Выбрать главу

Kilka dni później Egert otrzymał niespodziewanie przesyłkę z Kawarrenu. Zasapany listonosz przytaszczył do uniwersyteckiej kancelarii ciężki worek, oblepiony łąkowymi pieczęciami, do którego załączona była niewielka, pomięta karteczka. Posłaniec nie odszedł, dopóki nie otrzymał srebrnika za swój trud. Worek był pełen domowego jadła, list natomiast tchnął serdecznością, choć napisany był na żółtym, pocztowym papierze.

W pierwszej chwili nie rozpoznał charakteru pisma. Jego matka pisywała rzadko i niechętnie, nigdy też dotąd nie pisała do syna. A jednak zdało mu się, że papier pachniał jej perfumami. Poczuł dreszcze.

List był bardzo dziwny. Kolejne wiersze pisane były krzywo ku dołowi, wątek wciąż się urywał. Nie było w nim ani słowa o ucieczce Egerta ani obecnym życiu w Kawarrenie. Zasadniczą treść stanowiły wspomnienia o Egercie, gdy był małym dzieckiem i wyrostkiem. On sam nie pamiętał prawie niczego z tamtych czasów. Natomiast matczyna pamięć zachowała kolor obrusu, na który malec wylał talerz gorącej zupy i żuka, któremu pracowicie usiłował przykleić oderwaną nogę, i jakieś zuchwalstwo, za które ojciec chciał go ukarać, lecz matka wstawiła się za nim, mówiąc, że sama obmyśli karę… Soll z trudem doczytał list do końca, czując dojmujący ból w sercu.

Pragnąc go stłumić, Soll zaproponował, by Lis zaprosił wszystkich, którzy zdołają się pomieścić w niewielkim pokoiku. Wygłodzeni i spragnieni rozrywek studenci nie kazali długo na siebie czekać. Wkrótce łóżka trzeszczały pod licznymi siedzeniami, a parapet ledwie się trzymał, podobnie jak krzesło, obliczone tylko na jednego chudego studenta. Zawartość worka, która wystarczyłaby Egertowi na miesiąc, zniknęła w ciągu paru godzin. Wszyscy byli niezmiernie zadowoleni, włącznie z Egertem, który w wesołym rozgwarze biesiady zdołał utopić swą gorycz, smutek i strach przed tym, co miało nadejść.

Dzień Wszelkiej Radości zbliżał się milowymi krokami. Soll pragnął, by przyszedł jak najszybciej, to znów pragnął oddalić go w czasie. Lis coraz częściej wypytywał z niepokojem, czy wszystko z nim w porządku, ponieważ Egert wpadał niespodziewanie w gorączkową wesołość albo w głęboki trans, siedząc godzinami u okna, bezmyślnie przerzucając książkę o zaklęciach, a przy tym prawie nie jedząc. Wstawał za to po nocy, żeby napić się wody ze zbiornika na korytarzu. Szczęk żelaznego łańcucha, na którym był zaczepiony kubek, budził sąsiadów, którzy później narzekali.

Do wiadomego dnia pozostał już tylko tydzień, kiedy dziekan Łujan poprosił Egerta do siebie.

Soll spodziewał się zobaczyć również Torię, siedzącą jak zazwyczaj na brzegu biurka i kręcącą stopką, lecz tym razem w ciemnym gabinecie czekał na zdenerwowanego gościa tylko surowy dziekan.

Kazał młodzieńcowi usiąść w fotelu z wysokim oparciem. Długo milczał. W środku szklanej kuli z zarysami kontynentów płonęła świeca, a w jej niepewnym blasku stalowe skrzydło nad biurkiem zadawało się żywe i gotowe do lotu.

– Za parę dni zjawi się w mieście – oznajmił dziekan półgłosem.

Dłonie Solla, ściskające nerwowo podłokietniki, w jednej chwili stały się mokre i lepkie od potu.

– Posłuchaj, Egercie – podjął dziekan wciąż cichym głosem, ale tak przenikliwym, że wywoływał ciarki na plecach słuchacza – wiem, co tymczasem przeżyłeś, oczekując na to spotkanie… Pytam dziś po raz ostatni: naprawdę chcesz rozmawiać z Tułaczem? Jesteś pewien, że to jedyne wyjście?

Egert przypomniał sobie Fagirrę, a potem dziewczynę w dyliżansie, która stała się zabawką bandy rozbójników, a jeszcze później Karwera.

– Jestem pewien – potwierdził cicho.

Jakiś czas dziekan przewiercał go wzrokiem, lecz przetrzymał owo spojrzenie nie drgnąwszy.

– No dobrze – stwierdził w końcu Łujan – powiem ci zatem… wszystko, co wiem. Niestety, wiem niewiele.

Podszedł do okna, podniósł skraj zasłony, odwrócony plecami do Egerta i zaczął:

– Mówiłem ci już o człowieku, który utracił magiczny dar i wędrował drogą prób i błędów. Mówiłem o Wrotach, które ujrzałem w Wodnym Zwierciadle. Byłem wtedy małym chłopcem, mój nauczyciel umarł i zostałem sam… Przed Wrotami z mej wizji ktoś stał, a zasuwa była do połowy odsunięta. Na pewno nie rozumiałeś, dlaczego ci to opowiedziałem. Jeśli chcesz teraz zrozumieć, posłuchaj. Po ziemi wędruje Tułacz. Nikt nie zna jego imienia i nikt też nie wie, z jakiej otchłani wychynął. Ma wielką moc, nieznaną nawet magom. Nie udało mi się go ujrzeć ani razu w Wodnym Zwierciadle, chociaż użyłem całej swojej wiedzy i talentu. Tułacz jest poza moim zasięgiem. Wyglądało to tak, jakbym próbując go odnaleźć wpadał na gładką ścianę. Nieznane budzi lęk, Egercie. Tułacz mnie przeraża, chociaż nie jestem nowicjuszem. Nie chcę twierdzić, że jest on złem wcielonym, gdyż trudno rozsądzić do końca, co na tym świecie jest dobrem a co złem…

Dziekan umilkł, Egert zaś, przyciskając dłoń do okaleczonego policzka, powiedział nieoczekiwanie dla samego siebie:

– Klątwa jest złem.

– A zabójstwo? – obruszył się zdziwiony dziekan.

– A gdyby zabić zabójcę?

Świeczka we wnętrzu szklanego globusa roniła woskowe łzy.

– Dobrze – rzekł dziekan z westchnieniem – powiem ci więcej. Pół wieku temu świat stanął na skraju przepaści… Większość jego mieszkańców w ogóle tego nie wiedziała. Coś z zewnątrz, co stare kroniki zwały Trzecią Siłą, pragnęło wedrzeć się do naszego świata, by nad nim zapanować. Aby otworzyć Wrota Wszechświata Trzeciej Sile potrzebny był Odźwierny. Stał się nim ten sam człowiek, który stracił magiczny dar, odtrącony przez ludzi i zaślepiony goryczą. Gdyby otworzył Wrota, zyskałby niesamowitą potęgę, lecz nie uczynił tego, w ostatniej chwili, nie wiadomo czemu, wycofując się. Nie wiadomo, co się działo z nim potem. Do świata żywych powrócił człowiek, który odważył się powstrzymać Trzecią Siłę i przejął od niej przeklęty stygmat, rodzaj dziedzictwa. Powiadają, że od tamtego czasu włóczy się po uratowanym przez siebie świecie. Dlatego zwą go Tułaczem. Czy to brzmi prawdopodobnie?

Egert nie odpowiedział.

– Nawet ja nie wiem – rzekł dziekan z lekkim uśmieszkiem. – Być może to zupełnie ktoś inny, a jego moc pochodzi z innego źródła. Dawniej chciałem go spotkać, teraz już nie. Kto go tam wie… Jest odludkiem, unikającym spotkań i tylko czasem słyszę o nim przypadkowo różne opowieści…

– Więc jestem nicią – stwierdził Soll.

– Czym? – zdziwił się dziekan, otwierając szeroko oczy.

– Nicią, łączącą pana z Tułaczem. Przecież dlatego się pan mną zainteresował, prawda?

Dziekan nachmurzył się.

– Tak… Całkiem trafnie odkryłeś pewien pragmatyzm w moim stosunku do ciebie. Jesteś nicią łączącą mnie z Tułaczem, a także zabójcą mego ulubionego ucznia, narzeczonego mej córki. Jesteś ofiarą okrutnej klątwy. A także człowiekiem idącym drogą doświadczeń. Tym wszystkim jesteś.

Znowu odwrócił się ku oknu.

Świeczka w szklanej kuli dopaliła się i zgasła. W gabinecie zrobiło się ciemniej.

– Co powinienem mu powiedzieć? – zapytał Egert.

Dziekan wzruszył ramionami.

– Co chcesz. Wystarczająco się już zmieniłeś, aby zdecydować samemu. Nie próbuj wzbudzić jego litości, to na pewno nie pomoże. Nie poniżaj się, ale nie bądź też arogancki, jedno i drugie może pogorszyć sprawę. A przede wszystkim dobrze się zastanów, Egercie. Czy na pewno to spotkanie nie jest ponad twoje siły? Być może obarczy cię czymś jeszcze gorszym, przy czym poprzednia klątwa wyda się zwykłym żartem?