Выбрать главу

Rdzawe szpony zacisnęły się w kułak. Egert odczuł nieznośne poczucie winy. Nigdy jeszcze nie odczuwał tak moc no nieodwracalności tragicznych wydarzeń na tym świecie pełnym fatalnych przypadków i nieubłaganej śmierci. Niektóre rzeczy dają się naprawić, innych nie da się cofnąć, chociaż żal…

Z trudem się opamiętawszy, Soll zdał sobie sprawę, że ściska w dłoni kartkę z portretem. Długo potem wygładzał na stole pomięty papier. Przygryzając dolną wargę, zastanawiał się, co powinien teraz uczynić. Czy Toria wie o rysunku? Być może szukała go i martwiła się, nie mogąc znaleźć, a może zapomniała o nim przygnieciona nieszczęściem. Możliwe też, że nigdy nie widziała portretu, a Dinar stworzył go w porywie natchnienia, a później ukrył?

Schował rysunek do książki, po chwili jednak nie wytrzymał i spojrzał nań znowu. Ostatni raz, powiedział sobie, bo chcąc nie chcąc, trzeba oddać książkę dziekanowi. Być może to jakaś pułapka i lepiej byłoby odłożyć znalezisko z powrotem w kąt. Może jednak to ważna dla Torii pamiątka? Rysunek należy do niej. Soll odda go dziekanowi, on zaś sam zdecyduje, czy i kiedy pokaże go córce…

Kiedy podjął decyzję, zrobiło mu się lżej na duszy. Ściskając książkę w dłoni, podszedł do drzwi, zamierzając iść do dziekana. Zawrócił. Posiedział chwilę przy stoliku, potem wziął wolumin pod pachę, zacisnął zęby i wyszedł na korytarz.

Droga okazała się długa i trudna. Idąc nią, Soll zdał sobie sprawę z bezsensowności swego pomysłu. Zjawi się u dziekana, odda książkę, przyznając tym samym, że widział rysunek… Czyj? Zabitego narzeczonego Torii, ofiary bezmyślnego okrucieństwa…

Dwakroć zawracał. Spotkani po drodze studenci spoglądali nań ze zdziwieniem. Ściskając książkę zdrętwiałymi palcami, Soll stanął wreszcie u drzwi gabinetu. Gotów był dać drapaka, czuł się bowiem jak ktoś zmuszony przyznać się do osobistej podłości.

Całym sercem pragnął, by dziekana nie było w gabinecie. Serce zamarło, gdy usłyszał znajomy głos:

– Egert? Wejdź, proszę.

Stalowe skrzydło na ścianie mętnie połyskiwało, a regały z książkami zdawały się groźnie chylić nad przybyszem. Dziekan porzucił pracę i wstał na przywitanie gościa. Egert spuścił oczy, nie mogąc znieść jego spojrzenia.

– Przyszedłem… oddać…

– Już przeczytałeś? – zdziwił się dziekan.

Soll westchnął ciężko i zaczął od nowa:

– To nie ta książka. Tę… znalazłem.

Nie czując się na siłach mówić więcej, wyciągnął dłoń z fatalnym tomikiem.

Czy drgnęła dłoń Egerta, czy Łujan ujął książkę niezręcznie, w każdym razie zafurkotała kartkami niczym żywa istota i nieomal upadła na podłogę. Biała kartka zatoczyła łuk w powietrzu i spadła u stóp młodzieńca. Narysowana Toria rozchylała wargi do uśmiechu…

Minęła chwila, podczas której dziekan nawet nie drgnął. Egert schylił się powoli, jak we śnie i podniósł portret. Pokonując sam siebie, wręczył go dziekanowi. Inna dłoń wyrwała mu go z taką siłą, aż zaszeleścił rozdarty papier.

Soll podniósł wzrok i ujrzał stojącą blisko, drżącą, pobladłą z gniewu Torię. Egert cofnął się przed jej nienawistnym spojrzeniem.

Być może chciała powiedzieć, że Soll popełnił świętokradztwo, skoro rysunek Dinara splugawiły dłonie jego zabójcy, że dotykając własności jej narzeczonego, Egert przekroczył wszelkie granice niegodziwości. Być może chciała to wszystko powiedzieć, ale przypływ gniewu odebrał jej zdolność mówienia. Wszystkie skrywane dotychczas uczucia miała jednak wypisane na twarzy. Człowiek splamiony krwią Dinara plugawił swą obecnością nie tylko mury uniwersytetu, lecz także pamięć o jej ukochanym.

Nie spuszczając morderczego spojrzenia z Egerta, Toria wyrwała z dłoni ojca książkę Dinara. Głęboko wciągnęła powietrze, żeby coś powiedzieć, lecz zamiast tego uderzyła z całej siły młodzieńca książką po twarzy.

Głowa Solla zachwiała się. Wyczerpawszy w uderzeniu całą dławiącą ją wściekłość, dziewczyna odzyskała zdolność mówienia. Słowa pojawiły się razem z następnym uderzeniem.

– Bydlaku! Jak śmiesz!

Wątpliwe, by sama rozumiała, na co może lub nie może ośmielić się Egert. Całkiem tracąc panowanie nad sobą, biła go książką po twarzy, krzycząc:

– Jak śmiesz, łajdaku! Wynoś się!

Zalewała się łzami rozpaczy.

– Toria!

Dziekan chwycił dłoń córki. Niedługo się wyrywała. Opadła na kolana, zanosząc się histerycznym łkaniem.

– Nienawidzę go… nie… na… widzę…!

Egert stał nieruchomy, niezdolny zrobić kroku. Wokół warg spływała na podbródek krew z rozbitego nosa.

Siedział na krawędzi kanału, spoglądając od dołu na łukowaty mostek, na omszałe kamienie pobłyskujące od wody, solidną kładkę, rzeźbioną balustradę, stąpające nogi i turkoczące koła, buciory, trzewiczki, bose stopy, czarne od brudu, a potem znowu koła, kopyta, trzewiki…

Co pewien czas zanurzał w wodzie poplamioną chustkę do nosa i ponownie przykładał do twarzy. Krew nie płynęła już tak obficie, lecz jej widok nieodmiennie wstrząsał Egertem.

Patrzył na gładką powierzchnię wody i wspominał płacz Torii.

Po raz pierwszy ujrzał jej łzy. Nie uroniła ani jednej nad trupem Dinara ani na pogrzebie. Soll wprawdzie nie uczestniczył w ceremonii, lecz dowiedział się o tym od kogoś.

Nie była z tych, które płaczą przy świadkach. Widocznie ból stał się nie do wytrzymania, a Egert najwidoczniej po to zjawił się na tym świecie, aby przysparzać jej cierpień. Chętnie uwolniłby świat od swej osoby, ale nie wiedział jak. Tułacz nie pozostawił mu wyboru…

Tułacz.

Egert wyrzucił chusteczkę, wyglądającą jak brudna szmatka. Będzie musiał wrócić na uniwersytet. Musi spotkać się z przejezdnym lokatorem „Wspaniałego Miecza”. Będzie musiał przekonać nieznajomego, strasznego człeka, ubłagać go, jeśli będzie trzeba na kolanach, by zdjął klątwę, bo inaczej Egert oszaleje.

Podniósł się z trudem i wszedł na most. Uskoczył przed nadjeżdżającą karetą. Szedł powoli dobrze znaną ulicą, ostrożnie się rozglądając i starając nie wychodzić na jej środek, by uniknąć dalszych zagrożeń. Czuł na twarzy piekące ślady uderzeń.

Przechodząc placykiem gdzie znajdowała się pośrodku kamienna statua Widziadła Łaszą, ominął z daleka grupkę osobników w szarych opończach. Miał wrażenie, że jest przez nich obserwowany spod kapturów, lecz w tejże chwili zakonnicy odwrócili się i poszli swoją drogą.

Nad wejściem do perfumerii przyciągała oko czerwienią ogromna, sztuczna róża, emblemat cechowy. Pąk kwiatu przypominał raczej główkę kapusty, zwieszając się z miedzianego, skrzypiącego szyldu. Na witrynach stały w szeregach, jak żołnierze podczas apelu, flakoniki perfum. Egertowi zakręciło się w głowie od gęstych, zmieszanych zapachów, dochodzących z otwartych drzwi. Przeszedł prędko dalej i nagle zamarł. Dziwny, niewytłumaczalny impuls kazał mu się zatrzymać.

W emanującym aromatami wnętrzu spadł z brzękiem i rozbił się jakiś ciężki przedmiot. W ślad za tym dały się słyszeć cienki, dziecięcy okrzyk i połajanki starszych. Po chwili ze sklepu wyskoczył wysoki mężczyzna, otrzepujący z gniewną miną polany czymś rękaw. Zapewne klient. Później właściciel sklepu, którego Egert rozpoznał po różyczce wytatuowanej na dłoni, wyciągnął za ucho mniej więcej dwunastoletniego ucznia.

Scenki tego rodzaju nie były niczym zaskakującym w dzielnicy rzemieślniczej. Majstrowie często wymierzali kary, przechodnie zaś przyjmowali obojętnie wrzaski karconych czeladników, spiesząc w swoich sprawach. Mały naraził się ogrom nie, kupiec był rozsierdzony nie na żarty. Stojąc o kilka kroków, Egert widział jak mistrz krzepko macha rzemieniem, tak że tatuowana róża zdaje się ożywiać i rozchylać płatki.