Выбрать главу

Chłopaczek tkwił między mocno zaciśniętymi kolanami kupca. Soll widział czerwone od targania ucho pod kosmykiem jasnych, słomianych włosów, oczy zaokrąglone ze strachu, z drugiej zaś strony zaróżowioną część ciała między spuszczonymi spodniami a podciągniętą koszulą.

Kupiec uderzył. Egerta ogarnęła fala bólu.

Stał blisko. Niepojętym sposobem ból bitego chłopca spłynął nań z taką siłą, jakby ktoś go obdzierał ze skóry rzeźniczym sposobem. Dołączyło się do tego coś jeszcze gorszego. Soll pojął w jednej chwili, że perfumiarz lubi katować, dając upust przepełniającemu go rozdrażnieniu i że w zasadzie jest mu wszystko jedno, kogo bije, byle tylko mógł poczuć przewagę i ukoić udręczoną duszę. Egert nie zdążył się nawet zdziwić temu wszystkiemu, kiedy coś go zaniosło na jezdnię. Ktoś krzyknął, razy sypały się jeden za drugim, a Soll poczuł, że zaraz zemdleje.

Uciekł bez namysłu. Potem znowu szedł, ledwie powłócząc nogami. Z każdego okna, każdej bramy i każdego zaułka emanował ból, wzbierając wysoko jak woda na tamie.

Odbierał tylko nikłe sygnały, słabsze albo silniejsze. Ktoś tam płakał, ktoś odbierał razy, ktoś je zadawał, ktoś znowu cierpiał z powodu, że nie jest tym, kim chciałby być. Jedno okno dosłownie buchało złem: jakiś osobnik skryty w ciemnościach pokoju pragnął zadać komuś gwałt. Odczucie to sprawiło, że Egert zdołał przyspieszyć kroku. W karczmie była bójka. Soll poczuł ciarki na skórze, wyczuwając czyjś zapał, z jakim tamten zadawał ciosy pięściami.

Miasto zawisło nad młodzieńcem, niczym kawał gnijącego sera, upstrzonego dziurami okien i drzwi. Ze wszystkich stron płynęły ku niemu fale agresji, które czuł całą skórą. Wydało mu się nawet, że widzi jej kosmate smugi, drżące jak galareta. Przemoc przeplatała się z cierpieniem, cierpienie wywoływało przemoc. Mąciło mu się od tego w głowie.

Dosłownie cudem dotarł do uniwersytetu, a może prowadziła go intuicja. Przy wejściu ktoś zawołał na niego i nie doczekawszy się odpowiedzi, dogonił go.

– Hej, Soll! – wołał zdziwiony Lis. – Co z tobą, zdaje się, że ktoś ci dał po gębie?

Złośliwe zwykle, piwne oczka patrzyły nań współczująco. Lis zapewne nie po raz pierwszy był w podobnej sytuacji. Patrząc na jego okrągłą, dziecięcą buźkę, Soll pojął, że kolega naprawdę go żałuje i nie ma w tym żadnego udawania.

– No nic, brachu – mówił dalej Kajetan, uśmiechając się szerzej. – Morda nie szklanka, całkiem jej nie rozbijesz. Będzie od tego twardsza…

Gmach uniwersytecki wydawał się oazą błogiego spokoju pośród morza zła. Osłabiony Soll wsparł się o ścianę i blado uśmiechnął.

Po blacie biurka dziekana toczyły się porcelanowe koraliki, które zsunęły się z rozerwanej nici. Spora ich część zniknęła w stosach papierów, inne stoczyły się na podłogę i skryły się w szczelinach posadzki. Powoli, z metodycznością godną lepszej sprawy, Łujan zbierał jeden za drugim na lewą dłoń, z której wzleciał po chwili chrabąszcz.

Buczące owady krążyły pod sufitem, wylatywały przez półotwarte okno i znowu wracały. Toria siedziała milcząca w kącie, z twarzą zakrytą włosami.

– Skrucha jest dobrą rzeczą – oznajmił dziekan z westchnieniem, wypuszczając pod sufit kolejnego owada – oczywiście do pewnego stopnia. Każde, nawet najgłębsze jezioro ma swoje dno. Gdzie by się, w przeciwnym wypadku, kryły raki?

Toria milczała.

– Gdy miałaś dziesięć lat – podjął, pocierając koniuszek nosa – sprowokowałaś bójkę z wiejskimi chłopakami. Matka jednego z nich przyszła potem do mnie ze skargą. Wybiłaś mu dwa zęby. A może trzy, pamiętasz?

Toria pozostawała nieruchoma.

– Potem zaś – dodał, unosząc znacząco palec – przychodził do nas codziennie i wywoływał ciebie na łowienie ryb albo do lasu, czy jeszcze gdzie indziej… Pamiętasz?

Córka szepnęła zza fali włosów:

– Łatwo ci mówić. A Dinar…

Znowu zamilkła, nie chcąc dalej płakać. Stara książka i zapomniany rysunek rozdrapały na nowo rany i teraz od nowa przeżywała swą stratę.

Jeden z owadów zderzył się z półką i spadł na podłogę, poleżał chwilę nieruchomo, potem znowu pofrunął, bucząc gromko.

– Wiesz przecież, jak lubiłem Dinara – rzekł cicho dziekan. – Był dla mnie jak przybrany syn. Tak było. Wierz mi, do dzisiaj gorzko żałuję waszego wspólnego niedoszłego życia, nienapisanych książek i nienarodzonych dzieci. Był obiecującym młodzieńcem, miłym i utalentowanym, a jego zguba była krzyczącą niesprawiedliwością… Zauważ jednak, że Soll… wiem, że niemiłe ci już samo nazwisko… mógł ukryć tę książkę, wyrzucić ją, oddać kucharce na podpałkę, czy też sprzedać… Postanowił jednak oddać ją mnie, a przeze mnie tobie. Rozumiesz, jakiej odwagi to wymagało?

– Odwagi? – powtórzyła wzgardliwie. – Odwaga i obecny Soll? To równie absurdalne jak…

– Jak taniec meduzy z bębenkiem – spokojnie dokończył dziekan.

Zaskoczona Toria nie odpowiedziała.

Jej ojciec obserwował w zadumie korowód owadów pod sufitem, mamrocząc pod nosem słowa starej, dziecinnej piosenki:

– Meduza zatańczy z bębenkiem, kret ostrygi na obiad przyniesie…

Spuścił ciężko dłoń na blat biurka, jakby chciał zmiażdżyć muchę.

– W tym wypadku masz rację… Wspominając jednak Dinara, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, że w podobnej sytuacji byłby zdolny napawać się tak nienawiścią. Nie umiem sobie tego wyobrazić. A ty?

– Temat zamknięty, ojcze! – krzyknęła.

Łujan znów westchnął i pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć do córki: jak cię jeszcze mam przekonywać? Toria zerwała się, odrzuciwszy włosy na plecy. Jej zapłakane oczy spotkały się ze spokojnymi źrenicami dziekana.

– Temat zamknięty! Dinar umarł, leży już w ziemi… I nikt oprócz mnie nie ma prawa sądzić, jakby postąpił! Dinar był mój i do mnie należy pamięć o nim. A ten… Soll… miał czelność… To przecież morderca, więc dlaczego mu pozwalasz… Nie chcę go znać ani widzieć. Jak on mógł… Dotykać… Patrzeć… A ty…

Szloch przerwał jej słowa. Chrabąszcze krążyły pod sufitem w nieustannym korowodzie. Dziekan ciężko wstał zza biurka.

W jego dłoniach była delikatna, drżąca i mokra jak zabłąkany kociak. Objął ją niepewnie, nie chcąc jeszcze bardziej denerwować, wszak od dawna nie była już dzieckiem. Toria zastygła na chwilę, a zaraz potem wtuliła się w pierś ojca, okrytą czarnym kaftanem.

Trwali tak jakiś czas. Toria się wypłakała, potem odsunęła od ojca.

– Ty wiesz lepiej – rzekła nieco zawstydzona, patrząc w podłogę. – Myślę, że jeszcze pożałujesz, że przyjąłeś tego człowieka, ojcze. Kiedyś był przynajmniej odważny, teraz stał się tchórzem. To jeszcze gorsze. Nie tutaj jego miejsce, ale między sługami Łaszą!

Dziekan zmarszczył brwi. Przesunął palcem po grzbietach książek, szczególnie czule gładząc pokryty sierścią.

– Zastanawiam się – powiedział półgłosem, nie odwracając głowy – dlaczego Tułacz tak z nim postąpił? W jakim celu? Czy to nie wszystko jedno: jeden łajdak więcej, jeden mniej?

Toria westchnęła ciężko.

– Nie nam sądzić, dlaczego Tułacz postąpił tak, a nie inaczej. Myślę, że uczynił słusznie. Chciałabym spotkać go i uścisnąć mu dłoń.

Dziekan skinął głową.

– Można uścisnąć jego dłoń… jeśli się człowiek odważy.

Toria uśmiechnęła się krzywo.

– Dawno temu – kontynuował – bardzo chciałem spotkać Tułacza, a teraz jestem szczęśliwy, że do tego nie doszło. Któż to wie, kim jest naprawdę…