Włosy Mistrza okazały się z bliska jeszcze bielsze, jak błyszczący w słońcu śnieg lub obłoki w słoneczny dzień, czy też bielejące na słońcu płótno. Jego gabinet pełen był kadzidlanych zapachów. Półprzytomny Egert odpowiadał machinalnie na pytania: tak, jest wolnym słuchaczem na uniwersytecie; tak, dziekan Łujan jest bez wątpienia wielkim magiem i wspaniałym człowiekiem… Nie, do tej pory nie osiągnął wielkich sukcesów w nauce, lecz ma nadzieję, że z czasem…
Mętny wywód o tych nadziejach został łagodnie przerwany.
– Jest pan najwyraźniej nieszczęśliwy, prawda, panie Soll?
Egert zaciął się i zamilkł. Nie odrywał oczu od purpurowego, mechatego kobierca, okrywającego ściany.
– Proszę się nie krępować… Mało kto jest w stanie to dostrzec od pierwszego wejrzenia. Zdarzyło się panu jakieś nieszczęście?
Napotkawszy mądre, wyrozumiałe spojrzenie Mistrza, Egert poczuł silne pragnienie, by opowiedzieć o klątwie i o Tułaczu. Nabrał powietrza w płuca, lecz zdołał w końcu tylko żałośnie wyjąkać:
– Ja… ja…
Urwał, zawstydzoną swą słabością. Mistrz odczekał chwilę, potem uśmiechnął się dobrotliwie.
– Niestety, wielu ludzi okazuje się w końcu nieszczęśliwymi. Słabymi, bezsilnymi, bezbronnymi… Prawda, Egercie?
Sollowi wydało się, że z oczu siwowłosego starca bije dla niego jakaś nadzieja. Pochylił się do przodu i potwierdził pospiesznie:
– Tak.
– Człowiek jest bezbronny, gdy jest samotny – podjął zadumany Mistrz. – Lęk jest udziałem samotnych. Prawda, Egercie?
Soll znów przełknął ślinę. Nie był pewien, do czego Mistrz zmierza, lecz na wszelki wypadek przytaknął. – Tak.
Mistrz wstał, przy czym siwa grzywa efektownie się zakołysała.
– Ma pan przed sobą trudną drogę, Egercie, lecz na jej końcu odzyska pan siły. Nie jest przyjęte rozmawiać z neofitami o wielkich tajemnicach Łaszą. Wystarczy, jeśli dowiesz się, że Święte Widziadło słyszy teraz każde nasze słowo. Nie mogę od razu odkryć przed tobą wszystkich tajemnic, wyjaśnienia których żąda twoja dusza, lecz zapraszam cię do naszego bractwa. Staniesz się wojownikiem Łaszą. Czy istnieje w naszym świecie zaszczytniejsza służba?! Z czasem poznasz wiele sekretów, od tej jednak chwili będziesz miał za sobą Święte Widziadło I legiony jego Sług. Każda uraza wobec ciebie stanie się obrazą dla zakonu, nawet czyjeś krzywe spojrzenie, rzucone w ślad za tobą, zostanie ukarane szybko i nieodwracalnie. Każdy twój postępek, nawet krwawa zbrodnia, zostanie ci wybaczony, jeśli uznamy, że był to sprawiedliwy czyn w oczach Łaszą. Spójrz jak boją się i szanują braci naszego zakonu. Sam widok sza o rej opończy wywołuje lękliwy dygot, a wkrótce – Mistrz podniósł głos, unosząc zarazem prawą dłoń – wkrótce ów dygot zamieni się w hołdowniczy pokłon. Moc i wszechwładza zamiast strachu w samotności. Słyszysz, Egercie?
Soll stał jak rażony gromem. Propozycja Mistrza spadła nań tak nagle, że z trudem zbierał rozpierzchnięte myśli.
Mistrz milczał, czekając. Jego mądre, choć zmęczone oczy zdawały się spoglądać w samą głębię duszy Egerta.
Egert chrząknął i wyksztusił z trudem:
– A… co powinienem zrobić… żeby…
Mistrz przyszedł mu z pomocą.
– Zaufałem ci, Egercie, jak brat Fagirra, który zaufał ci od pierwszego wejrzenia. Na razie powinieneś po prostu milczeć. To będzie pierwsza próba. Milczeć o tym, że spotkałeś naszego brata, że byłeś w Wieży, że uczestniczyłeś w jednym z tajemnych rytuałów… Nie powtarzaj też nikomu naszej rozmowy. Kiedy upewnimy się, że potrafisz dochować tajemnicy i być niemy jak głaz, wówczas… Wówczas poznasz kolejne nasze warunki. Wierzę, że nie będą ponad twoje siły. Nasze dzisiejsze rozstanie kryje w sobie zapowiedź kolejnego spotkania. Szara opończa obdarzy cię godnością i wiarą, wzniesie cię ponad motłoch… Do zobaczenia, Soll.
Fagirra w całkowitym milczeniu wyprowadził Egerta z Wieży tajnym wyjściem, lecz innym niż poprzednio, które zawiodło go w objęcia Łaszą.
Rozdział 6
Egert nie opowiedział nikomu o swoim pobycie w Wieży. Minęło kilka tygodni, lecz bractwo Łaszą nie wykazało tymczasem żadnych oznak dalszego zainteresowania wolnym słuchaczem Sollem. Uspokoił się trochę, skoro podjęcie decyzji odsuwało się na czas bliżej nieokreślony.
Niejeden raz przymierzał sobie w myślach szarą opończę. Kiedy tylko usłyszał długi, przenikliwy dźwięk od strony Wieży, przypominał sobie gorzkawy zapach ciężkiego aksamitu, powolny taniec zakapturzonych cieni i oblicze srebrnowłosego Mistrza. Obietnica bezpieczeństwa, a z czasem potęgi okazała się dla Egerta ogromną pokusą, jednakże za każdym razem, gdy myślał o płaszczu z kapturem, odczuwał szczególną, duchową niedogodność. Coś mu przeszkadzało myśleć o tym, coś go niepokoiło i drażniło. Soll brał to na karb swego braku odwagi, a jednak szybko się nauczył unikać myśli o zakonie Łaszą, jak też jego sług, spotykanych przypadkiem na ulicy.
W mieście nastał czas letnich upałów. Nawet głębokie i wąskie zaułki były w samo południe zalane słońcem od ściany do ściany. Oczy bolały od poblasków promieni, skaczących po powierzchni kanałów. Brzeg rzeki pod miastem służył za miejsce swobodnych pikników. Zalewający się potem mieszczanie okrywali się liśćmi łopianu, wchodząc do wody, mieszczki kąpały się wśród szuwarów w gronie zaufanych przyjaciółek. Stawały się jednak ofiarami Lisa, który nauczył się pływać pod wodą z długą trzcinką w zębach i nigdy nie przepuszczał okazji podpłynięcia do kąpiącej, aby musnąć jej wystające części ciała.
Egert należał do niewielkiej grupki wybranych studentów, obserwującej podchody Lisa i wymyślającej zabawy typowe dla uczonych młodzieńców. Przy brzegu słychać było pluskanie, gwizdy i chichoty. Zarzuciwszy sieci, rybacy ugaszczali swych towarzyszy świeżą zupą rybną. Egert siedział większość czasu na brzegu. Do wody wchodził tylko po pas. Zostało to zauważone, lecz skończyło się jedynie na życzliwych żartach.
Nazbyt szybko nadeszła pora sesji egzaminacyjnej, dającej możliwość przejścia na następny rok: „dopytywacze”, chcieli się stać „rozumiejącymi”, „rozumiejący” – „starającymi”, ci zaś jak najszybciej „wtajemniczonymi”. Cały uniwersytet rozpaliła gorączka, zewsząd wyglądały przekrwione oczy, półprzytomne od ślęczenia nad podręcznikami. Egert obserwował, jak kolejni żacy wchodzili do gabinetu rektora, jedni z radosną pewnością siebie, inni z nieskrywanym strachem. Wielu, jak się okazało, wierzyło w przesądy typu spluwanie przez ramię, zaklęcia, specjalne splatanie palców. Nasz bohater rozpoznał ze zdumieniem swoje własne rytuały ochronne.
Nie miał okazji doświadczyć tego, co się działo za budzącymi grozę drzwiami. Powiedzieli mu, że za wielkim biurkiem rektora siedział on sam, dalej dziekan Łujan i wszyscy wykładowcy, jakich mieli w ciągu roku okazję wysłuchać z uniwersyteckiej katedry. Mówili, że wszyscy egzaminują bardzo surowo, szczególnie pan dziekan. Nie każdemu studentowi udawało się wytrzymać owo napięcie, przy czym co najmniej połowa nieszczęśników oblała egzamin z przyczyny surowego maga.
Tuż przed sesją Lis wpadł w totalną panikę. Postanowił zdyscyplinować sam siebie. Najdelikatniejszymi określeniami, jakie wobec siebie stosował było: „debilny półgłówek” i „bezmózgi osioł”. Kajetan wlepiał wzrok w podręcznik, a potem z rozpaczą rzucał go na podłogę i wyciągnięty na łóżku oznajmiał Egertowi, że z całą pewnością obleje egzamin. Nie można jednak być wiecznym „rozumiejącym”, a ojciec nie da więcej pieniędzy, zostanie więc pomocnikiem w jego aptece, gdzie nawet muchy zdychają od zapachu rycyny. Kiedy Soll przedkładał mu nieśmiało, że należałoby chyba zwrócić się o pomoc do dziekana, Lis zamachał dłońmi, zatupał nogami, nazwał szaleńcem i wyjaśnił, że takie posunięcie całkiem by starczyło, aby na zawsze wylecieć z uczelni.