Dopiero w tej chwili się odwrócił. Otaczało go trzech ludzi. W pierwszej chwili nie rozpoznał tego, który dzierżył kołnierz.
– Witaj, Soll! – zawołał tenże radośnie. – Co za spotkanie!
To był głos Karwera. Nowiutki mundur błyszczał szamerunkami i guzikami, a odznaka porucznika zajmowała, zdawało się, połowę torsu. Jego towarzysze też byli gwardzistami: jednym z nich był Bonifor, drugiego młodzieńca z pierwszym wąsikiem Soll nie znał.
Egert spojrzał w ślad za Tułaczem, który znikał właśnie za rogiem.
– Puszczaj – rzekł szybko – muszę…
– Za dużą, czy małą potrzebą? – zaciekawił się Karwer ze współczuciem.
– Puszczaj!
Soll szarpnął się, ale zbyt słabo. Roześmiany Karwer uniósł ku jego twarzy pięść w białej rękawicy.
– Nie spiesz się tak. Długo cię szukaliśmy w tej śmierdzącej dziurze nie po to, żeby cię teraz wypuścić…
Przyglądali się Egertowi z niekłamaną ciekawością, jakby był małpą w zwierzyńcu. Bonifor gwizdnął ze zdziwieniem.
– Patrzcie… Wygląda całkiem jak student! Nawet nie ma szpady…
– Gdzie podziałeś swą sławną klingę? – spytał Karwer z udawanym smutkiem.
Bonifor wydobył swoją szpadę z pochwy. Egert skamieniał, czując, jak strach paraliżuje każdy fibr jego ciała. Bonifor wyszczerzył zęby i przejechał palcem po ostrzu. Karwer poklepał Egerta po plecach.
– Nie bój się. Straciłeś honor wojskowy i szlachecki, więc nikt nie wyciągnie przeciwko tobie szpady. Przejechać nią po twarzy można, czemu nie… Można też obić ci gębę, dlaczego nie… To oczywiście nieprzyjemne, ale za to bardzo pouczające, prawda?
– Czego chcesz? – spytał Egert, z trudem obracając sztywnym językiem.
Karwer uśmiechnął się.
– Twojego dobra. Jesteś w końcu mym przyjacielem, tak czy inaczej… Sporo razem przeszliśmy.
Chrząknął, a Soll przestraszył się tego dźwięku bardziej niż obnażonej szpady.
– Pojedziemy do domu – podjął Karwer powoli. – Tutaj świętują Wszelką Radość, więc i tobie się przyjdzie radować… Jesteś dezerterem, który porzucił potajemnie służbę, splamiłeś mundur. Trzeba będzie wiele wyjaśnić i unaocznić, aż wszystko stanie się jasne…
Puścił kołnierz, ponieważ dwaj gwardziści chwycili mocno Solla za ramiona. Nie musieli się specjalnie wysilać, ponieważ strach krępował młodzieńca niewidzialnym łańcuchem.
Tułacz dawno zniknął w ulicznym tłumie i możliwość ponownego spotkania znikała z każdą minutą jak szybko topniejący śnieg.
– Posłuchaj, Karwerze – powiedział Egert, starając się powściągnąć drżenie głosu – może byśmy się tak dogadali? Muszę odnaleźć pewnego człowieka… Powiedz mi, gdzie mam później przyjść. Przyjdę tam, słowo honoru. Ale teraz muszę…
Soll gardził sam sobą, tak żałośnie brzmiały te słowa. Karwer rozpromienił się z satysfakcji.
– No, skoro musisz… może cię rzeczywiście puścimy?
Młodzieniec z pierwszym wąsikiem zdumiał się wielce i Bonifor dwukrotnie musiał do niego mrugnąć, żeby pojął wreszcie, że to tylko ciąg dalszy zabawy.
– Muszę go odnaleźć – powtarzał bezradnie Egert.
– Poproś – zaproponował poważnie Karwer. – Poproś jak należy. Padnij na kolana… Potrafisz?
Egert spoglądał na oficerki Karwera, wypucowane niedawno na błysk, choć do czubka prawego buta przylgnęło parę zabłoconych słomek.
– Nad czym tak rozmyślasz? – zdziwił się Karwer. – Randka to ważna sprawa. Ładna jest, Soll? Czy paskuda?
– Co ci takiego zrobiłem? – wycedził Egert przez zęby.
Wieczorna ulica ożywała, zapełniając się gromadami roześmianych, tańczących i ściskających się hulaków. Karwer przysunął swoją twarz blisko twarzy dawnego przyjaciela. Dojrzawszy łzy w jego oczach, pokręcił głową.
– Jesteś tchórzem, Soll. Strasznym tchórzem. Nie musicie go trzymać – dodał, zwracając się z uśmiechem do towarzyszy – nie zdoła uciec.
Bonifor i drugi gwardzista puścili niechętnie łokcie Egerta. Karwer uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Nie płacz. Jeśli padniesz na kolana, puścimy cię na tę twoją randkę… W porządku?
Na jezdni pod nogami leżała zardzewiała połówka podkowy. Czy to pierwsze poniżenie w tym życiu, pomyślał Egert, czy nie bywało już gorzej…
– Nie zrobi tego – stwierdził z przekonaniem młodzik z wąsikiem. – Jezdnia jest brudna, zapaćka sobie spodnie.
– Zrobi – zaoponował Bonifor, chichocząc. – Nie pierwszy raz będzie miał zafajdane spodnie…
To już ostatni raz, powiedział do siebie Soll. Naprawdę ostatni. Tułacz na pewno nie odszedł daleko. Jedno ostatnie poniżenie…
– No? – niecierpliwił się Karwer. – Długo będziemy czekać?
Rozwarły się drzwi pobliskiej karczmy i wytoczyła się z niej rozbawiona, pijana hałastra, niczym szampan wystrzelający z otwartej butelki. Ktoś porwał Egerta w ramiona i wycałował w oba policzki. Kątem oka zdołał zauważyć dziewki, rzucające się na szyje Karwera i Bonifora. Szalony korowód porwał Egerta wzdłuż ulicy. Gdzieś tam jeszcze mignęło oblicze młodzika z wąsikiem, ale Soll uciekał, prawie nie czując nóg, z niezwykłą zręcznością lawirując między podchmielonymi hulakami, opętany jedną, jedyną myślą: Tułacz! Może go jeszcze zobaczę…
Późną nocą wrócił do bursy. Lis wystraszył się, ujrzawszy jego twarz, ściągniętą ostateczną rozpaczą. Nie udało mu się i pozostał już tylko jeden dzień, Dzień Wszelkiej Radości.
Szafot przed gmachem sądu został postawiony w ostatniej chwili, gdyż trochę zamarudzili robotnicy, starannie pokrywając miejsce kaźni czarnym suknem, przyozdobionym bezpretensjonalnie girlandami świeżych kwiatów. W końcu był to element święta. Nawet drewniany pieniek był pomalowany pstrokato jak cyrkowy bęben.
Chodząc od rana po ulicach, otępiały od ciągłego przepatrywania twarzy, Soll nie od razu się zorientował, dokąd niesie go rozradowany tłum. Nie chciał iść na główny plac, próbował zatem zboczyć w pierwszy z brzegu zaułek, lecz znowu natrafił na potok podnieconych, cuchnących potem, winem i świeżo wyprawioną skórą ludzi, który zaniósł go wbrew woli przed gmach sądowy w pobliże szafotu.
Jeszcze nigdy mu się nie zdarzyło płynąć pod prąd wzburzonej rzeki, teraz zaś odczuwał strach i rozpaczliwe położenie pływaka, usiłującego uniknąć wodospadu. Tłum niósł go niczym powódź drewnianą drzazgę, a uspokoił się dopiero, gdy wylał się na plac z przygotowaną scenką dla fascynującego widowiska. Niektórzy spoglądali z zawiścią na Egerta: Taka tyka grochowa nie musi nawet stawać na palcach!
Rozejrzał się bezradnie. Wokół było morze zadartych głów. Pomyślało przepełnionej grzędzie w kurniku. Oczy wszystkich zwrócone były na szafot, a rozmowy kręciły się wokół mającej nastąpić kaźni. Jak powiadano, byli dwaj skazańcy, zbójnicy z lasu, jednakowych przewin, lecz jeden miał być uwolniony zgodnie z tradycją. Losowanie wykaże, kto będzie tym szczęśliwcem i stanie się to na oczach wszystkich. Patrzcie, patrzcie, już idą!
Rozległ się warkot bębnów. Na pomost weszła niewielka procesja z sędzią na czele. Nie był jeszcze stary, lecz bardzo chudy, wręcz wątły, sprawiał wrażenie toczonego przez jakąś chorobę, a jego mętne oczy ginęły w gęstwinie przedwczesnych zmarszczek. Panował jednak nad sobą, krocząc majestatycznie i pełen godności.
Sędziemu towarzyszyli sekretarz i kat, podobni do siebie jak bliźniaki. Różnili się jedynie strojem: pisarz sądowy odziany był w skromny, szary strój, podczas gdy oprawca radował oczy swą purpurową peleryną. Pierwszy z nich trzymał w dłoni pergamin obwieszony pieczęciami, drugi niósł w dłoni topór, a czynił to tak skromnie, jak chłop wybierający się właśnie narąbać drew na opał.