Na szafot weszli teraz otoczeni strażnikami dwaj skazańcy. Egert przyjrzał się im i zachwiał się, ledwie trzymając na nogach. Czasowa przypadłość dała o sobie znać gwałtownie i natychmiastowo.
Skazani trzymali się ostatkiem sił. W myślach obu nadzieja walczyła z czarną rozpaczą, każdy pragnął przeżyć i życzył śmierci drugiemu. Tłum był natomiast gęstą magmą różnorodnych uczuć, wśród których były triumfalna satysfakcja i współczucie, nad wszystkimi jednak górowała dziecięca ciekawość, pragnąca zobaczyć, co jest w środku zabawki.
Soll usiłował wydobyć się z tłumu, lecz jego próby były daremne, jak muchy uwięzłej w miodzie. Po placu roznosiło się szerokim echem:
– W imieniu miasta… Za skandaliczne… zuchwałe… a także… grabieże… rozboje… zabójstwa… skazani są… na ścięcie głowy i przepadek mienia…
Zbóje byli takimi samymi łotrami, jak ci, którzy zatrzymali w swoim czasie nieszczęsny dyliżans. Gwałciciele i mordercy, powtarzał sobie Soll, czując się coraz gorzej.
Mimo woli znowu spojrzał na szafot. Sędzia trzymał w dłoniach dwie drewniane kule jednakowej wielkości. Biała darować mogła życie, czarna przynosiła ścięcie. Pisarz rozwinął zwykły płócienny woreczek, w którym zniknęły kulki. W potrząśniętym mieszku śmierć uderzała o życie z głuchym łoskotem. Nadzieje obu skazańców sięgnęły szczytu, podobnie jak strach przed śmiercią. Zaciekawiony tłum uciszył się. Na znak sędziego obaj osądzeni jednocześnie wsadzili ręce do worka.
Nastąpiła milcząca walka. Twarze losujących pokryły się potem, dłonie gwałtownie miotały się w płóciennej ciemności, pragnąc pochwycić kulę, którą złapał przeciwnik. Ta gra ekstremalnych uczuć wywołała jęk Egerta. Stojący obok zerknęli nań ze zdziwieniem.
Wreszcie dwaj skazani wybrali swój los, wymieniając się przeciągłymi spojrzeniami.
– Wyciągnijcie! – rozkazał sędzia.
Tłum zamarł w oczekiwaniu.
Chwilę odczekali, potem jednocześnie wydobyli dłonie z worka i każdy spojrzał na kulę zaciśniętą w dłoni towarzysza niedoli.
Tłum zakołysał się, poruszony. Na oczach wszystkich zdobywca białej kulki padł na kolana, wyciągnął dłonie ku niebu, bezdźwięcznie poruszając wargami. Ten drugi stał nieruchomo i jakby nie wierząc własnym oczom, wodził wzrokiem od worka do swej zaciśniętej dłoni.
Sędzia dał znak. Oszalałego ze szczęścia wybrańca sprowadzono z szafotu, przegranemu zaś wykręcono ręce do tyłu, przy czym czarna kula uderzyła o deski. Egert usłyszał rozpaczliwe: Nie!!!
Nie wydał żadnego dźwięku, lecz całe jego jestestwo krzyczało o pomyłce, niesprawiedliwości i straszliwym nieporozumieniu. Dlaczego właśnie on?! Czy tak być musi, czy tak być powinno?
Bezdźwięczny krzyk, płynący od szafotu, sprawił, że Egert zwinął się z bólu. Tłum ogarnął go potężnymi, niczym podwójny akord organowy, nieodpartymi uczuciami: radością z uratowania czyjegoś życia i niecierpliwym pragnieniem zobaczenia egzekucji, kończącej życie drugiego.
Człowiek pochylony nad pniakiem cały emanował strachem i rozpaczliwym błaganiem. Egert zakrył dłońmi uszy i zamknął powieki, lecz uporczywe „Nie!!!” przenikało do jego duszy niepowstrzymanie. Topór wzleciał ku niebu. Egert poczuł ciarki biegające po skórze widzów, a gdzieś na wyższym poziomie jego jaźni bezdźwięczny krzyk błagający o litość urwał się nagle. Przez tłum przeleciała mętna fala wzburzenia, odrazy i podniecenia okrutnym widokiem, niezwykle łechczącym nerwy…
Egert zawył.
Nie mogąc dłużej znieść strachu i bólu, krzyczał, zdzierając gardło. Ludzie odsuwali się od niego. Niczego nie widząc ani nie słysząc, przebijał się bez trudu przez ludzki mur, aż wreszcie przytomność zlitowała się nad nim, opuszczając go całkowicie.
Toria nie mogła znaleźć sobie miejsca, odkąd w mieście zjawił się Tułacz.
– Myślisz, że Soll ma jakąś szansę? – zapytała chłodno, widząc wychodzącego na poszukiwania Egerta.
Dziekan, do którego zwróciła się z tym pytaniem, wzruszył tylko ramionami.
Przedświąteczne przygotowania odwróciły jej uwagę, lecz następnego dnia znowu spytała:
– I co? Nie znalazł go?
Dziekan pokręcił głową.
– Któż to wie… Tułacz może się okazać igłą w stogu siana. Kto wie…
Rankiem trzeciego dnia o nic nie zapytała, lecz za to ponury dziekan powiedział półgłosem:
– Nic z tego chyba nie będzie. Tułacz nie z tych, którzy cofają zaklęcia… Możesz nie wierzyć, ale żal mi Solla. Tak zwyczajnie, po ludzku żal.
Uniosła brwi, nie odpowiadając.
Nie miała najmniejszego zamiaru być świadkiem egzekucji, odbywającej się na placu. Zamknąwszy okna na głucho, słyszała jak przez grubą zasłonę zgiełk podnieconego tłumu i warkot bębnów. W pewnej chwili zapragnęła dowiedzieć się, gdzie obecnie przebywa Soll i z trudem stłumiła chęć odwiedzenia bursy.
Minął jakiś czas. Dręczona złymi przeczuciami Toria chodziła z kąta w kąt. Potem, zaciskając zęby, z hałasem otwarła okiennice.
Plac pokryty był ludźmi, jak żywym, szeleszczącym dywanem. Nie zadała sobie trudu, by wypatrywać Egerta. Pokonując niechęć, zerknęła na szafot i w tej właśnie chwili spadło świszczące ostrze topora.
Nabrała powietrza w płuca, jakby zamierzała krzyknąć, lecz uprzedził ją jeden wybijający się głos, prawdziwy ryk bólu. Głos był zmieniony, lecz rozpoznała go i odskoczyła od okna.
„Dawno to masz, Soll?” – „Nie panuję nad tym”.
Stopnie krętych schodków zamigały przed jej oczami. Biegła do wyjścia, sama nie wiedząc dlaczego, słysząc w głębi duszy bezustanne: „Nie panuję nad tym. Nie panuję…”
Nad placem wytrysnął fajerwerk. Dzień Wszelkiej Radości oficjalnie się rozpoczął.
Zmierzchało już, lecz ulice pozostawały oświetlone jak za dnia. Płonęły pochodnie w licznych dłoniach, grona latarni i lampionów zamieniały miasto w jedną wielką, rozbawioną gospodę. Nad placem iskrzyły się fajerwerki, a w ich świetle popisywali się swoim kunsztem wędrowni żonglerzy i akrobaci. Trupa śpiewaków zawładnęła szafotem, traktując go jako scenę uliczną. Konkurenci patrzyli z zawiścią, jak obnoszona między widzami błazeńska czapka coraz bardziej się zapełniała brzęczącą monetą.
Na wszystkich rogach stały beczki z winem. Psy, które nażłopały się z czerwonawych kałuży i rynsztoków, biegały chwiejnie lub pełzły z trudem do swoich bram. Całe miasto wypełniały niestrojne dźwięki wesołej muzyki. Każdy, kto choć trochę potrafił, grał na czym popadło: na pastuszych fletach, pustych butlach po winie, drewnianych tarkach do prania i dziecięcych grzechotkach. Z owego harmidru co pewien czas wydobywała się jakaś składna melodia, grana chociażby na skrzypcach… Całe szeregi, schwyciwszy się za ręce, tańcując i chichocząc, pędziły zaułkami. Zdarzało się, że początek ludzkiego łańcucha znikał za rogiem, podczas gdy ogon korowodu dopiero wbiegał na poprzednią uliczkę.
Obserwując te szalone pląsy, Toria szybko przekonała się, że odszukanie kogokolwiek w tym tłumie jest absurdalnym zadaniem. Solla pewnie zadeptał tłum na placu albo też pije i tańczy z innymi. Jeśli istotnie przydarzyło mu się nieszczęście i potrzebuje pomocy, dlaczego od razu nie zwróciła się do ojca, dlaczego rzuciła się bezmyślnie w ten świąteczny tygiel?
Zganiwszy się w myślach, niechętnie zawróciła i w tej chwili natknęła się na wyskakujący zza węgła taneczny korowód. Zatrzymała się i patrzyła, jak w świetle lampionów i pochodni wszystkie oblicza pląsających od ulicy do ulicy zlewają się w jedną roześmianą gębę. Ostatnim w łańcuchu był młody chłopak w białej koszuli. Silną dłonią chwycił nadgarstek dziewczyny.