Przechylił głowę na ramię, patrząc pytająco.
– Oczywiście, że się boję – odparł ledwie dosłyszalnie Egert – ale przecież już raz go spotkałem. Być może znajdę odpowiednie słowa. Być może znajdę.
Egert słuchał wykładu rektora. Pomiędzy rzędami wędrowała jakaś karteczka, niczym biały motylek. Nie zwracał na to uwagi, dlatego też zaskoczył go świszczący szept:
– Hej! Soll!
Kartka była zwinięta w trąbkę i napis na wierzchu nie pozostawiał wątpliwości, iż skierowana była do niego. Rozwinął ze zdziwieniem papier i przeczytał krótki tekst pośrodku czystej karty: „Jest w mieście”.
Drżący głos rektora zabrzmiał w jego uszach jak tłuczone szkło, aby po chwili się oddalić, przycichnąć i zamienić w brzęczenie muchy, tłukącej się o szybę.
Do święta pozostały jeszcze trzy dni. Rumiane służące ostatkiem sił dźwigały kosze wypełnione jadłem. Z okolicznych wiosek przybyło mnóstwo handlarzy mięsem, którzy sprzedawali okrwawione sztuki wprost na ulicy, świńskie i krowie łby, królicze uda i całe pęki ubitego ptactwa. Egert odczuwał mdłości, gdy przypadkiem ujrzał martwy, bezoki łeb, nadziany na żelazny trzonek.
Fala ludzka niosła go przez ulice wciąż dalej i dalej. Gorączkowo przeglądając wszystkie zwrócone ku niemu twarze, kilkakrotnie wzdrygał się, oblewając potem i rzucał się do przodu. Za każdym razem, opamiętawszy się, przystawał zadyszany, z walącym sercem.
Spokojniej było w dzielnicy bogaczy. Mieszkańcy, śmiejąc się i pokrzykując do siebie, rozwieszali między oknami girlandy kwiatów, flagi i gobeliny, wystawiali na parapetach klatki ze śpiewającymi ptakami. Służba miejska czyściła dokładnie trotuar.
Ujrzawszy w końcu ulicy szary płaszcz z kapturem, Egert uskoczył w pierwszy z brzegu zaułek i przylgnął do ściany.
W środku dnia pogoda się zepsuła i spadł gęsty, jesienny deszcz. Przemoknięty do suchej nitki, głodny i zmęczony Egert doszedł do wniosku, że postąpił niewłaściwie. Nie znajdzie Tułacza, błąkając się po ulicach. Trzeba było wszystko raz jeszcze przemyśleć i zastanowić się, gdzie może przebywać ktoś taki, jak on.
Namyśliwszy się, zaczął obchodzić po kolei gospody i pensjonaty. Tu i ówdzie patrzyli na niego wilkiem i od razu chcieli przegonić. Pokonując strach, wysupływał monetę i wypytywał służących i właścicieli o wysokiego, starszego przyjezdnego z przenikliwymi, bezrzęsymi oczyma.
Prędko opróżnił w ten sposób sakiewkę. W paru gospodach pokazano mu nawet pokój, w którym, zdaniem służby, miał się zatrzymać poszukiwany przezeń wysoki starzec. Trzęsącą się dłonią stukał do drzwi wskazanego pokoju, a kiedy usłyszał zaproszenie do wejścia, bardzo szybko musiał przepraszać za pomyłkę i wynosić się.
Ledwie powłócząc nogami, postanowił wrócić jednak na główny plac, ryzykując spotkanie z Fagirra lub innym sługą Łaszą. Wszędzie dookoła stukały topory i brzęczały piły. Naprzeciwko budynku sądu miejskiego, z kukłą wisielca przy wejściu, stawiano obszerny szafot.
Egert zadrżał, przypominając sobie słowa Torii o tradycyjnej egzekucji, otwierającej Dzień Wszelkiej Radości. Ciężko pracujących stolarzy otaczała chmara dzieciaków, wielce zaciekawionych ową robotą. Starali się pomagać im ze wszystkich sił, a jeśli któremuś udało się przytrzymać deskę lub młotek, ich duma i radość były wprost bezgraniczne.
Zaciskając zęby, Soll stwierdził w myślach, że w chwili kaźni będzie już uwolniony od klątwy, a zatem przyjmie wszystko dzielnie i z zimną krwią. Zapadał zmierzch, jesienny deszczyk wzmagał się, resztkami sił ruszył w stronę uniwersytetu.
Następnego ranka wyszedł o pierwszym brzasku… i prawie natychmiast zobaczył wysokiego, starszego człowieka w znoszonej kurcie, ze szpadą u pasa. Zapłacił ulicznemu przekupniowi za jakąś klamerkę i niespiesznie poszedł dalej. Egert, lękając się stracić go z oczu, ruszył prędko w jego ślady.
Choć pora była wczesna, na ulicach było już pełno ludzi, którzy plątali się Sollowi pod nogami lub spychali go na bok. Egert jednak z maniackim uporem przedzierał się przez tłum, ścigając oczami szerokoskrzydły kapelusz wysokiego mężczyzny.
Tamten skręcił w końcu w boczny zaułek, gdzie było mniej ludzi. Prawie go doganiając, Soll jęknął resztką sił:
– Proszę pana!
Tamten nie zareagował. Zachłystując się w biegu, Egert dobiegł do niego, usiłując złapać za rękaw skórzanej kurty. W końcu nie odważył się tego uczynić i wychrypiał tylko błagalnie:
– Proszę pana…
Nieznajomy odwrócił się ze zdziwieniem i prawie odskoczył, widząc za plecami silnie zbudowanego młodzieńca z blizną na bladej twarzy.
Egert także się cofnął. Przechodzień tylko z daleka mógł się wydać podobny do Tułacza. Był to zwyczajny, dobrze sytuowany mieszczanin, który nosił szpadę jedynie od parady, aby dać do zrozumienia prostakom, z jakiego rodu pochodzi.
– Przepraszam – wybełkotał Egert, cofając się – pomyliłem się.
Tamten wzruszył ramionami.
Zgnębiony niepowodzeniem, obszedł ponownie wszystkie tłumnie nawiedzane miejsca, zaglądając nawet na ulicę rozkoszy. Wymalowane staruchy kiwały na niego, jakby był dla nich łakomym kąskiem, i ledwie się zdołał wyrwać z ich lepkich rączek.
Postanowił przejść się teraz po knajpach. Stając w progu, omiatał wzrokiem salę i upewniwszy się, że Tułacza tu nie ma, pokonywał pokusę, by usiąść i coś przekąsić, tym bardziej, że prawie już nie miał pieniędzy, lecz szedł dalej. W niewielkim przybytku pod wezwaniem „Stalowa Wrona” zdarzyło mu się natknąć na grupkę posilających się sług Łaszą.
Nie miał pojęcia, czy spoczęły na nim trzy uważne spojrzenia spod opuszczonych kapturów, ale kiedy znalazł się na ulicy, poprzysiągł sobie być na przyszłość ostrożniejszy.
Drugi dzień poszukiwań nie dał żadnego rezultatu. Zrozpaczony Egert zwrócił się do dziekana z pytaniem, czy nie mógłby wskazać mu miejsca, gdzie Tułacz zazwyczaj przebywał?
– Soll – odparł dziekan, wzdychając – gdyby chodziło o kogoś innego, zaaranżowałbym wasze spotkanie. Nie mam jednak żadnej władzy nad Tułaczem, dlatego też nie zdołam go odnaleźć, chyba że on sam zechce się ujawnić. Jestem pewien, że ciągle przebywa w mieście i na pewno czeka na święto, aby potem znów odejść. Nie mogę ci pomóc. Spiesz się, Egercie.
W przeddzień Dnia Wszelkiej Radości w mieście huczało jak w ulu. Idąc powoli, niczym schorowany starzec, Egert włóczył się od domu do domu, zaglądając w twarze przechodniów. Wieczorem pod ścianami zalegiwali pijani, a okryci łachmanami żebracy podkradali się do nich, jak szakale do padliny, próbując wyciągnąć z ich kieszeni ostatnie, nie przepite jeszcze drobniała.
Było jeszcze dość widno. Egert stał wsparty o ścianę i bezmyślnie obserwował małego ulicznika, który bawił się ze zdechłym szczurem na sznurku przywiązanym do ogona. Zapewne z okazji święta szczurze truchło przewiązane było niebieską wstążką.
Ktoś przeszedł tuż obok niego, niemal muskając jego ramię, potem zatrzymał się i obejrzał. Soll nie miał już siły się bać, zwrócił więc głowę w jego stronę.
Na chodniku tuż przed nim stał Tułacz. Egert w jednej chwili rozpoznał twarz pooraną bruzdami, wypukłe, jasne oczy, bezrzęse, nagie powieki, wąskie usta z opuszczonymi kącikami… Postawszy chwilkę, Tułacz odwrócił się i odszedł.
Egert zaczerpnął w płuca powietrza. Chciał krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle. Ruszył więc w pogoń, ale nogi miał jak z waty, niczym w koszmarnym śnie. Nie mógł zrobić kroku. Tułacz uchodził dosyć szybko. Egert zebrał wszystkie siły do biegu, gdy czyjaś ręka złapała go za kołnierz.
Szarpnął się. Tułacz był coraz dalej. Trzymająca go dłoń była wciąż zaciśnięta, usłyszał też śmiech nad samym uchem.