postawił świeczkę na stole i położył obok swoje znalezisko. Starł kurz z okładki i rozłożył posklejane stronice.

Była to historia wojen i wodzów. Przewróciwszy parę kartek, Egert natrafił na złożoną we czworo kartkę. Jedna strona była czysta, tylko w jednym rogu czernił się jakiś znaczek, na drugiej zaś stronie…

Soll jakiś czas spoglądał na rysunek i wytrzeźwiał gwałtownie, jakby zlany kubłem zimnej wody. Był to portrecik Torii.

Twórca był bez wątpienia niedoświadczony, lecz utalentowany, postarał się uchwycić przede wszystkim wyraz jej oczu, ową spokojną życzliwość, z jaką panna spoglądała na Egerta przy pierwszym spotkaniu. Ujrzał dobrze znane pieprzyki na szyi, długie rzęsy i wargi rozchylające się w uśmiechu…

Lis czknął, rzucając na podłogę drugi trzewik.

– Co tam znalazłeś?

Z trudem odrywając wzrok, Soll przykrył rysunek dłonią, jakby była to jego tajemnica, której Lis nie powinien poznać…

Przytomniejąc, otworzył książkę na pierwszej stronie, szukając podpisu właściciela.

Były tam dwie litery: „D. D. „

Egert poczuł uderzenie gorąca do głowy.

– Kajetanie – zapytał szeptem, starając się brzmieć spokojnie – kto tutaj wcześniej mieszkał?

Lis milczał chwilę, wyciągnięty na łóżku.

– Mówili mi, że całkiem sympatyczny chłopak, imieniem Dinar. Nie miałem okazji go poznać. Zanim tu przyszedłem, wyjechał i gdzieś zginął zabity…

– Kto go zabił? – wyrwało się Egertowi.

– A skąd mogę wiedzieć? – mruknął Lis. – Jakiś łotr, ale nie wiem jak i gdzie… Nie stój jak słup, może byś zgasił świeczkę?

– Egert zdmuchnął płomyk i jakiś czas stał nieruchomo w ciemnościach.

– Podejrzewam – mamrotał sennie kolega – że musiał być sympatyczny, bo jakżeby inaczej Toria… córka dziekana… chciała wyjść za niego. A podobno się z nim zaręczyła i dawali na zapowiedzi…

– Mieszkał w tym pokoju? – wyszeptał Egert sztywnymi wargami. – Spał w tym łóżku?

Lis ułożył się wygodniej.

– Nie bój się. Nie zjawia się tu jego widmo. To nie był taki typ, żeby swoich byłych koleżków po nocach straszyć… Mówiłem, że porządny był… Lepiej już śpij.

Coś tam jeszcze zaburczał nieartykułowanie, aż dał się słyszeć równy oddech.

Egert przemógł się, rozebrał i położył, naciągając kołdrę na głowę. Spędził tak całą noc, z zamkniętymi w mroku oczyma i zatkanymi uszami mimo zupełnej ciszy.

Każdego ranka, budząc się, Dinar Darran widział nad sobą ten sam pochyły sufit z dwiema szparami w rogu. Ich zarys przypominał szeroko otwarte oko. Codziennie przychodziło Egertowi na myśl to porównanie, ale może tamten widział rzecz inaczej?

Codziennie Dinar zdejmował płaszcz z haczyka wbitego w ścianę nad łóżkiem i wyglądał przez okno. Przed jego oczyma rozciągał się bez wątpienia ten sam obrazek, jaki teraz widział Solclass="underline" podwórzec uniwersytecki z zielonym klombem pośrodku, pusta ściana po prawej i rząd wąskich okienek po lewej, a naprzeciwko masyw głównego budynku z dwoma balkonami. W tym momencie na jednym z nich woźny otrzepywał kurz ze starej mapy, wyszytej jedwabiem na aksamicie, sprawiając, że tuman pyłu ulatywał wokół balkonu.

Człowiek zabity przez Solla mieszkał w tej ciasnej klitce, codziennie chodził na wykłady, czytał podręcznik historii wojen i wodzów, sam jednak nie nosił broni i nie odczuwał takiej potrzeby. Toria, wtedy jeszcze wesoła i spokojna, nie zamknięta w sobie i wyalienowana, jak obecnie, z przyjemnością się z nim spotykała każdego dnia. Mieli mnóstwo wspólnych tematów do rozmów, przesiadując czasami w bibliotece lub auli, czy też w jakimś pokoiku na uboczu. Czasem Dinar zapraszał Torię do siebie, a wtedy swoim zwyczajem przysiadała na skraju stolika i kręciła ostrym noskiem trzewiczka…

Potem pojawił się temat małżeństwa. Z pewnością Dinar miał niezłego stracha, prosząc dziekana o rękę jego córki. Okazało się jednak, że dziekan był mu życzliwy, toteż szczęśliwi narzeczeni wybrali się w podróż… Przedślubną? Raczej ekspedycję naukową. Poszukiwali jakichś rękopisów… Tak czy owak, celem ich podróży stał się Kawarren, gdzie w karczmie zasiadał w grupie kolegów Egert Soll…

Nieodgadnione zamiary dziekana Łujana. Całkiem nieprzypadkowo wolne miejsce po Dinarze dostało się jego zabójcy. A książka z portretem? Ile dni przeleżała w ciemnym kącie pod łóżkiem, czekając, aż znajdzie ją Egert?

Rankiem, gdy kroki odchodzącego Lisa zmieszały się z tupotem innych, spieszących na zajęcia studentów, Egert zrzucił wreszcie kołdrę z głowy i wstał.

Był cały obolały po bezsennej nocy. Książkę schował pod poduszką. Egert odważył się popatrzeć na portret przy dziennym świetle.

Nigdy jeszcze prawdziwa, żywa Toria nie patrzyła na Solla tak, jak teraz, na rysunku. Zapewne spoglądała tak tylko na Dinara, on zaś, jak to zakochany, próbował uwiecznić to spojrzenie na papierze i podzielić się ze światem swoją radością. A może było inaczej. Być może portrecik w ogóle nie był przeznaczony dla cudzych oczu i Soll popełnia wykroczenie, rozkoszując się nim przez długie minuty…

Z trudem oderwawszy wzrok, spojrzał na wyszczerbiony blat stolika. Ciężar na sercu, dręczący go całą noc, nasilił się i zamienił w melancholię.

Prawie nie pamiętał twarzy Dinara. Ani razu nie spojrzał mu w twarz. Pamiętał tylko skromny, ciemny strój, drżący głos i nieudolne szermowanie cudzą szpadą. Gdyby ktoś go spytał, jakiego koloru były oczy albo włosy Dinara, nie umiałby odpowiedzieć. Nie pamiętał.

O czym myślał nieznajomy młodzian, wykonując ołówkowy szkic? Rysował z pamięci, czy Toria siedziała przed nim, chichocząc wobec trochę niezręcznej sytuacji? Dlaczego tych dwoje musiało zjawić się w Kawarrenie, jakie złe fatum pchnęło ich do tej podróży i dlaczego zły los pokierował dłonią Egerta?… Przecież wcale nie chciał…

Nie chciałem tego, rzekł do siebie, lecz ciężar na sercu nie ustępował, jakby ktoś zaciskał na nim rdzawe, żelazne szpony. Próbując przypomnieć sobie oblicze Dinara, całkiem realnie wyobraził go sobie, siedzącego przy stoliku w tym pokoju. Bał się spojrzeć w tamtą stronę, by nie napotkać jego spojrzenia.

Nie chciałem, powiedział Egert do wyobrażonego Dinara. Nie chciałem ciebie zabijać, sam się nadziałeś na sztych… Czy jestem mordercą?!

Dinar nie odpowiadał. Rdzawe szpony zaciskały się…

Otrząsnął się i przewrócił stronicę, zakrywając nią portrecik. Spojrzał na czarne szeregi liter i przebiegł machinalnie oczyma kilka razy ten sam urywek, będący jakby odpowiedzią na jego myśli: „Uważa się, że Hars, Opiekun Wojowników, był w niepamiętnych czasach realną osobą i wykazywał się wielką walecznością i okrucieństwem… Opowiadano, że dobijał rannych, również takich, których dałoby się jeszcze uratować, czynił więc to nie z miłosierdziem, lecz z czysto pragmatycznej przyczyny: ranny będzie dla wszystkich ciężarem, lepiej więc go zakopać niż…”

Dinara zakopali pod gładką, nieozdobną płytą. Szpada przebiła go na wskroś. Ostatnim, co ujrzał w życiu, była twarz jego zabójcy. Czy zdążył pomyśleć o Torii? Jak długo trwała dlań sekunda konania?

Cmentarz pod murami miejskimi Kawarrenu… Ptaki, zastygłe na nagrobkach. I napis na jednym z nich: „Znowu pofrunę”.