Toria powoli przeniosła spojrzenie na ojca, lecz nie ruszyła się z miejsca i dalej milczała. Dziekan zasępił się, porozumiewając wzrokiem z córką.
– Nie rozumiem?
Mocniej bolała Torię lewa skroń. Egert miał ochotę przyłożyć dłoń do własnej. Odezwała się głuchym, spokojnym głosem z ciemności.
– Zapewne pan Soll chciałby się dowiedzieć, czy ma jakąkolwiek szansę zmazać swoją winę…
Serce Egerta ścisnęło się boleśnie. Ledwie poruszając wargami, wyszeptał w ciemną przestrzeń:
– Nie… Ja…
Zabrakło mu słów. Toria siedziała nieruchomo, niczym posąg, nie okazując na zewnątrz swej udręki.
– Lepiej sobie pójdę – podjął. – Będzie wam lżej. Ja tylko… Proszę wybaczyć. – Odwrócił się i poszedł w stronę drzwi. Za plecami usłyszał ciężkie westchnienie panny. Targnął nią taki spazm, że Egert znów się zatoczył.
Dziekan najwyraźniej także poczuł, że dzieje się coś niedobrego. Spojrzawszy szybko na córkę, zerknął na natręta nieżyczliwie i podejrzliwie.
– Co się z tobą dzieje, Soll?
Egert oparł się ramieniem o drewnianą framugę.
– Nie ze mną… Nie widzi pan? To ona źle się czuje. Powinien mieć pan tego świadomość. Jak może pan pozwalać, żeby ona…
Stracił dech w piersiach. Ojciec i córka patrzyli nań badawczo. Kleszcze spazmu powoli się rozwarły i Egert poczuł ulgę w sercu Torii.
– Trzeba chyba – mówił dalej szeptem – zawiązać mokrą chustę na głowie. Już wychodzę. Nie wiem, czym zawiniłem. Wiem, że jestem zabójcą… To, co się ze mną stało, jest ceną, jaką płacę. Być może – dodał drżącym głosem – Tułacz nie ulituje się nade mną i nie zechce zdjąć szramy? No cóż. Lepiej się pani czuje?
Nawet w półmroku można było zobaczyć jak wielkie stały się jej oczy.
– Soll? – szybko zawołał dziekan.
Toria uczyniła w końcu to, na co Egert miał od dawna ochotę, czyli przyłożyła dłoń do skroni.
– Jedno słowo, a odejdę z uniwersytetu – rzekł Egert ledwie dosłyszalnie. – Jestem tutaj bezużyteczny, a mój widok sprawia jej przykrość… Wszystko rozumiem.
Przekroczył próg, wyszedł na korytarz i dopiero teraz zauważył, że kurczowo ściskane świece całkiem zalały poparzone dłonie, odzież i obuwie.
– Soll! – usłyszał za plecami.
Nie zamierzał się odwracać, lecz dziekan złapał go za ramię i odwrócił, wpatrując się w wyczerpane oblicze młodzieńca. Spojrzenie była tak uporczywe, że Egert się zląkł.
– Zostaw go – poprosiła cicho Toria.
Także stała w przejściu. Zdawało się, że jej cierpienie nieco zelżało, przede wszystkim ból głowy.
Dziekan chwycił Solla za łokieć i zaciągnął z powrotem do biblioteki, posadził przemocą na skrzypiącym krześle. Dopiero wtedy zwrócił się do córki:
– Może od razu powinnaś wypić miksturę?
– Miałam nadzieję, że się obejdzie – odparła, patrząc w bok.
– A teraz?
– Teraz mi lepiej…
Dziekan zerknął pytająco na Egerta.
– Tak, Soll? Rzeczywiście lepiej?
– Tak – potwierdził, z trudem poruszając wargami.
Świeczki pogasły. Z trudem rozwarł palce i wyrzucił ogarki na podłogę. Wokół lampy nad biurkiem z cichym szelestem krążyły ćmy, a przez okno wychodzące na plac, dało się słyszeć nawoływanie nocnej straży.
– Dawno to masz? – niedbale, jakby mimochodem, spytał dziekan.
– To nie jest stałe – oznajmił Soll, wpatrzony w ćmy. – Raz mi się kiedyś zdarzyło, a dziś po raz drugi… Nie panuję nad tym. Może już pójdę?
– Torio – rzekł dziekan z ciężkim westchnieniem – masz może jakieś pytania do pana Solla?
Milczała. Choć odwrócony od niej, czuł jednak na sobie jej zdumiony wzrok.
Miasto dusiło się od letniego żaru, a uliczni sprzedawcy lemoniady w ciągu jednego długiego dnia zarabiali więcej niż normalnie przez cały tydzień. Przechodnie słaniali się z gorąca, a z Wieży Łaszą częściej niż zwykle dobiegał znajomy dźwięk. Wędrowni straganiarze chronili swe głowy słomianymi parasolami z zasłoną jedwabnych strzępów, wydawało się więc, że po ulicy pełzają ogromne, kolorowe meduzy. W budynku uniwersyteckim kłęby kurzu tańczyły w promieniach słońca, okrywając grubą warstwą katedry, ławki i parapety, posągi uczonych i mozaikowate podłogi. Gorąco było zarówno w pokojach dla służby, jak i w gabinecie dziekana, który nieprzerwanie pracował nad żywotami wielkich magów, w komnacie jego córki, a także w bursie, gdzie przebywał osamotniony wolny słuchacz Soll.
Zaniedbująca sprzątanie staruszka zajmowała się obecnie głównie dostarczaniem obiadów. Toria wzięła na siebie obowiązek przygotowywania dla ojca śniadań i kolacji. Dobrze wiedziała, że zatopiony w pracy, mógłby cały dzień nie przełknąć kawałka chleba. Sama więc chodziła codziennie na zakupy, przynosiła mu jedzenie i starannie pilnowała, żeby zjadał wszystko do ostatka.
Egert prawie nie wychodził z pokoju. Siedząc przy oknie, widział niejeden raz, jak Toria przechodzi przez dziedziniec z koszykiem w dłoni. Po paru letnich, burzliwych ulewach pozostała na środku długo nieschnąca, wielka kałuża. Pewnego razu na drodze wracającej z bazaru panny pojawił się pluskający się w niej wróbel.
Być może zresztą nie był to wróbel. Ze swego punktu obserwacyjnego Soll mógł równie dobrze uznać za jakiego bądź ptaka owo stworzenie o mokrych, nastroszonych piórach. Ptaszyna w każdym razie miała wyraźną frajdę z ciepłej kąpieli i nie dostrzegała nadchodzącej dziewczyny.
Panna zwolniła kroku, potem się zatrzymała. Egert mógł podziwiać jej pięknie rzeźbiony, niczym na starej monecie, profil. Czekał, aż przeskoczy kałużę i pójdzie dalej, lecz chyba jej się nie spieszyło. Ptak taplał się dalej z samozadowoleniem, ona zaś cierpliwie czekała.
Wreszcie zakończył swe ablucje i nadal nie zwracając uwagi na delikatną, dziewczęcą postać, podfrunął na najbliższy balkon, by się osuszyć. Toria przełożyła koszyk do drugiej ręki, z sympatią skinęła mokrej ptaszynie i ruszyła dalej swoją drogą.
Kiedy wracała z rynku następnego dnia, miała okazję natknąć się dla odmiany na niejakiego Solla.
Upuszczony koszyk omal nie upadł na ziemię, lecz na szczęście mężczyzna zdążył chwycić go obiema dłońmi. Zaskoczeni niespodziewanym spotkaniem, milczeli chwilę oboje, mierząc się wzrokiem.
Toria nie mogła przyznać przed samą sobą, że Egert po raz kolejny ją zadziwia. Widoczna była zachodząca w nim kolejna przemiana: oblicze ze szramą pozostało wprawdzie znużone i smutne, lecz z oczu zniknął wyraz zaszczucia, który dostrzegła kiedy zjawił się w jej mieście. Teraz miał po prostu oczy zwykłego, zmęczonego człowieka.
Ostatnio dość często łapała się na tym, że myśli o nim. Uznała te myśli za niewłaściwe, a jednak nie potrafiła się ich wyzbyć. Wstrząsające okazało się dla niej wyznanie w bibliotece, że jest zdolny odczuwać jej ból, ale jeszcze bardziej zdumiało ją, że ma on poczucie winy, według niej nie do pomyślenia u typowego mordercy. Sama nie zaznała nigdy czegoś podobnego, pragnęła zatem ujrzeć go ponownie i zbadać dokładnie, czy rzeczywiście pojął własną nikczemność? Czy wszystko jest tylko grą, żałosną próbą wywołania współczucia i złagodzenia kary?
– Proszę mi oddać koszyk – rzekła oschle.
Nic innego nie przyszło jej w tym momencie do głowy.
Soll posłusznie wyciągnął w jej stronę swą zdobycz. Zakołysały się zielone łodygi pęku szczypiorku, spod których wystawała szyjka butelki wina i spory kawał żółtego sera.
Pochwyciwszy rączkę koszyka, poszła dalej korytarzem, z odchylonym w bok wolnym ramieniem, dzięki któremu zachowywała równowagę.