– Historia wydaje się najbardziej ciekawa ze wszystkich nauk. Dawne legendy, księgi o wojnach i bohaterach, prawodawcach, magach… Myślę swoją drogą, że to zapewne wykładający ją dziekan Łujan zachęcił pana do owego przedmiotu?
Egert ucieszył się: pan Fagirra zna pana dziekana?
Sługa Łaszą poprawił go delikatnie: po pierwsze, należy o nim mówić „brat”, poza tym nie miał zaszczytu poznać osobiście dziekana, aczkolwiek sława mądrości pana Łujana od dawna rozchodziła się poza uniwersytetem.
Długo gwarzyli po przyjacielsku, przechodząc od zaułka do zaułka. Sollowi wydało się trochę dziwne, że tak po prostu rozmawia z człowiekiem w szarej opończy. Do tej pory zakonni wojownicy Łaszą wydawali się mu nieco straszni i niedostępni dla zwykłych śmiertelników. W końcu odważył się to powiedzieć nowemu znajomemu, wywołując u mnicha prawdziwą wesołość.
Gdy się już dostatecznie wyśmiał, poklepał Solla po ramieniu.
– Ech, Egercie… Imię i dzieło Łaszą okryte są tajemnicą, do której mało kto bywa dopuszczany. Jesteśmy Sługami Tajemnicy.
– Pytałem – wymamrotał nieśmiało Soll – wielu ludzi, ale nikt nie potrafił mi wyjaśnić, czym jest bractwo Łaszą…
– Fagirra spoważniał.
– Opowiadają o nas mnóstwo bzdur i domysłów, jak to zazwyczaj o czymś nieznanym. A pan, Sollu, chciałby istotnie dowiedzieć się czegoś więcej?
Egert nie był tego pewien do końca, lecz nie zdradził się ze swym wahaniem.
– Tak… oczywiście.
Fagirra pokręcił głową w zadumie.
– No cóż, Egercie… Zakon Łaszą okazuje zaufanie tylko nielicznym, lecz od pierwszego wejrzenia stwierdziłem, że dobrze panu z oczu patrzy. Jutro, przyjacielu, pojawi się rzadka możliwość wstąpienia do środka naszej Wieży… Chciałby pan tego?
Egert cały się skręcał pod przenikliwym spojrzeniem zakonnika, lecz nie miał odwagi odmówić.
– Tak.
Fagirra kiwnął głową radośnie.
– Czuje się pan nieswojo, rozumiem… Proszę wierzyć, że nie każdego spotyka taki zaszczyt, lecz jedynie wybrańców. Będę czekał na pana o siódmej wieczorem na rogu ulicy Fiołkowej. Wie pan, gdzie to jest?
Dodał później, kiedy się już pożegnali.
– A tak w ogóle proszę o pełną dyskrecję. Łasz jest Tajemnicą. Rozumiemy się? Do widzenia.
Egert skłonił głowę i długo patrzył za odchodzącym człowiekiem w szarej opończy.
Lis wciąż jeszcze gościł u rodziny, toteż nie miał kto zapytać Solla, czemu jest taki zafrasowany. Egert przezwyciężył pragnienie, by zwrócić się o radę do dziekana, choć skłaniały go do tego bezsenna noc i wypełniony rozterką, długo wlokący się dzień.
Koledzy studenci, widząc, że wychodzi, życzyli mu miłego wieczoru i udanej randki. Odpowiadał coś ni w pięć, ni w dziewięć.
W drodze na miejsce spotkania zdążył jeszcze utwierdzić samego siebie w przekonaniu, że wizyta w Wieży Łaszą to tradycja, niemal obowiązek dla każdego tutejszego mieszczanina, a zatem owo przypadkowe zdarzenie zapowiada pomyślny zwrot w jego życiu. Ostatecznie, pomyślał także, wszystko może nie dojść do skutku, skoro brat Fagirra nie stawi się na umówione spotkanie.
Czekał na niego. Soll wzdrygnął się, gdy z cienia wynurzyła się zakapturzona sylwetka.
Egert słabo pamiętał drogę krętymi zaułkami. Przed oczami miał skraj szarej opończy, ciągnący się po miejskim bruku. W jego duszy walczyły ze sobą dwa sprzeczne uczucia: strach przed wejściem do Wieży i strach przed odmową. Wbrew oczekiwaniom, Fagirra nie wprowadził gościa główną bramą. Zaułek zamienił się nagle w tunel tak ciemny, że Egert nie mógł dostrzec człowieka pobrzękującego pękiem kluczy i zawiązującego oczy młodzieńcowi.
Stropiony, ślepy, prowadzony pod rękę, cierpiący z powodu odzywającego się niczym stary ból zęba strachu, został w końcu gdzieś doprowadzony. Z oczu zdjęto zasłonę. Stał przed ogromną, ciężką kotarą z czarnego aksamitu, wionącą jakimś słabym, gorzkawym, nieznanym Sollowi aromatem.
– Wolno tu panu być – szepnął mnich wprost do ucha, przy czym krawędź jego kaptura zawadziła o policzek Solla. – Tylko być i milczeć, nie ruszać się z tego miejsca i nie odwracać głowy.
Egert przełknął gęstą ślinę, wypełniającą usta. Fagirra oczekiwał odpowiedzi, więc skinął głową z wysiłkiem.
Do gorzkawego zapachu kotary domieszał się inny, łagodniejszy, słodkawy, przypominający kadzidło. Patrząc na czarną ścianę materii, słyszał z niezwykłą ostrością mnóstwo dźwięków, bliskich i oddalonych, przytłumionych i szeleszczących, jakby chmara motyli trzepotała się w szklanej bani, uderzając skrzydłami o jej przezroczyste ścianki.
Wypełnione szmerami milczenie zamieniło się w zupełną ciszę. Egert zdążył policzyć w myślach do pięciu, gdy zasłona drgnęła i rozległ się przeciągły, niepodobny do niczego dźwięk, który sprawił, że całe ciało mężczyzny pokryło się potem. Było to wycie pradawnego potwora. Ten sam daleki jęk, który słyszeli ludzie na placu i który tak długo niepokoił wyobraźnię Egerta, dobywał się teraz z pobliskiego cienia.
Aksamit zakołysał się i opadł ciężko, zamieniając się w ciemny dywan. Przed oczyma zdumionego Solla ukazała się niebywałych rozmiarów komnata.
Trudno było pojąć, jakim cudem we wnętrzu Wieży mogło istnieć tak ogromne pomieszczenie. Soll wystraszył się w pierwszej chwili, lecz rozejrzawszy się, dostrzegł otaczający salę rząd wysokich zwierciadeł. Na wypełnioną fałdzistym aksamitem przestrzeń wyszedł, wielokrotnie powielony w lustrzanej głębinie, długowłosy karzeł, w płomienistym, oślepiająco jasnym stroju. Dwiema dłońmi uniósł do ust szeroką rurę i z pewnym wysiłkiem wydobył z niej ten sam porażający zmysły dźwięk. Z odwróconego do góry wylotu wypłynął gęsty, siny dym.
Zaszeleścił materiał opuszczanych kapturów. Ognisto-czerwona plama zniknęła wśród szarych opończy. Do uszu Solla dobiegł szeleszczący szept: „Łasz… asz… aszsza…”. Gdzieś daleko rozległa się cichutka, lecz wprawiająca w odrętwienie pieśń i znowu powtórzył się dźwięk szerokiej rury, a nad pochylonymi szarymi grzbietami zaczęły się tworzyć z dymu widmowe kontury.
Soll zadrżał. Dym emanował niezwykle silnym, przyjemnym a zarazem męczącym zapachem. „Łasz… asz… aszsza…” – dźwięk przybliżał się lub oddalał. Egertowi przywidział się przybój na brzegu szarego morza.
Okutane w habity postaci wstawały na ogół płynnie i zgrabnie, chwilami jednak ktoś zrywał się, jakby tknięty strasznym domysłem. Sala powoli opustoszała i na środku pokrytej aksamitem podłogi ukazał się płasko rozciągnięty starzec. Siwe włosy otaczały jego pomarszczone oblicze niczym księżycowe promienie. Ludzie w szarych opończach wrócili i wówczas Soll ujrzał tę siwą głowę unoszącą się niczym pienista grzywa na szczycie fali stworzonej z kapturów.
Ten niepojęty, czarodziejski obrzęd, ciekawy, lecz dosyć monotonny, ciągnął się minutami, a może godzinami. Soll stracił poczucie czasu. Kiedy poczuł na twarzy powiew świeżego powietrza i zorientował się, że stoi w szeroko otwartym oknie, a pod sobą ma znajomy plac, widziany po raz pierwszy z takiego miejsca, wszechobecny Fagirra położył mu dłoń na ramieniu i szepnął do ucha:
– Znam co najmniej dziesięciu najbogatszych i ważnych ludzi w tym mieście, którzy chętnie daliby sobie uciąć rękę, by dostąpić szczęścia uczestniczenia w naszych obrzędach.
Odwrócił się w stronę placu i nadstawił twarz pod wiatr. Szerokie rękawy opadły w dół, odkrywając przedramiona i Soll mimowolnie zatrzymał wzrok na zielonkawym tatuażu, odznace uprzywilejowanego cechu fechmistrzów.
Fagirra uśmiechnął się, wychwyciwszy owo spojrzenie.
– Drogi, wiodące ludzi w progi Łaszą, tajemne są i pokrętne… Chodź za mną, Egercie. Spotkał cię niezwykły zaszczyt. Nasz Mistrz chce z tobą porozmawiać.