W dzień egzaminu Lis stał się innym człowiekiem. Jego koledze nie udało się wydobyć zeń ani jednego słowa. Przed drzwiami sławetnego gabinetu kłębiły się grupy strwożonych, przerzucających się nabytą wiedzą młodzieńców. Wielu miało na twarzy zastygły wyraz linoskoczka, stąpającego po wysoko zawieszonym sznurze z ognistym kołem w zębach. Wychodzący z gabinetu również wprawiali kolegów w radość na zmianę z rozpaczą. Soll prawdziwie ucieszył się, że jako wolnemu słuchaczowi nie będzie mu dane stanąć przed srogim uniwersyteckim sądem.
Niespodziewanie dla samego siebie, Kajetan zdał jednak egzamin. W totalnej euforii zaproponował koledze wyjazd na przedmieście, w gościnę do jego rodziny. Egert zawahał się chwilę, ostatecznie jednak odmówił.
Studenci, mając przed sobą dwa miesiące wakacji, snuli plany na lato. Większość zamierzała spędzić je w domu rodzicielskim, w dworku albo chałupie. Część najbiedniejszych żaczków zamierzała nająć się do roboty w jakimś gospodarstwie, proponując to samo Egertowi. Wspomniał ciężką chłopską dolę, gdy był u pustelnika i także odmówił.
Lis wyjechał i Soll znów został sam.
Opustoszały kuluary uniwersytetu, podobnie jak bursa, a wieczorami tylko w nielicznych oknach pojawiało się światełko. Stary sługa, uzbrojony w pochodnię i tłuczek, każdej nocy stróżował, robiąc obchód. Stara kucharka przynosiła obiady dla dziekana, jego córki i pozostałych na miejscu żaków, w tym również dla Egerta.
Nieoczekiwanie otrzymał wieści z domu i mógł wyrobić sobie nowy pogląd na swą sytuację.
Tym razem do pieniędzy załączony był krótki liścik. Egert zadrżał, widząc charakter pisma ojca. Soll senior o nic nie pytał, lecz poinformował oschle syna, że został pozbawiony rangi oficerskiej i usunięty z pułku, przy czym zdarto publicznie epolety z jego zbryzganego błotem munduru. Wakat porucznika zajął młody Karwer Ott, który, nawiasem mówiąc, usiłował się wywiedzieć, gdzie obecnie znajduje się Egert.
Czytając list, przeżywał od nowa swój zadawniony wstyd. Potem poczuł, że tęskni za Kawarrenem.
Mnóstwo razy wspominał dom z bojowym herbem nad bramą, snując rozpaczliwe, bezsensowne plany. Widział siebie w marzeniach wchodzącego potajemnie do miasta i do swoich pokojów. Wszystko w sekrecie, albowiem nikt nie wybaczył mu dezercji, świadkowie zaś jego poniżenia z pewnością zjawiliby się specjalnie, aby plunąć w naznaczone szramą oblicze… Jak zresztą dogadać się z ojcem, spojrzeć w oczy matce? Niestety, dopóki klątwa nie została zdjęta, nie ma po co wracać do rodzinnego miasta.
Jego myśli pobiegły w inną stronę. Z każdym mijającym dniem przybliżało się spotkanie z Tułaczem. Sprawa tego spotkania prześladowała go tak natrętnie, że Tułacz jawił mu się w snach. Wierzył, że klątwa zostanie zdjęta, a on sam wróci w glorii do swego miasta. Bez lęku przejedzie główną ulicą w przytomności ludu i gwardzistów, a potem wyzwie Karwera na pojedynek.
Siedząc w półmroku swej klitki, Egert drżał z radości na samą myśl o tym. Cóż to będzie za wspaniałe wyzwanie: tłum zamilknie, Karwer zblednie i spróbuje się uchylić, a wówczas Soll wyśmieje przy wszystkich jego tchórzostwo. Następnie skrzyżują klingi i zabije byłego druha, który został jego śmiertelnym wrogiem, jako że każda podłość zasługuje na karę…
Soll drgnął. Jego marzenia zniknęły, jak pieśń przykrytego dłonią świerszcza.
Zabił trzech ludzi. Pierwszy zwał się chyba Tolber i był głupkowatym, prostodusznym zabijaką. Egert nawet nie pamiętał, o co im poszło: może o kobietę, a może przyczyną był alkohol… Pojedynek nie trwał zbyt długo, jakkolwiek tamten rzucał się na Egerta niczym dzik bojowy, Soll jednak parował jego wściekłe ciosy błyskotliwymi kontratakami. W końcu jego szpada wbiła się w brzuch przeciwnika, on zaś, czując pulsowanie wrzącej krwi w żyłach, wiedział jedynie, że zwyciężył…
Nie był w stanie przypomnieć sobie imienia drugiego, który też zginął z jego ręki. Nie był gwardzistą, lecz jakimś zarozumiałym szlachcicem, który przyjechał do miasta zabawić się. Zabawił się i pijany jak świnia, walnął Egerta w szczękę i nazwał szczeniakiem. Co prawda był starszy o dwadzieścia lat… Zostawił wdowę z trzema córkami, jak dowiedział się Soll na pogrzebie.
Wielkie nieba, a cóż miał czynić?! Miał znosić podobne urazy i nie ukarać agresora? Są na tym świecie wdowy i sieroty, lecz szlachcic dostał to, na co zasłużył, podobnie jak ten pierwszy… Tylko Dinar zginął niewinnie…
Trzy panienki, najstarsza miała ledwie dwanaście lat. Zrozpaczona niewiasta. Kto jej doniósł o śmierci męża?… Gdyby chociaż przypomnieć sobie imię tego hulaki… Lecz pamięć bywa wybiórcza, chętnie usuwając w cień rzeczy niemiłe.
Gdzieś daleko w głębinie ciemnego korytarza czule śpiewał konik polny. Był późny wieczór. Trzęsąc się na całym ciele, Egert zapalił pięć świec. Była to karygodna rozrzutność, lecz pokój rozjaśnił się, niczym za dnia. Mężczyzna zobaczył w mętnej tafli metalowego lustra, wiszącego we wnęce przy drzwiach, odbicie swojej twarzy ze szramą.
W tej samej chwili zdolność odczuwania cudzego bólu wróciła z taką siłą, że aż się zatoczył.
Niebiosa! Miasto znajdowało się za grubymi murami, lecz wydawało się Egertowi świeżo rozdartą raną. Uniwersytet był prawie pusty, tak samo jak bursa, lecz odczuwał pobliskie cierpienie, jak tępo, bezlitośnie nawracająca migrena.
Na samą myśl, że trzeba będzie iść ciemnym korytarzem i schodami, zaczęły mu się trząść kolana. Chwyciwszy spoconymi dłońmi świeczki, trzy do prawej, dwie do lewej, otworzył drzwi łokciem.
Nisze ziały mrokiem, kolumny tworzyły pokraczne, przerażające cienie. Twarze wielkich uczonych, wyobrażone na płaskorzeźbach, śledziły Solla wzgardliwymi spojrzeniami. Żeby nieco poprawić sobie nastrój, zaczął szeptać drżącym głosem:
Nie trać czasu, miły, nie gadaj!
Cała płonę, bo dziurka niesmarowana!
Gorący wosk ściekał mu po palcach, lecz nie czuł tego. Wyczuwał, że źródło bólu znajduje się w bibliotece.
Spod masywnych wierzei błyskało światło. Egert postanowił zapukać, lecz skoro obie dłonie miał zajęte, poskrobał drzwi noskiem buta. Z wnętrza rozległ się zdziwiony głos dziekana.
– Tak?
Przez jakiś czas Egert usiłował nacisnąć miedzianą klamkę, nie wypuszczając przy tym płonących świec i być może jego usiłowania zakończyłby się sukcesem, lecz właśnie w tej chwili podwoje rozwarły się i stanął w nich Łujan. Nie on był jednak źródłem, lecz ktoś kryjący się w półmroku za książkami.
– To ja – powiedział Soll, chociaż dziekan na pewno poznał go od razu. – To ja…
Urwał, nie wiedząc, co mówić dalej. Dziekan zastanowił się chwilę, potem cofnął, zapraszając Solla do wejścia.
Toria siedziała wedle swego zwyczaju na skraju biurka, a pusty wózek biblioteczny przywarł u jej stóp niczym wierny pies. Nie widział jej od tamtego dnia, gdy postanowił odnieść dziekanowi książkę Dinara i oberwał nią po twarzy. Teraz oczy jej skrywała ciemność, nie mógł zatem widzieć skierowanego na siebie spojrzenia, lecz odczucie jej nieustającego cierpienia stało się silniejsze, jakby sam jego widok wywołał nowy atak bólu.
– Tak, Soll? – zapytał oschle dziekan.
Rozmawiali o mnie, zrozumiał natychmiast, samemu nie wiedząc, skąd wzięła się owa pewność.
– Przyszedłem zapytać – odparł cicho – o zdejmowanie zaklęć. O klątwy, jakie zostały zdjęte. Czy istnieje możliwość uwolnienia się… od ludzkiej winy?