Выбрать главу

Ostatecznie wywiązało się pomiędzy nimi coś na kształt chłodnej neutralności. Toria odpowiadała na powitania, Egert zaś nauczył się nie drżeć, gdy słyszał w korytarzu stukot jej obcasików.

W tym czasie na straganach pojawiły się dynie i arbuzy. Ciepłe dni przeplatały coraz chłodniejsze noce, a do uczelni zaczęli wracać opaleni, w większości dobrze odkarmieni w domowych pieleszach, studenci.

Zmieciono kurz z sal i korytarzy. Kucharka także wróciła i wzięła się do roboty, tak więc Toria nie miała powodu chodzić codziennie na rynek. Główna sprzątaczka trzepała poduszki i pierzyny, wzbijając tumany pierza, jakby na dziedzińcu starły się w śmiertelnym boju stada gęsi i kaczek. Każdego ranka przed głównym wejściem zjawiało się kilku młodzieńców z węzełkiem na ramieniu. Byli to nowicjusze, przyszli adepci, którzy przyjechali z dalekich wiosek i miasteczek. Gapili się z otwartymi gębami na żelazną żmiję i drewnianą małpę, peszyli się, gdy ich ktoś o coś spytał, a potem nieśmiało postępowali za panem dziekanem, zapraszającym ich na rozmowę. Potem część abiturientów ruszała ze smutkiem w drogę powrotną. Egert współczuł tym, którym odmówiono, zwłaszcza, że każdy z nich bardziej zasługiwał na miano studenta niż on.

Swoją drogą, letnie dni, spędzone nad książką, przyniosły jednak jakieś skromne rezultaty. Liznąwszy nieco wiedzy, czuł się znacznie pewniej, choć naturalnie, nie pozjadał wszystkich rozumów. Gdy zwrócił Rozmowy z młodzieżą, otrzymał w zamian sporych rozmiarów tomisko pod niezmiernie długim tytułem: Filozofia gwiazd, kamieni, ziół, ognia i wody, a także ich wpływ na właściwości ludzkiego ciała, a jako dodatek barwnie ilustrowaną Anatomię.

Obrazki zaskoczyły go, trochę zszokowały, lecz zarazem wzbudziły ogromną ciekawość. Zadziwił się splotem naczyń krwionośnych, przemyślną konstrukcją kośćca i wielkimi rozmiarami wątroby. Do tej pory sądził, w prostocie umysłu, że ludzkie serce wygląda identycznie jak różowe serduszko wyrysowane na marginesie miłosnego listu, zdumiał się więc, ujrzawszy na ilustracji skomplikowany, przypominający z kształtu kobzę, zbiór miechów i rurek. Straszliwy szkielet, któremu brakowało jeszcze tylko kosy w ręce, rozpościerał na kolejnej karcie całą swą zgrozę. Na szczęście otaczające go komentarze ze strzałkami rozpraszały myśli o śmierci, pobudzając zarazem umysł do zadawania pytań.

Wracający z domu Lis zastał kolegę nad podręcznikiem anatomii.

Spotkanie było serdeczne i burzliwe. Miedziane włosy Lisa opadały na ramiona, spalony słońcem nos łuszczył się jak pieczony ziemniak, a jego zachowanie nie stało się ani trochę bardziej poważne, czy też stateczne. W węzełku przywiózł pieczoną gęś z suszonymi śliwkami, pęto kaszanki, wypiekane w domu placuszki oraz całe mnóstwo różnorodnych owoców. Na samym dnie worka znajdował się bukłak gęstego jak krew wina. Jadło, które kochająca matka przygotowała na cały ty dzień, zostało pochłonięte w parę godzin. Lis mógł sobie być łobuziakiem i przecherą, ale na pewno nie był skąpcem.

Pierwszy kielich zamącił w głowie Sollowi. Patrzył, bezmyślnie uśmiechnięty, jak pokoik zapełnia się kolegami studentami. Wkrótce nie zostało skrawka miejsca na łóżkach ani na parapecie. Wszyscy śmieli się głośno, gadali o niczym, oblizywali zatłuszczone palce i wznosili toasty za zdrowie gospodarza, pijąc wprost z bukłaka. Opustoszywszy dobytek Lisa, wciąż zgłodniali niczym stado szarańczy, postanowili ruszyć na miasto. Soll nie miał wprawdzie pieniędzy, postanowił jednak iść ze wszystkimi.

Byli chwilę „Pod Zającem”, potem zasiedli w „Upojeniu”, gdzie biesiadowała także kompania strażników miejskich, którzy zapewne zeszli właśnie ze służby. Egerta peszyło trochę takie sąsiedztwo, ale tamci przyjęli studentów z sympatią, bez jakichkolwiek oznak nieprzyjaźni. Odpowiednia dawka chmielu zamąciła w głowie Egertowi i przytłumiła nieustający lęk.

Między dwiema grupami krążyły butelki, wymieniano się pozdrowieniami i niewinnymi żarcikami. Potem strażnicy rozpoczęli typową zabawę mundurowych, to jest rzucanie sztyletami do namalowanej na ścianie tarczy. Studenci przycichli. Najlepiej ciskał nożem barczysty, groźnie wyglądający młodzieniec ze skórzaną opaską na włosach, z krótkim mieczem u pasa. Egert przyjrzał się broni z zainteresowaniem, gdyż u niego w Kawarrenie nikt takiego oręża nie używał.

Noże i kindżały wbijały się w drewno bliżej lub dalej centrum tarczy, namalowanej w kształcie dość nieregularnego jabłka. Strażników wciągnęła gra i zaczęli zakładać się na pieniądze. Barczysty właściciel krótkiego miecza zdołał nieźle obłupić mieszki kolegów, gdy nagle jednemu z nich przyszło do głowy rzucić wyzwanie tęgo już podpitym studentom.

Po krótkim zamieszaniu, ktoś tam postanowił stanąć w szranki, broniąc honoru uniwersytetu. Lis wiercił się między nimi, udzielając rad i starając się znaleźć jak najbliżej tarczy, przy czym strażnicy łagodnie, ale stanowczo odpychali go z powrotem na miejsce zaznaczone kredą na podłodze. Niestety, rzucane przez studentów noże nie chciały się jakoś wbijać w ścianę. Uderzały płazem o tarczę i spadały na podłogę, wzbudzając śmiechy i żarty wśród straży miejskiej. Jak na razie nikt się o to nie obraził.

Studenci przegrali trzy butle wina, garść srebrników i paradny kapelusz Lisa. Ten ostatni, będąc z natury hazardzistą, nie chciał przyjąć do wiadomości klęski swej drużyny i w końcu sam spróbował szczęścia. Osiągnął swymi rzutami tyle, iż stracił resztę pieniędzy oraz skórzany pas dobrej jakości.

Wcale tym nie zniechęcony Lis gotów był teraz zastawić nawet aptekę swego ojca i pewnie tak by się stało, gdyby jego oczy nie spoczęły akurat na poweselałym od piwa i rozanielonym ogólną atmosferą Egercie.

– Hej, Soll! – zawołał Lis, podwiązując sznurkiem spodnie. – Nie zagrasz z nami? Może byś rzucił choć raz, tylko szkoda ci forsy?

Egert wstał, uśmiechając się z przymusem. W tej chwili poczuł silną więź z posmutniałymi, przegranymi kolegami. Zwłaszcza zrobiło mu się żal utraconego skórzanego paska.

Barczysty strażnik z rzemienną przepaską uśmiechnął się, wręczając kindżał Sollowi. Egert zmierzył wzrokiem odległość do tarczy, przymknął jedno oko… i w jednej chwili powrócił dawno zapomniany, lecz trwale nabyty mechanizm.

Ręka sama się uniosła do rzutu. Kindżał w jego dłoni zdawał się ożyć, jak żmijka. Ostrze śmignęło rozmazanym łukiem i z trzaskiem wbiło się w sam środek malowanego jabłka.

Wokół zaległa niezwyczajna cisza. Strażnicy spoglądali po sobie ze zdumieniem, jakby nie wierzyli własnym oczom i chcieli się upewnić, czy wszyscy widzą to samo albo może chmiel ich całkowicie zamroczył? Studenci skamienieli z opadniętymi szczękami. Moment osłupienia przerwał Lis:

– Jak to zrobiłeś?… – zapytał bełkotliwie.

Barczysty strażnik zrobił krok w ich stronę i energicznie potrząsnął mieszkiem.

– Stawiam złocisza… Po pięć rzutów, może być?

Egert uśmiechnął się nieśmiało.

Dalej wszystko rozegrało się bardzo szybko. W całkowitej niemal ciszy, przerywanej tylko niekiedy westchnieniami podnieconej publiki i głuchymi uderzeniami ostrzy o drzewo, Soll odzyskał pas i kapelusz Lisa, wszystkie przegrane pieniądze oraz te, które osiłek wygrał od swych kolegów. Oczy i dłonie Egerta pracowały samodzielnie, wypełniając dawno wyuczone czynności. Kindżały pląsały w jego dłoniach na podobieństwo szeleszczącego wachlarza, wzlatywały w powietrze i znowu, jak zaklęte, wracały do jego ręki. Rzucał nimi niemal nie patrząc, jakby w natchnieniu, a wszystkie jakimś niepojętym sposobem trafiały w jedno i to samo miejsce, czyli środek tarczy, który zamienił się w dziurę, najeżoną drzazgami.