Выбрать главу

Przygarbiona dziewczyna ruszyła ciężkim krokiem w stronę drzwi. Już na progu zatrzymała się chwilę i obejrzała przez ramię, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnowała.

Łujan uniósł oczy ku górze. Chrabąszcze zamieniły się w koraliki i z chrzęstem rozsypały po podłodze.

Minęło kilka dni. Każda ich minuta była dla Solla wypełniona masą nieprzyjemnych, zagmatwanych refleksji. Lis wyjechał na krótko do rodziców na przedmieściu, Egert pozostał więc sam w pokoju i napawał się samotnością, tęskniąc od czasu do czasu.

Nowe dlań, męczące zjawisko, odczuwanie całą skórą cudzego cierpienia i przemocy, nieco się w nim stępiło, przytaiło, niczym żądło w osim odwłoku. Egert cieszył się każdą chwilą wytchnienia, wiedział jednak, że owa niemiła właściwość wcale go nie opuściła i jeszcze da znać o sobie.

Najgorsze były godziny poświęcone myślom o Torii. Próbował je odgonić, lecz podstępnie wracały, lepkie i grząskie jak rozmyta glina, na dodatek pełne niezdecydowania. Zmęczony ową walką, brał do ręki książkę o zaklęciach i siadał z nią przy oknie.

I zaklęta była owa studnia. Woda w niej była zatruta, powiadano też, że w skrzypieniu kołowrotu dały się słyszeć żałosne jęki.

Zamek był przeklęty. Od tej pory jego kręte schody wiodły do podziemnych otchłani, na wieżach rozsiadły się rozmaite stwory. Kto wszedł na zamkowe mury, ujrzał wokół siebie same zgliszcza, kto zaś wszedł do zamkowych komnat, nie wrócił już między żywych.

Pewnego dnia osamotnienie Solla okazało się tak nieznośne, że przemogło strach. Nie miał sił spotykać się z dziekanem ani z kolegami studentami, postanowił wyjść do miasta, z głową pełną mrocznych i smutnych myśli.

Szedł powoli, z głową wciśniętą w ramiona, obawiając się własnych odczuć. Mijały kolejne minuty. Mieszkańcy miasta budzili się, kramarzyli, pracowali i bawili się, lecz fale ich namiętności docierały do Egerta rzadko i słabo. Być może owe słabe odgłosy były tylko płodem jego wyobraźni. W każdym razie trochę się uspokoił. Kupił sobie rurkę z kremem i zjadł z wielkim apetytem.

Machinalnie oblizując pusty już wafelek, Soll stał na wygiętym mostku, wsparty o balustradę. Od dziecka lubił patrzeć na wodę. Obecnie, śledząc oczyma za jakąś powoli tonącą szmatą, przypomniał sobie most u bramy miejskiej Kawarrenu, mętną wiosenną Kawę i nieznajomego o przenikliwych, świetlistych oczach, który zadecydował o dalszym losie Egerta…

Potrząsnął głową, próbując przegnać wspomnienia i niechętnie oderwawszy się od balustrady, ruszył w powrotną drogę.

W niewielkim, pustym akurat zaułku siedział żebrak. Ziemia dookoła niego przykryta była połami jego obszernego płaszcza, a z szerokiego, podartego rękawa sterczała nieruchomo sucha, sczerniała dłoń, niczym uschła gałąź. Siedział nieruchomo, jak widmo, tylko wiatr mierzwił siwe włosy, całkowicie zakrywające twarz.

Trudno było zrozumieć od kogo żebrak spodziewał się otrzymać jałmużnę w takim miejscu, gdzie wokół nie było żywej duszy, ściany pozbawione były okien, a wyciągnięta dłoń wskazywała jedynie parę psów, bezwstydnie kopulujących na samym środku uliczki. Żebrak nie podejmował w związku z tym żadnych wysiłków, siedział dalej jakby wykuty z kamienia.

Tysiąc razy zdarzyło się Sollowi przechodzić koło żebrzących, nie zaszczyciwszy ich nawet jednym spojrzeniem, jednakże zapomniany w ślepym zaułku starzec z wyciągniętą dłonią sprawił, że drgnęło mu serce. Być może ujął go swym cierpieniem, a być może dręczyło go wciąż poczucie osobistej klęski. Dłoń Solla samoistnie powędrowała do sakiewki: miał w niej jeszcze dwie złote monety, dziesięć srebrnych i tyle samo miedzianych. Egert wydobył miedziak i przełamując lęk podszedł do staruszka, zamierzając rzucić pieniążek do czarnej dłoni.

Żebrak poruszył się. Wśród siwych kosmyków błysnęło dwoje oczu, a po ulicy rozległ się nieoczekiwanie głośny, przeszywający okrzyk:

– Po… dziękować…

W tym momencie sucha dłoń pochwyciła nadgarstek Solla z taką siłą, że były oficer krzyknął mimo woli.

Z jakiejś bramy wynurzył się, jak duch, zdrowo wyglądający młodzik z rumianą gębą rzeźnika. Żebrak z niewiarygodną szybkością przebiegł wolną dłonią po odzieży Egerta i oderwał mieszek od jego paska. Wyglądało na to, że nie jest jeszcze taki stary. Sakiewka wylądował z brzękiem w dłoniach wspólnika. Egert, sparaliżowany w pierwszej chwili paniką, zaczął się w końcu wyrywać.

– Sza!

W prawicy młodzieńca pojawił się nagle szeroki, dobrze naostrzony nóż.

– Cicho sza!

Egert nie był zdolny wydobyć krzyku z zaciśniętego gardła ani zaczerpnąć powietrza. Młodzik zręcznie narzucił mu na szyję sznurową pętlę, wykręcając jednocześnie ręce do tyłu. Z pewnością było dla niego jasne, że najlepiej od razu udusić ograbionego mieszkańca miasta, żeby w razie czego nie rozpoznał rabusia. Soll próbował się słabo wyrywać, lecz strach wciąż go paraliżował.

Sznur na szyi drgnął. Nagle rozległ się skądś tupot nóg i gromkie:

– Stać!

Głowa Solla opadła na ziemię, lecz zaraz potem poczuł, że pętla przestała się zaciskać. Zerwał się i wyprostował. Żebrak w długim płaszczu i jego wspólnik ucieka li biegiem z zaułka, a tupot podkutych butów odbijał się od gładkich ścian. Zniknęli za rogiem i odgłos zaczął powoli cichnąć.

Na jezdni walały się kawałek sznura i nieszczęsna sakiewka. Soll nie był zdolny zrobić kroku. Czyjaś dłoń podniosła mieszek i wyciągnęła go w stronę właściciela.

– To pańskie, nieprawdaż?

Przed Sollem stał niewysoki, dość młody jeszcze człowiek w szarej opończy z kapturem. Egert drgnął mimowolnie, widząc habit bractwa Łaszą. Uśmiechając się lekko, Sługa Świętego Widziadła odchylił kaptur z czoła.

Kiedy jego twarz stała się całkowicie widoczna, okazało się, że nie ma w niej niczego strasznego ani złowieszczego. Jego szaroniebieskie oczy, takiego samego koloru jak Egerta, spoglądały nań ze współczuciem.

– Był pan w niebezpieczeństwie… Z pełną sakiewką lepiej się nie włóczyć pustymi zaułkami. Był pan bardzo nieostrożny, młody człowieku…

Zwrócił się tak, chociaż sam był niewiele starszy od niego.

– Tamci… uciekli? – spytał Soll, nie wierząc własnym oczom.

Mężczyzna się uśmiechnął.

– Wystraszyłem ich… Miejskie rzezimieszki są zdradliwe i tchórzliwe, a jak pan widzi…

Musnął kaptur.

– Cieszę się wśród nich pewnym autorytetem.

Egert przeżył w tym mieście kilka miesięcy i wiedział, że sam widok szarej opończy mógł skłonić łapserdaków do ucieczki, nie tylko dwóch, ale nawet całą szajkę. Skinął pospiesznie głową, nie znajdując słów podziękowania. Sługa Łaszą znowu podsunął mu ocaloną sakiewkę, z ośmielającym uśmiechem.

– To wszystko, co mam… Dziękuję – wymamrotał Egert, jakby się usprawiedliwiał.

Tamten kiwnął głową, jakby przyjmując podziękowanie.

– Pieniądze to nie wszystko. Mogli pana zabić.

– Dziękuję – powtórzył gorąco Soll, nie wiedząc, co dalej robić i o czym rozmawiać. – uratował mnie pan i nie wiem, jak mam jeszcze dziękować.

Sługa Łaszą roześmiał się bezdźwięcznie, lecz zaraźliwie.

– Nie ma potrzeby… Uczciwi ludzie powinni się wzajemnie wspomagać, inaczej na świecie zostaliby sami łajdacy. Jestem brat Fagirra… A pan jest mieszczaninem?

Egert przedstawił się, jak wypadało. Usłyszawszy o uniwersytecie, Fagirra wyraził satysfakcję.

– Tak, to miejsce godne odpowiednich młodych ludzi… Jakie nauki pan głównie studiuje?

Zmieszany Egert wydusił z siebie, że interesuje się zwłaszcza historią. Fagirra kiwnął głową ze zrozumieniem.