Nastąpiła znowu długa przerwa w rozmowie. Zadumana Toria drapała blat stołu czubkiem noża.
– I każdego roku – podjął powoli Egert – przychodzi tego samego dnia?
Wzruszyła ramionami.
– Nikt nie wie, o co chodzi Tułaczowi, panie Soll.
Zmierzyła wzrokiem rozmówcę i dodała niespodziewanie arogancko:
– Myślę jednak, że pan mało go obchodzi.
Egert odruchowo potarł szramę.
– No cóż… Będę więc musiał go zainteresować.
Wieczorem tego samego dnia odwiedził Egerta dziekan Łujan.
W pokoiku panował półmrok. Egert siedział przy oknie, a obok niego leżała na parapecie księga o zaklęciach, chociaż jej akurat nie czytał. Spoglądając na podwórzec nieruchomymi, szeroko otwartymi oczyma, widział nimi plac, na którym pośrodku morza ludzkich głów wznosiła się samotna wysepka szafotu. Wspominał także badawcze spojrzenie Torii, nóż tnący pietruszkę i topór tnący czyjąś szyję… Przypomniał sobie także niejasną opowieść dziekana o magu, który został ukarany utratą magicznego daru. Potem jego myśli pomknęły w stronę zakonu Łaszą. Oczyma duszy ujrzał Święte Widziadło, podobne jak dwie krople wody do rzeźbionego wizerunku. Zakutane w opończę, schodziło z postumentu i ratowało skazańca, porywając go z pieńka…
W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Drgnął, wylękniony, ale nie ruszył się z miejsca, jakby z nadzieją, że odgłos był tylko złudzeniem. Zaskrzypiały zardzewiałe zawiasy i w progu stanął dziekan.
W gęstniejącym mroku Soll nie zdołałby dojrzeć linii na własnej dłoni, lecz twarz przybysza, stojącego o kilka kroków, widoczna była doskonale, uosabiając wcieloną beznamiętność.
Egert zerwał się z krzesła, jak użądlony. Pojawienie się tak ważnej persony w ubogiej klitce, którą Egert przyzwyczaił się uważać już za swój dom, wydawało się czymś tak niepojętym, jak zjawienie się słonecznego bóstwa w wężowej jamie.
Dziekan spojrzał pytająco na Solla, jakby wolny słuchacz miał zamiar podjąć jakąś kwestię. Soll milczał, albowiem całkiem go zamurowało.
– Proszę o wybaczenie – rzekł dziekan trochę drwiąco (Soll nie mógł się oprzeć wrażeniu, że Toria jest bardzo podobna do ojca, nie tyle powierzchownością, co różnymi nawykami) – że zjawiam się tutaj niespodziewanie. Podczas naszego ostatniego spotkania mówiłeś, że gotów jesteś opuścić uniwersytet i motywowałeś to własną, hm, bezużytecznością… a raczej niewiedzą. Mówiłeś to poważnie?
Brudny, spadzisty sufit zwalił się Egertowi na kark. Wyrzucają go stąd! I mają do tego pełne prawo.
– Tak – potwierdził głucho – jestem gotów odejść. Wszystko rozumiem.
Milczeli obaj jakiś czas, dziekan beznamiętnie, Soll z niepokojem.
– Ja… – wybełkotał w końcu Egert, nie wytrzymując milczenia – naprawdę czuję się bezużyteczny, panie dziekanie. Nauka jest dla mnie jak… niebieski firmament dla mrówki. Być może zajmuję czyjeś miejsce?
Oblał się nagle zimnym potem, przerażony własnymi słowami. Czyjeś miejsce. Miejsce Dinara.
Dziekan potarł skroń, przy czym załopotał szerokim rękawem.
– No cóż, Soll… Rozumujesz w zasadzie prawidłowo. Nie ma co liczyć na twoje naukowe sukcesy, a jako wolny słuchacz nie jesteś, prawdę mówiąc, specjalnie gorliwy… Jednakże…
Dziekan wydobył z fałd ciemnej odzieży średnich rozmiarów tom w skórzanej oprawie i mniejszą książeczkę w miękkiej okładce.
– Poprosiłem Torię, żeby znalazła dla ciebie coś łatwiejszego na początek. Na szczęście potrafisz czytać. Kiedy uporasz się z tymi dziełkami, dostaniesz kolejne. Nie wstydź się pytać, kiedy czegoś nie zrozumiesz, a być może Toria udzieli ci korepetycji… A może nie, gdyż obawiam się, że ma za mało cierpliwości.
Łujan skłonił pożegnalnie głowę i już za progiem rzekł nostalgicznie:
– Kto, jak kto, ale Dinar miał na pewno wrodzony dar pedagogiczny. Wspaniały dar polegający na tym, że nie narzucał innym swoich wniosków, lecz sprawiał, że słuchacz sam powoli do tego dochodził… To była jego ulubiona gra, dająca mu szczęście i satysfakcję… Spokojnie, Soll, nie mdlej. Nie mówię tego przeciwko tobie. Sam jednak rozumiesz, że nie znajdę dla ciebie czasu, dlatego pomyślałem, że najlepiej pomógłby ci właśnie Dinar. Nic jednak nie poradzimy, skazany jesteś na samodzielność.
Dziekan odszedł. Dopiero w tej chwili Egert zdał sobie sprawę, że stoi w kompletnej ciemności, w której nie można zobaczyć ludzkiej twarzy, ubrania, czy książek. Poczuł gęsią skórkę na całym ciele. Wyciągnął dłoń w stronę leżących na stole książek. Skórzana okładka była chłodna w dotyku, kartonowa szorstka jak surowe płótno.
Księgi zatytułowane były: Struktura wszechświata i Rozmowy z młodzieżą. Autora pierwszej Egert wyobraził sobie jako zasuszonego starca, który przekazywał swą wiedzę jasno, lecz zwięźle, wymagając od czytelnika nieustannej uwagi. Twórca drugiej lubował się w długich dygresjach, opatrzonych przypisami i zwracał się do odbiorców „kochane dzieci”, toteż wydawał się dobrodusznym, nieco sentymentalnym tłuścioszkiem.
Kolejne stronice książki w papierowej oprawie wywoływały pogłębiające się znudzenie, natomiast przez rozdziały skórzanego tomu przedzierał się niczym przez cierniste krzewy. Oczy przywykły w końcu do codziennego czytania i nie łzawiły jak poprzednio. Egert urządzał sobie także poranną przechadzkę po mieście, by rozprostować bolące plecy.
Szedł powolnym, spacerowym krokiem, jak człowiek niezdecydowany, w którą stronę się udać. Za każdym razem okazywało się jednak, że dziwnym trafem same nogi niosły go na pobliski bazar. Wędrował zatem między rzędami kramów, próbując gdzieś smalcu, ówdzie śmietany, oglądając ryby i owoce, dopóki w ciżbie twarzy i kapeluszy jego wzrok nie odnalazł czarnowłosej główki Torii.
Od razu go zauważała, lecz sprawiała wrażenie, że jest zajęta zakupami i nie ma powodu się rozglądać na boki. Przechodząc od straganu do straganu, wybierając towar i targując się o cenę, zapełniała powoli koszyk. Soll trzymał się jej w pobliżu, by nie tracić z oczu, ale także nie wchodzić w paradę.
Zakończywszy zakupy, panna ruszała w powrotną drogę. Egert za każdym razem odczuwał niezręczność, kiedy okrążając stragany długim łukiem, pojawiał się na jej drodze.
Witała go oschle i bez zdziwienia. Odbierając z jej dłoni plecioną rączkę koszyka, zawsze czuł ciarki na plecach.
Milcząc wracali do uniwersytetu. Błądząc niekiedy wzrokiem, Toria widziała mocne, opięte koszulą ramię i dłoń wystającą z podwiniętego rękawa. Koszyk w owej dłoni zdawał się lekki jak piórko i tylko kolejne kroki wprawiały w ruch mieś nie pod białą, nietkniętą opalenizną skórą. Odwracała wzrok. Przechodzili przez podwórzec ku zabudowaniom gospodarczym i rozstawali się, nadal w milczeniu, u wejścia do kuchni. Czasem Egert dostawał w nagrodę bułkę z masłem albo ociekający miodem plaster, czy kubek mleka. Uchodząc ze zdobyczą, Soll wracał do siebie z lekkim sercem i siadał z książką, licząc godziny do kolejnego spotkania.
Parę razy Toria próbowała, jakby powiedział dziekan, „udzielić mu korepetycji”. Niestety, owe próby zakończyły się niepowodzeniem: nauczycielka i uczeń rozstawali się zniechęceni i rozdrażnieni. Te dodatkowe zajęcia zakończyły się pamiętną sceną, kiedy córka dziekana, rozpoczynając wywód o filozoficznych aspektach wszechświata i ludzkości, rzekła mimo woli:
– Prawda, Dinarze…
Urwała i napotkała wystraszony wzrok słuchacza. Natychmiast straciła wątek. Tego wieczoru dwoje ludzi przebywających w oddalonych skrzydłach wielkiego gmachu oddawało się poważnym, niewesołym rozmyślaniom.