Dziekan mocno się zdziwił. Z zatrważającą powagą odpowiedział, że w najbliższej przyszłości bez wątpienia coś się wydarzy, to zaś, co było, to było. Egert speszył się, przeprosił i uciekł, pozostawiając dziekana w rozterce.
Były też momenty, w których Soll starał się uspokoić i przekonać sam siebie, że Fagirra, a tym bardziej siwy Mistrz są ludźmi godnymi zaufania. Być może istotnie zbyt mało wie, a powierzona mu misja nie jest zdradą, lecz przeciwnie – przysługą dla uniwersytetu… Przecież Fagirra mówił wyraźnie: „Pojmiesz to później, na razie musisz nam zaufać. Rozumiesz?”
Rozumiem, szeptał Soll i robiło mu się od tego lżej. Nawet całkiem poważnie zastanawiał się, jak najlepiej wypełnić swą misję. Zaraz potem jednak nagłe odczucie własnej podłości przywodziło go do rozpaczy. Siedząc całymi godzinami na parapecie, nie odpowiadał na zaniepokojone pytania Lisa, nie mając odwagi spojrzeć w jego piwne oczy.
Kolega odnosił się ostatnio do niego ze znacznie większym respektem, nie tylko z powodu objawionej umiejętności rzucania nożem, ale także lektur wolnego słuchacza: Anatomii i Filozofii ziół…, wypożyczonych wprost od samego dziekana. Kajetan nauczył się, kiedy lepiej zostawiać kolegę w spokoju, skoro widział, że tamten pragnie samotności.
Pewnego wieczora, zapaliwszy świeczkę, Lis ośmielił się zapytać tajemniczego współlokatora:
– Posłuchaj, Soll… Właściwie kim ty jesteś?
Egert, marzący właśnie w półśnie o domu rodzicielskim, drgnął.
– O co ci chodzi?
Lis wiercił się na skrzypiącym łóżku.
– No… Niby jesteś cichy i nieśmiały, ale nożami rzucasz tak… że lepiej ci się nie narażać.
– Nie bój się – odparł Egert z gorzkim uśmiechem.
Lis wiercił się gniewnie.
– No tak… Gdybym miał taką gładką gębę, jak ty, wszystkie dziewczyny w mieście byłyby moje… Mógłbym w nich przebierać. Same chodzą za tobą sznurem, a ty nawet nie spojrzysz… U ciebie w tych sprawach wszystko w porządku, prawda?
Egert znów się uśmiechnął. Lis najwyraźniej nie dawał za wygraną, pospieszył bowiem z kolejnym pytaniem:
– A kto ci okaleczył twarz?
Soll westchnął.
– Daleko jeszcze do Dnia Wszelkiej Radości? – spytał szeptem.
– Jeszcze miesiąc – odparł zdziwiony Lis. – A bo co?
Pozostał więc jeszcze miesiąc do wyznaczonego terminu. Egert zdawał sobie sprawę, że nie stanie się łajdakiem i donosicielem, jeśli dotrwa do spotkania z Tułaczem. Na razie podlega klątwie, lecz prawdziwemu, wolnemu Sollowi nie będą straszne żadne zagrożenia, nawet największe klęski. Zakon Łaszą utraci nad nim kontrolę i będzie mógł rzec Fagirrze prosto w oczy: Poszukajcie sobie innego szpiega! A Karwer… Powrót do Kawarrenu, spotkanie z ojcem… A potem, Egert doskonale to sobie wyobrażał, wróci na uniwersytet i poprosi dziekana, by go przyjął z powrotem, a może nawet… Ale to później. Póki co najważniejszy jest Tułacz i spotkanie za miesiąc.
Myśli o tym, co się stanie, jeśli spotkanie nie dojdzie do skutku albo Tułacz odmówi zdjęcia klątwy, Egert po prostu odpychał od siebie i nie dopuszczał do swej świadomości.
Kilka nocy z rzędu Toria miała niezwykle wyraźne, dziwne sny.
Raz jej się przyśniło, że stoi na pokładzie żaglowca. Widywała często takie statki na rycinach, ale nigdy w rzeczywistości. Wokół rozciągała się spokojna powierzchnia niebieskawego morza, nad głową zwieszała się kopuła niebios. Obok niej stał ojciec, nie wiadomo dlaczego trzymający w dłoni klatkę dla ptaków, w której trzepotał się jakiś ptaszek, mniejszy od wróbelka. Czuła radość w sercu i śmiała się przez sen. Na odległym horyzoncie pojawiła się jednak ogromna czarna chmura i kapitan, który stał także w pobliżu, rzekł z uśmieszkiem: „Nadchodzi sztorm, ale nam on niestraszny”.
Toria nie bała się, chociaż burzowa chmura zbliżała się niesamowicie szybko, a kapitan trochę zbyt późno wyczuł niebezpieczeństwo. Na niebie, tuż nad statkiem wisiała nieprawdopodobnej wielkości sowa, będąc jednocześnie ptakiem i chmurą. Jej okrągłe oczy świeciły niczym dwie latarnie mętnym poblaskiem, rozłożone skrzydła zakrywały nieboskłon. Kapitan wrzasnął przerażony, a wraz z nim cała załoga. W tym momencie dziekan Łujan otworzył drzwiczki klatki trzymanej w dłoniach.
Maleńka ptaszyna wyfrunęła na wolność, prędko wznosząc się ku górze. Zaczęła rosnąć i czernieć na oczach osłupiałych ludzi, zamieniając się w chmurę. Kiedy zrównała się z sową na niebie odbyła się walka na śmierć i życie. Toria nie dowiedziała się, kto zwyciężył, gdyż zbudziła się przed końcem pojedynku.
Rozmyślając, co też mógł ów sen znaczyć, wybrała się do miasta, gdyż ojciec prosił ją wczoraj, by odwiedziła aptekę. Wracając, spotkała przy głównym wejściu dwie panienki w kapelusikach udekorowanych barwnymi kwiatkami. Jedna drugą zachęcała szturchańcami, w końcu odważyły się zadać pytanie córce dziekana: Czy tutaj mieszka… to znaczy uczęszcza… wysoki blondyn ze szramą na policzku?
Toria się speszyła. Panienki, coraz bardziej zdenerwowane, wyjaśniły, że poznały go całkiem niedawno… w pewnym miejscu… i umówiły z nim na spotkanie, lecz chociaż panowie studenci bywają w mieście bardzo często, to jednak ten białowłosy… Wiesz, który? Nie pojawił się od paru tygodni. Może zachorował?
W pierwszej chwili chciała wybuchnąć śmiechem, po chwili skrzywiła się gniewnie, ale zaraz potem zreflektowała się i pomyślała: i cóż w tym dziwnego? Cóż ją obchodzą sercowe podboje Solla?
Oznajmiła więc oschle panienkom, że „blondyn ze szramą” jest całkiem zdrowy i wkrótce pewnie zjawi się „w pewnym miejscu”. Zanim odeszła, usłyszała jeszcze prośbę, by przekazać temu chłopakowi, że pytały o niego Ora i Rozalia.
Toria z pewnością mocno by się zdziwiła, gdyby wcześniej ktoś jej powiedział, że będzie potem wspominać wielekroć owo nieoczekiwane spotkanie, a jednak wspominała, dziwiąc się własnej głupocie. Być może drażnił ją wybór Egerta: zwykłe ulicznice… Cóż, w tych sprawach studenci nigdy nie byli szczególnie wybredni… Ale Soll!… Wielkie nieba, dlaczego miałby być lepszy lub gorszy od innych?
Spotkała go następnego dnia i nie omieszkała wykorzystać okazji.
– Szukały pana dwie przyjaciółki. Być może zapomniał pan o nich, Soll?
Spoglądał na nią jakiś czas, niczego nie pojmując. Zauważyła, że ma podkrążone i zaczerwienione oczy, jak po długim, nocnym czytaniu.
– Kto? – spytał w końcu.
– Ora i Rozalia – oświadczyła, wytężając pamięć. – Szczególny ma pan gust!
– Nie znam ich – odparł, wzruszając ramionami. – Jest pani pewna, że to o mnie chodziło?
Toria nie wytrzymała.
– A jest tu jakiś drugi „wysoki, białowłosy, ze szramą”?
Egert jedynie się uśmiechnął, odruchowo pocierając policzek. Toria poczuła się głupio. Mamrocząc coś niewyraźnie, czym prędzej się oddaliła.
Jakiś czas później ujrzała go w kompanii, której przewodził rudy Kajetan. Soll przewyższał o głowę swych towarzyszy. Cała grupa wybierała się zabawić na mieście, studenci pokrzykiwali wesoło. Egert milczał, trzymając się na uboczu, lecz oczom panny nie umknął respekt, z jakim odnosili się doń koledzy. Przy nim czuli się trochę jakby mniejsi, słabsi, niedowartościowani, on zaś w każdym swoim geście, wykonywanym z naturalną gracją, zdawał się pośród nich rasowym ogierem, chcącym się ukryć w gromadzie sympatycznych, rozbrykanych mułów.
Z niezadowoleniem przyłapała się na prawdziwym zainteresowaniu. To oczywiste, że Ora i Rozalia się w nim durzyły i pewnie jeszcze niejedna młoda kózka przebierać będzie nóżkami, chcąc złowić takiego kawalera!